Jak Nagrać “Niesforną” Wokalistkę?

Nie da się ukryć, że jednym z marzeń każdego realizatora dźwięku jest praca wyłącznie z utalentowanymi i doświadczonymi muzykami, czyli takimi, którzy powalają niemal każdą partią, a przy tym są obyci z mikrofonem czy instrumentem i mają świadomość kilku reguł i zasad panujących podczas sesji nagraniowej, a przy tym wszystkim – nie mają oporów do “otworzenia się” z marszu.

Niestety, nie często i nie wszystkim nam będzie dane znaleźć się w takich sytuacjach, bo zawsze jakaś część projektów, w jakich bierzemy bądź weźmiemy udział, będzie od tego “ideału” mniej lub bardziej odległa. Nie ma w tym oczywiście nic dziwnego – zwykły dzień pracy realizatora… Jak zatem poradzić sobie z nagraniem “niesfornego” muzyka?

Poniżej postaram się podrzucić Wam kilka porad w tym temacie na przykładzie sesji z jedną wokalistką, gdzie zmuszony byłem sięgać po dość ekstremalne metody, aby móc okiełznać i przyzwoicie zarejestrować jej wokal. Miejcie również świadomość, że te kilka wskazówek sprawdzi się nie tylko w przypadku nagrań wokalu, ale również wtedy, gdy wyzwanie stanowi dla nas muzyk, który jeszcze nie do końca panuje nad swoim instrumentem.

Gdzie zacząć?

Zasadniczo powinno być tak, że jeśli instrumentalista czy wokalista nie posiada wystarczającej kontroli nad swoim aparatem brzmieniowym, to raczej nie powinien jeszcze udawać się do studia na nagrania. Od tego w ogóle należałoby wyjść. Do sesji nagraniowej należy się przede wszystkim porządnie przygotować. O tym, jak to dobrze zrobić, naskrobałem swego czasu TU oraz TU i polecam dokładnie te dwa teksty przestudiować, bo znajduje się tam szereg porad nie tylko ode mnie, ale i od innych, znanych realizatorów.

Załóżmy więc, że nasz muzyk jest przygotowany na tyle, na ile potrafi i udaje się na nagrania. Dla spójności wypowiedzi skupię się teraz na wspomnianej wokalistce, ale pamiętajcie, że te zasady są uniwersalne i sprawdzą się także w wielu innych przypadkach.

Komfort i Atmosfera

Moim zdaniem, to jest podstawa podstaw. Nie można oczekiwać, że wokalistka dostarczy nam partię swojego życia, jeśli nie czuje się swobodnie, jest spięta, zestresowana, niepewna swoich możliwości czy po prostu lekko w tej sytuacji zagubiona. Najlepszym lekarstwem na tego typu zjawiska jest wyeliminowanie stresu i zapewnienie artystce odpowiedniego komfortu.

Można to oczywiście robić na różne sposoby i pewnie każdy z Was ma jakieś swoje ulubione metody. Ja akurat jestem zwolennikiem bliższego się poznania z taką osobą podczas spokojnej rozmowy przed sesją i najlepiej przy kubku wyjątkowo dobrze przygotowanego, ciepłego napoju. To już powinno ściągnąć jakieś 50% napięcia.

Wierzcie mi, że zupełnie inaczej nagrywa się w atmosferze luzu i braku ciśnienia, kiedy nie trzeba do “pana akustyka” mówić na “pan”, bo wcześniej odbyło się z nim miłą i produktywną pogawędkę lub dwie, które obfitowały w mnóstwo śmiechu i pozytywnych emocji. Tematami zazwyczaj będą sprawy muzyczne, jak największe inspiracje, ulubieni artyści, nowe wydawnictwa czy… nawet ostatni odcinek “Gry O Tron”. Najważniejsze, aby rozkuć trochę lodu i rozbujać atmosferę, wtedy wszystko przychodzi (wcześniej spiętej artystce) znacznie prościej.

Druga sprawa, to same warunki, w jakich przyjdzie nam nagrywać tę “trudną” wokalistkę. Przyciemnione światło, ewentualnie świeczki, dobry przepływ powietrza, orzeźwiający napój pod ręką – to tylko kilka elementów, które znacznie sprawy ułatwią.

