Czy Warto Studiować Realizację Dźwięku Za Granicą? Cz. 1

Niejednokrotnie byłem przez Was pytany o temat studiowania realizacji dźwięku za granicą i choć każdemu z osobna jakichś informacji udzielałem, to pomyślałem także, że warto by było te kilka doświadczeń zebrać w jeden artykuł, co by każdy zainteresowany mógł sobie rzucić okiem, tym samym odciążając mnie od odpisywania na te same/bardzo podobne pytania.

W wielkim skrócie nakreśliłem Wam już kiedyś swoją wizję tej kwestii w dziale F.A.Q. i moje zdanie nie uległo zmianie, ale w tym artykule skupimy się bardziej na tym, co mogę Wam opowiedzieć z własnego podwórka, z pierwszej ręki, zamiast wymyślać jakieś podejrzane historie, tworzyć sztuczne porównania z innymi szkołami, do których przecież nie uczęszczałem, itd.

Może komuś te moje prywatne wynurzenia pomogą w podjęciu decyzji o wyborze dalszego kierunku kształcenia. Tego nie wiem, ale przynajmniej postaram się Wam nakreślić jak to wyglądało w moim przypadku.

Poruszam ten temat również dlatego, żeby wyjaśnić niektórym pewną kwestię, której wyjaśnić się chyba nie da… Bo to jakaś plaga jest ostatnio… Ale o tym na samym końcu artykułu (a właściwie w drugiej jego części).

PULSE COLLEGE

Jak wiecie (bądź nie) miałem przyjemność uczęszczać na 3-letnie (teraz zmienione na 2-letnie) studia w Pulse College w Dublinie (wcześniej Pulse Recording College), gdzie uczyłem się i praktykowałem sztukę produkcji muzycznej w wielu aspektach. Naukę tam rozpocząłem niemal 10 lat temu, więc miejcie na względzie, że niektóre rzeczy z pewnością się zmieniły (chociażby lokalizacja – obecnie Pulse działa przy słynnym Windmill Lane Recording Studios), ciągle wprowadzane są jakieś nowinki (tak sprzętowe, jak i programowe), a niektórych rzeczy po prostu już nie pamiętam…

Nie śledzę wprawdzie na bieżąco każdego ruchu szkoły (a już w szczególności tego dotyczącego programu nauczania), ale newsletter ciągle otrzymuję, więc jakieś powierzchowne pojęcie jeszcze o nich mam. Niemniej jednak osłabło ono dość szybko po ukończeniu nauki, bo najprościej w świecie – nie mam obecnie żadnej potrzeby i powodu, żeby wiedzieć co tam teraz, po tylu latach dokładnie w trawie piszczy.

Tyle słowem wstępu.

Przedstawię Wam teraz krótko kilka najważniejszych aspektów związanych z tymi studiami, bo w zasadzie o nie pytacie najczęściej.

REKRUTACJA

Do rozpoczęcia nauki nie jest wymagana jakakolwiek wiedza z “naszej” dziedziny, bo wierzcie mi – nauczą tam Was wszystkiego od zera. Podstawa to oczywiście dobra znajomość obsługi komputera i… pasja do muzyki.

Każdy obcokrajowiec życzący sobie zapisać się do Pulse musi posiadać jakiś certyfikat językowy (np. TOEFL z wynikiem 4.5, Cambridge Proficiency z oceną C albo Cambridge Advanced z oceną A lub inne…) – tak jest już od paru lat. Więcej szczegółów na ten temat znajdziecie na stronie szkoły – wybierając konkretny kurs i rozwijając zakładkę ‘International Student Living Abroad or in Ireland’.

W moim przypadku rekrutacja wyglądała jeszcze “po staremu”, tzn. odbyłem po prostu półgodzinną pogawędkę z jednym z ojców założycieli tegoż przybytku podczas bycia po salonach tamtejszych oprowadzanym, ale o żadne certyfikaty nie będąc pytanym. Mniemam, że głównym celem takiego ‘tour de studio’ było określenie, czy mój poziom językowy jest wystarczający, czy sobie poradzę na zajęciach, czy zrozumiem co trzeba, czy będę potrafił się komunikować, etc. Wbrew pozorom, są to bardzo istotne elementy w tej pracy, o czym przekonał się każdy nie-Irlandczyk na pierwszych sesjach nagraniowych…

Na całe szczęście ten mój “pokaleczony inglisz” wystarczył i zostałem przyjęty. No dobra, nie było z tym angielskim wcale aż tak źle, bo zanim zdecydowałem się udać do świątyni muzycznej wiedzy i praktyki, byłem już po dwóch latach aklimatyzacji w tymże pięknym kraju (gdzie zderzenie z tutejszą mową było bardzo brutalne). Wierzcie mi, tutaj można sobie lekcje angielskiego z podstawówki, rozszerzonego programu w liceum czy na studiach – włożyć bardzo głęboko. Wiecie gdzie. Przynajmniej w kwestii wymowy… Ale to temat na zupełnie inną okazję i niezwiązany z dzisiejszym artykułem.

