Źródło, Źródło i Jeszcze Raz Źródło…

Pojęcie “źródła” przewija się w temacie nagrywania od zawsze i jest ono jednym z najistotniejszych w całej dziedzinie rejestracji. Jednocześnie można czasem odnieść wrażenie, że dla niektórych amatorów domowego studia jest ono tylko słowem na papierze nie mającym odzwierciedlenia w procesie produkcji muzyki. Zbyt często zdarza się, że temat ten jest w ogóle omijany szerokim łukiem, a uwaga młodych ludzi produkujących muzykę skupia się raczej na innych, późniejszych etapach pracy. A to już tworzy poważny problem…

Dlatego dziś zanudzę Was na potęgę starając się przybliżyć filozofię związaną z naciskiem na “źródło” i postaram się uczulić na to, jak bardzo istotny jest to element w procesie nagrywania.

Czym jest źródło?

Nikogo raczej nie zdziwię, jeśli powiem, że najogólniej rzecz ujmując, źródłem dźwięku nazywamy po prostu głos czy instrument. Ale w rzeczywistości składa się nań również wszystko to, co dzieje się z dźwiękiem zanim jeszcze trafi na dysk komputera. Dla przykładu, podczas nagrywania wokalu, na źródło składać się będzie nie tylko głos wokalisty/wokalistki, ale i pomieszczenie, w którym nagrywa, odpowiednio dobrany i ustawiony mikrofon, porządny przedwzmacniacz, (ewentualne) procesory wpięte w tor sygnału po preampie, a przed interfejsem (o ile korzystamy z zewnętrznego pre-), a nawet atmosfera w studiu. Słowem wszystko, co wydarzy się przed mikrofonem i w drodze zapisu ścieżek na dysk.

Dla porównania, w przypadku rejestracji chociażby gitary elektrycznej, jak nie trudno się domyślić, liczyć się będzie nie tylko sam instrument (czy w zasadzie piec, bo to z niego wydobywa się dźwięk), ale przede wszystkim muzyk i jego technika, potem wybór odpowiedniej gitary, wzmacniacza i kolumny, omikrofonowanie, pomieszczenie, tor audio – wszystko, co składa się na ostateczne brzmienie, które uchwycimy w DAW, zanim zaczniemy nim w jakikolwiek sposób manipulować w późniejszej fazie.

A jeśli chodzi o przypadki, w których nie nagrywamy żywych instrumentów czy wokali, bo całość naszego procesu tworzenia odbywa się wewnątrz DAW, źródłem będziemy nazywać przede wszystkim brzmienia, pętle czy sample, których używamy do budowania utworu. I nie wystarczy tutaj dysponować świetnie brzmiącymi bibliotekami i wirtualnymi instrumentami, które mają już całkiem nieźle dopieszczony sound, bo to by było za proste. W takich sytuacjach, najistotniejszą rzeczą będzie świadomy i umiejętny dobór tych brzmień – tak, żeby nie tylko miały sens w danym utworze, ale również ze sobą sensownie współbrzmiały i się zazębiały. A to już nie jest takie “hop-siup” i to tutaj sporo osób się wykłada…

Czy “gotowce” wystarczą?

Ktoś mnie niedawno zapytał, czy musi ingerować w brzmienie perkusji z instrumentu wirtualnego, skoro próbki w niej zostały tak dobrze zarejestrowane, że ona już sama w sobie kapitalnie gra. Powiem tyle – przynajmniej ten jeden element mamy wtedy z głowy. Twórcy takich romplerów położyli nacisk na jak najlepsze i najdokładniejsze nagranie próbek, dzięki czemu my nie musimy się martwić o relacje fazowe z poszczególnych mikrofonów, przesłuchy i wszystkie inne potencjalne problemy, które napotkalibyśmy podczas nagrań prawdziwej perkusji.

Ale czy to z automatu oznacza, że w takie brzmienie nie trzeba już w ogóle ingerować? Może w bardzo sporadycznych przypadkach zadziałałby taki gotowiec, ale w przytłaczającej większości przypadków trzeba będzie nieco tym brzmieniem pokręcić – w zależności od kontekstu.