Trzecia rzecz – słuchamy sugestii artystki (w każdej kwestii) i staramy się sprawić, aby każda z nich była spełniona – tak, aby to talent czuł się swobodnie, nawet jeśli miałoby się to odbyć naszym kosztem, choć to się raczej rzadko zdarza. No chyba, że trafi nam się, jak to przewrotnie nazywam, jakaś ‘diva’, której choćbyśmy nie wiem jak dogadzali, to zawsze coś będzie jej nie pasować. Od takich proponuję się trzymać z daleka. No, chyba że wytwórnia bardzo dobrze płaci, wtedy instalujemy pokerową minę nr 3, trzymamy jęzor za zębami i robimy swoje. 😉

Ale wróćmy do naszego przykładu…

Jeśli mamy komfort czasowy (brak presji), to niezłym pomysłem jest wyczekanie na odpowiedni moment dla artystki. Nie ma chyba nic gorszego, jak bezduszne ogłoszenie w stylu: “Dobra, nie ma czasu na pierdoły, stawaj za mikrofonem, bo zegar tyka”. To jest pewny samobój. Może w przypadku, gdy jest to nasz dobry ziomek z osiedla, takie teksty nie będą nikomu przeszkadzały, ale jak mamy do czynienia z delikatną artystką, to taką drogą zdecydowanie nie idziemy!

Śpiewanie “na sucho”

Zanim jeszcze w ogóle pomyślimy o naciśnięciu czerwonego guzika, warto zachęcić naszą niesforną gwiazdę do zwykłego ponucenia czy lekkiego pośpiewania, nawet podczas tej wstępnej rozmowy (nie mylić z rozgrzewką przed nagraniem). Czy będzie to śpiewanie do podkładu, do którego mamy nagrywać, czy do jakiegoś szlagieru, który podegramy na gitarze, czy nawet do jakiegoś utworu, który akurat leci w radiu – nie ma to większego znaczenia. Delikatne artystycznie dusze mają to do siebie, że ciężko im się na początku przełamać, ale jak już usłyszą muzykę, to słowa zaczynają im z czasem same wypływać z ust. A najlepiej, jeśli to my sami delikatnie zainicjujemy śpiewanie, wtedy już jest gwarantowane, że artystka do nas dołączy. Sprawdzone w boju i działa!

Nagrywanie

Nadchodzi więc ten moment, kiedy siadamy za sterami, a wokalistka staje przed mikrofonem. I w tym miejscu pojawia się oczywiście sporo wątpliwości i kolejne wyzwania…

Wybór mikrofonu

Nie od dziś wiadomo i było to na tym blogu wałkowane dziesiątki razy, że najlepszym sposobem na uzyskanie zadowalającego brzmienia jest dobór odpowiedniego mikrofonu do danego głosu. Mam akurat to szczęście (albo i nieszczęście), że posiadam 6 mikrofonów, które potrafią się nieźle sprawdzić na wokalach i chciałem spróbować każdego z nich, aby mieć pewność, że dokonałem właściwego wyboru. Byłoby to oczywiście czasochłonne i lekko zabijające atmosferę, dlatego ucieszyłem się kiedy okazało się, że już trzeci wariant był trafieniem w dziesiątkę – co zauważyłem nie tylko ja, ale i sama wokalistka. Normalnie “w sedno tarczy…” 🙂

Miks słuchawkowy

Niektórym wokalistom, szczególnie tym lekko speszonym, czasem z trudem przychodzi przyznanie się, że nie do końca są zadowoleni z tego, co słyszą w słuchawkach – vide opisywana dziś sytuacja. Dopiero po kilku podejściach zorientowałem się, co jest grane i po małych modyfikacjach poziomu muzyki i nagrywanego doń śladu słyszanych w słuchawkach wszystko zaczęło nabierać pełniejszych barw. Wprawdzie monitorowałem na drugiej parze identycznych słuchawek (więc słyszałem dokładnie to samo, co wokalistka), ale okazało się, że ta preferuje słyszeć się podczas nagrań nieco głośniej niż ją początkowo ustawiłem.