Po zakończonej rozmowie i wypełnieniu formularzy i załatwieniu innych biurokratycznych spraw, wystarczyło wnieść opłatę i czekać na pierwszy dzień zajęć!

Tutaj tylko muszę wspomnieć, że w tamtym czasie kadra w Pulse – tak nauczycieli, jak i wszystkich innych pracowników, składała się z przesympatycznych i pomocnych ludzi, którzy nie pozwolili mi się ani przez chwilę czuć zagubionym – duży plus! Wspomnę bowiem, że przed wybraniem tej szkoły odwiedziłem też kilka innych placówek w okolicy, ale żadna z nich nie przywitała mnie tak dobrze, jak “moja wybranka”. A inna sprawa, że absolutnie nie było problemu np. z płaceniem czesnego w miesięcznych ratach (czego oficjalnie na stronie nie piszą) – wystarczyło po prostu pójść i normalnie porozmawiać. Bo nie oszukujmy się, taka zabawa nie jest niestety tania (obecnie koszt jednego roku na podobnym kursie to okolice 4 tys. euro).

ZAJĘCIA

Z racji tego, że człowiek do pracy również chodzić musiał, nie mogłem sobie pozwolić na kurs w pełnym wymiarze godzin (“full-time”), czyli po naszemu – na studia dzienne. Tam zajęcia odbywały się standardowo od poniedziałku do piątku. W moim przypadku w grę wchodziła tylko opcja “part-time”, czyli coś w rodzaju naszych wieczorowych, ale też nie do końca.

Nasza grupa miała zajęcia 2 razy w tygodniu (pon. i śr.), a co drugi weekend również całodzienną sesję w studiu. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób:

Poniedziałek wieczorem – 2h wykładów

Omawiane było w zasadzie wszystko, co należałoby przyswoić z dziedziny realizacji (od tego czym jest dźwięk i jak się zachowuje, przez budowę i działanie wszelkich studyjnych urządzeń łącznie z przeklętymi, ale jakże przydatnymi schematami konsol, przedstawienie rynku muzycznego i rządzących nim zasadami, aż po naukę różnych technik produkcji, metod pracy w różnych środowiskach – studio, live i radio). Nie sposób tu wymienić każdego elementu z osobna, ale z perspektywy czasu mogę z powodzeniem stwierdzić, że wyłożono nam prawie wszystko, co wiedzieć powinniśmy. Piszę “prawie”, bo nie będę ukrywał, że zawsze czułem niedosyt, więc sporo też jeszcze czytałem we własnym zakresie. I każdemu, kto wybiera się na takie studia, mocno to polecam. Wiedzy nigdy za wiele. A może i przy okazji błyśniecie czymś na kolejnych zajęciach…

Środa wieczorem – 2h ćwiczeń

Czyli nic innego jak wdrażanie w życie zdobywanej wiedzy. Realizowaliśmy najróżniejsze projekty (raz w małych grupach, raz samodzielnie) i były to m.in.:

  • przygotowanie spotu radiowego, jingla i reklamy
  • udźwiękowienie prostych gier
  • tworzenie zapowiedzi (trailerów) do gier czy filmów (ile tu było śmiechu…)
  • nagrywanie w terenie (wywiady na ulicy)
  • realizacja audiobooków i innych zadań lektorskich
  • sound-check i koncert (pod okiem nauczyciela)
  • wyprodukowanie realistycznie brzmiącego coveru ze śladów MIDI (to była jazda!)

i wiele innych…

PRO TOOLS

Realizowanie powyższych zadań odbywało się co drugą środę, naprzemiennie z zajęciami z Pro Tools. I w tym miejscu muszę zaznaczyć, jak bardzo były to przydatne lekcje, bo regularne obcowanie z programem przez dwie godziny pod okiem doświadczonego nauczyciela nie zastąpi niestety powierzchownego przejrzenia instrukcji czy, co gorsza, uczenia się programu na wyrywki z YouTuba… Wszystkie 4 poziomy, przez jakie przebrnęliśmy w ciągu tych kilku semestrów, mieliśmy wyłożone tak dokładnie, że mało kto nie zdawał końcowych egzaminów z PT za pierwszym razem. Tutaj wykładowcy naprawdę się mocno postarali i jestem pewien, że bez ich pomocy byłoby nam wszystkim o wiele trudniej. Nie bez powodu Pulse był i nadal jest jedyną szkołą w Irlandii i jedną z sześciu w Europie, która ma status Pro School, czyli według oficjalnych wymagań Avid, jest w pełni upoważniona do przeprowadzania kursów oraz egzaminów aż po ostatni, najwyższy szczebel, czyli 310M lub 310P. I nawet nie chodzi o to, że robi to wrażenie (choć oczywiście robi i to duże). Istotne jest bowiem to, że przekłada się to na fantastyczny poziom nauczania i bardzo dobre wyniki studentów na egzaminach.