Poziomy nagrania

I tutaj dopiero zaczęła się jazda… Okazało się bowiem, że rozpiętość dynamiczna wspomnianej artystki była tak ogromna, że dobranie właściwego poziomu wzmocnienia sygnału w przedwzmacniaczu graniczyło z cudem. Od niemal szeptów do takiej syreny, że moje oryginalne kryształy z AliExpress w zamkniętej szafce w kuchni odzywały się niemałym rezonansem. Serio. Nawet tego nie koloryzuję. Wokal miejscami taka armata, że najchętniej bym taką śpiewaczkę wystawił na zewnątrz. Na parking. Na osiedlu obok. Były momenty, że nawet, gdy stała dobre półtora metra od mikrofonu podczas głośniejszych refrenów, lampka z napisem ‘clip’ na preampie zapalała się nie na czerwono, jak ma w instrukcji, ale na mocno bordowo. Ok, teraz trochę koloryzuję. Podsumowując, było… ‘lovely, jego mać’ 🙂

Możliwe rozwiązania

Napisałem na początku tego artykułu, że musiałem sięgnąć po najbardziej ekstremalne rozwiązanie i miało to miejsce właśnie w tej kwestii. Ale po kolei:

Na pierwszy ogień poszedł oczywiście kompresor wpięty zaraz po preampie. I choć co nieco pomógł i w torze został, dodatkowo dodając odrobinę fajnego brudu do brzmienia, to okazał się nie do końca wystarczającym rozwiązaniem. Przy głośniejszych momentach, nawet przy kilkudecybelowej redukcji, był zbyt mocno słyszalny.

Drugą opcją było znacznie mniejsze ustawienie czułości na wejściu, co zdecydowanie sytuacji pomogło, ale zaowocowało sporą ilością szumów we fragmentach cichszych. Wywalamy.

Trzeci pomysł, na jaki wpadłem, to nagranie utworu sekcjami – osobno spokojniejsze zwrotki z większym gainem i osobno refreny ze znacznie mniejszym. Niby wilk syty i owca cała, ale ani ja, ani artystka nie byliśmy zwolennikami takiego rozwiązania, bo jednak nie ma to jak nagranie całej partii od początku do końca w całym podejściu, gdzie wokal ciągle spójnie płynie z muzyką. Takie podklejki mogą się sprawdzić, rzecz jasna, ale nie w tym utworze, gdzie akurat nastrój zmienia się z sekcji na sekcję i wokal powinien płynnie w te nastroje przechodzić. Dlatego w tym przypadku, nagrywanie partiami zabiłoby totalnie ‘flow’. W myślach wokalistki od razu wyczytałem: “B*tch, don’t kill my vibe”…

W tej sytuacji sięgnąłem po metodę, którą w Kiedyś-Wielkiej-Brytanii nazywają ride the fader on the way in, czyli nic innego jak ręczne jeżdżenie suwakiem/gałką do zmiany poziomu wchodzącego na dysk już w trakcie rejestracji. Takie “reagowanie na poziomy w czasie rzeczywistym” to najtrudniejszy do wykonania wariant, bo raz, że bardzo ryzykowny, a dwa – z taką niesforną duszą przed mikrofonem można było spodziewać się dosłownie wszystkiego. Wszystkiego, tylko nie chociażby najmniejszej powtarzalności… 😉

Co innego, gdy wokalistka odpala +80dB SPL do swojego normalnego poziomu w tych samych miejscach w piosence, bo po jednym czy dwóch take’ach mielibyśmy już jakąś mapę jeżdżenia gainem (nawet patrząc na wykres fali poprzednich ujęć), ale w sytuacji, gdzie te kosmiczne fanfary wchodzą w różnych miejscach, jesteśmy zdani wyłącznie na siebie i własny instynkt – uważnie słuchamy i patrzymy. Z nadzieją na to, że zdążymy zareagować na czas.

Nie pozostało mi więc nic innego, jak posadzenie swoich czterech liter na podłodze, chwycenie za gałkę, pełne skupienie i na bieżąco zmienianie czułości w przedwzmacniaczu podczas nagrywania. Z tego, co pamiętam, rozpiętość sięgała od ok. 30 do 75% skali, więc możecie sobie wyobrazić, jak mocno drżała mi dłoń, gdy musiałem na bieżąco reagować na zmiany, nie wiedząc nawet dokładnie kiedy nastąpią i jak duże będą.

Stresu sporo, odpowiedzialności jeszcze więcej, ale zabawa i doświadczenie – przednie.

Podsumowanie

Nie będę kłamał i nie powiem, że poszło idealnie za pierwszym razem (bo nie poszło), ale już w okolicach trzeciego take’a zaczynało mieć to ręce i nogi, a jakieś 30 minut później mogliśmy uznać główny wokal za nagrany jak trzeba. Artystka zadowolona z wykonania (czapka z głowy za jej talent i wytrwałość) i brzmienia (znowu BlueBird przebił droższą lampę), a ja zadowolony z wykonania trudnego zadania.

Obyło się zarówno bez przesterowań, jak i bez szumów, a dostarczony wykon oceniam jako godny najlepszych wokalistek. Mimo całej tej niepewności, niesforności i dynamicznej rozpiętości wokalistki oraz dzięki podjętemu ryzyku i włożonemu w to wysiłkowi – rezultat okazał się kapitalną i najlepszą nagrodą!

Tak więc nie bójcie się czasem podjąć ryzyka, bo wynik może Was bardzo pozytywnie zaskoczyć. Nawet, jeśli na początku może się wydawać, że sprawa jest przegrana – próbujcie, szukajcie rozwiązań. Nawet mimo tego, że czasem trochę nie pyknie. Trudno – raz się wygrywa, raz się obrywa. Ale jak się chce, to na wszystko można zwykle znaleźć rozwiązanie i każda technika czegoś nas uczy, dlatego czerpcie z nich doświadczenie i aplikujcie je w kolejnych projektach…

No i jak zawsze, uprawiajcie więcej seksu. Znaczy, muzyki!

—-

Foto: Nanuq

Zostawić komentarz ?

11 Komentarze.

  1. capablanca1

    No dobrze Igor, ale ile czasu w sumie nagrywałeś ten wokal bo to ciekawe…? 😀

  2. Czyli robiłeś za Vocal Rider… 😆

  3. Pytanie laika: jak by się w takiej sytuacji sprawdziły dwa mikrofony obok siebie, z różnymi ustawieniami poziomów nagrywania? Nie da się takich ścieżek zmiksować później do jednej?

    • Świetne pytanie!
      Mogłoby się to bardzo dobrze sprawdzić. Pod warunkiem, że dysponujemy dwoma identycznymi mikrofonami i będziemy na czas włączać/wyłączać na przemian ich odsłuch w odpowiednich sekcjach, co by naszej wokalistce bębenki nie popękały jak rozpocznie syrenę… 🙂

  4. Rozumiem, że kompresor na samym odsłuchu wprowadzi za duże zniekształcenia dla wokalisty i będzie przeszkadzał?

    • Mniemam, że tak, aczkolwiek nigdy aż tak bardzo nie kombinowałem…

    • Moim zdaniem kompresor na odsłuchu zrobi większe zamieszanie. Śpiewający nie będzie miał odpowiedniego feedbacku o dynamice jego śpiewu. Mniej doświadczony-osłuchany uzna, że jest dobrze (bo słyszy równo) a na ścieżkach mamy góry i doliny ;P

      Kiedyś realizował koncert zaprzyjaźnionego zespołu i na sumę do odsłuchu dałem delikatną kompresję (ratio nie więcej jak 1:2 – nie za głęboko z progiem – w taki sposób, że jedynie w najgłośniejszych momentach kompresor tłumił do max 3-4 dB.

      Podczas próby jedna wokalistka słyszała, że jest coś nie tak z odsłuchem – że czuje “jakby coś się blokowało” gdy chce pocisnąć bardziej z głosem – i się pyta czy wiem o co chodzi :P. Ale wokalistka ta śpiewa pół swego życia.

    • Też mi się wydaje, że z kompresorem na odsłuchu będzie tylko więcej zamieszania i skołowania – inaczej słyszysz niż naprawdę śpiewasz… Raczej kiepski pomysł.

  5. Lektor24.pl

    Miałem kiedyś wokalistkę, która chciała pracować tylko przy zgaszonym świetle. Siedziałem więc w ciemnicy przy blasku monitorów. Pani również dla klimatu chciała mieć zapalone kadzidełka… do tej pory mam kadzidełkowstręt 🙂
    Co do odsłuchu – to jest niezwykle istotne – wokalista/ka może regulować głośność swojego odsłuchu, ale czasem sam ściszam wokaliście odsłuch, czego efektem jest zupełnie inna ekspresja wokalu/głosu.

Zostaw komentarz