Pro Tools w weekend?

Warto tu jeszcze zaznaczyć, że szkoła prowadzi także osobne zajęcia (weekendowe) z nauki Pro Tools i można je sobie zrobić nie będąc nawet studentem szkoły. Też dobra rzecz, ale wierzcie mi, że nie jest to takie łatwe, aby zaczynając kurs w sobotę rano, zdać egzamin w niedzielę wieczorem. My, w ramach naszego kursu, mieliśmy zajęcia z jednego modułu PT rozciągnięte na kilka ładnych tygodni, a w przypadku 201 i 210M – na kilka miesięcy. Niewątpliwie więc mieliśmy łatwiej niż ktoś, kto przyszedł na dwa dni kursu z ulicy i nigdy wcześniej Pro Toolsa na oczy nie widział. Naprawdę niewielka liczba osób zdawała taki niedzielny egzamin za pierwszym podejściem.

A wiem to stąd, że sam musiałem w takim kursie uczestniczyć… Wszystko z tej prostej przyczyny, że zapragnąłem rozpocząć naukę w Pulse od… drugiego roku. Taką decyzję podjąłem po przejrzeniu programu i po rozmowie z właścicielem szkoły, bo coś już tam jednak z realizacji wiedziałem. Nie byłem pewien czy Aidan (taki Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, szef wszystkich szefów) na to pójdzie, ale postawił warunek, że jeśli zdam w ciągu pierwszego miesiąca zaległy egzamin z wiedzy ogólnej z pierwszego roku oraz zaliczę weekendowo moduł Pro Toolsa z pozytywną oceną – to nie ma problemu, mogę dołączyć do “drugo-roczniaków”. Mówiłem już, że to bardzo pomocni i dobrzy ludzie są? Odpłaciłem się im tym, że cały weekend ryłem Pro Toolsa jak głupi (przespałem może z godzinę w nocy z soboty na niedzielę) i na egzaminie popełniłem tylko dwa błędy, a test z wiedzy ogólnej zaliczyłem śpiewająco (choć dopiero za drugim podejściem) w ciągu 3 tygodni.

Nie bez powodu już pierwszego dnia w dziekanacie otrzymałem ksywkę “eager beaver” (czyli coś jak nasze “w gorącej wodzie kąpany”), co potem tylko potwierdzałem swoimi niezrównoważonymi pomysłami – czasem aż sam się miałem dość, no ale co poradzić na nadwyżkę determinacji…? I w ogóle nazwijcie mnie głupcem, ale na sobotnie sesje w studiu przychodziłem zawsze pierwszy, a studio opuszczałem prawie ostatni, no bo oczywiście zamykać musiał “Pan Kluczyk”.

No właśnie, sesje w studiu…

Co druga sobota – 10h w studiu

To były niewątpliwie najbardziej dla mnie emocjonujące zajęcia. Bite 10 godzin w studiu z prawdziwego zdarzenia. To tutaj poznawaliśmy cały routing (przepływ sygnału) na konsoli łącznie z konfiguracją zewnętrznych procesorów, modułów do odsłuchu dla artystów, crossowania sygnałów, etc. To tutaj uczyliśmy się pracy z mikrofonami, przedwzmacniaczami, nagrywaliśmy próbki, robiliśmy testy i porównania.

To również tutaj jeden kolega (oraz nasz nauczyciel) niemal nie dostali zawału jak “młody” przewrócił statyw z vintage’owym Neumannem na nim umieszczonym… Nigdy wcześniej nie doświadczyłem tak posępnej ciszy jak ta, która wypełniła cały live-room po upadku tegoż statywu…

No i oczywiście – to tutaj realizowaliśmy najważniejszy projekt z całych studiów, czyli wyprodukowanie od A do Z singla z zaproszonym zespołem oraz zrealizowanie z tego video. Ta druga część mnie szczerze mówiąc trochę mniej interesowała (ciężkie te kamery, światła i statywy, nie moja bajka). Ja już wiedziałem od pierwszego razu jak zasiadłem za stołem, gdzie jest moje miejsce i co chcę robić…! 🙂

Ciąg dalszy nastąpi…

Zostaw komentarz