Nie chodzi bowiem o to, aby każdy ślad brzmiał idealnie, grał pełnym pasmem, miał mnóstwo ciężaru, był klarowny, wyraźny i bliski. Wtedy mielibyśmy tylko chaos, a nie miks. Pamiętajcie, że ścieżki trzeba ze sobą w jakiś sposób połączyć, aby tworzyły spójny i sensowny twór, co zazwyczaj oznacza, że trzeba co nieco śladom poodejmować, bo do dyspozycji mamy tylko 100% miejsca i ani grama więcej – tyczy się to m.in. głośności poszczególnych ścieżek, częstotliwości jakimi grają, ich miejsca w obrazie stereo i tak dalej. Jeśli spróbujemy upchnąć w miksie za dużo, rezultatem będzie jeden, wielki “clusterfuck” wszystkiego!

Konkluzja tego akapitu jest więc taka, że dobierając brzmienia, bierzmy już na tym etapie pod uwagę inne elementy, które znajdą się w utworze. Z tą świadomością będziemy w stanie już w pierwszych etapach tworzenia utworu znaleźć (oraz ewentualnie lekko poobcinać) to, czego mamy za dużo w danym brzmieniu – tak, aby zrobić miejsce na kolejne instrumenty i ścieżki.

A już w ogóle krokiem poprzedzającym te decyzje powinna być porządna aranżacja i wcześniejszy wybór instrumentarium, które, jeśli będą odpowiednio przemyślane, zdejmą z nas sporo odpowiedzialności za idealne dopieszczanie brzmień, bo już same momenty pojawiania się danych instrumentów w utworze zniwelują sporo konfliktów… Ale o tym już kiedyś rozmawialiśmy (chociażby tutaj i tutaj).

Dlaczego źródło jest aż tak istotne?

Z bardzo prostych przyczyn! Wszystkie czynności jakie wykonamy przed nagraniem oraz warunki jakie zapewnimy naszemu artyście “przed mikrofonem”, będą miały KOLOSALNE znaczenie w późniejszych etapach pracy. Dlatego już z tego miejsca zachęcam Was do przyjęcia filozofii mówiącej o tym, że najwięcej pracy i skupienia powinno się poświęcać na odpowiednie przygotowanie do nagrania – tak samego artysty, jak i sprzętu oraz warunków “po drodze”.

Podam Wam przykład ze swojej ostatniej solowej sesji. Miałem fantazję i potrzebę nagrać gitarę klasyczną trzema mikrofonami – jeden na środek i dodatkowe dwa w konfiguracji X/Y, co by trochę boki wypełniły (bo nie lubię sztucznych poszerzaczy, robienia pseudo-stereo i innych inwazyjnych zabiegów). Ten utwór składać się będzie tylko z tej gitary oraz wokali, więc mogłem sobie na takie szaleństwo z mikrofonami pozwolić.

W każdym razie, użycie aż trzech mikrofonów na jednym źródle dźwięku, to ewidentne proszenie się o kłopoty fazowe. Dlatego tak bardzo istotnym czynnikiem było ich perfekcyjne ustawienie (tak, aby membrany wszystkich trzech znajdowały się możliwie w takiej samej odległości od źródła).

Mógłbym oczywiście zrobić to niechlujnie, ustawić mikrofony byle jak i dopiero później w ramach edycji sobie ręcznie te ślady przesuwać i wyrównywać, żeby fazy się zgadzały. Tylko pytanie – po co miałbym sobie dokładać roboty na potem? Spędziłem więc nieco więcej czasu niż zwykle przed nagraniem, czyli dopracowałem pozycje mikrofonów względem gitary (zajęło mi to w sumie 5 czy 6 prób) i w końcu fazy wszystkich trzech się idealnie zgadzały.

Dodatkowo musiałem trochę pomanewrować ustawieniem ruchomych paneli z wełny w pomieszczeniu, założyć nowe struny i… dobrze wyćwiczyć swoją partię. Podpiąłem mikrofony pod najlepsze preampy jakie posiadam, a na ślad środkowy zapiąłem jeszcze w torze lekko działający kompresor. Po spełnieniu tych wszystkich warunków w najlepszy sposób jaki umiałem i zaaplikowaniu pogłosu w drodze odsłuchowej (co by milej się grało) – zacząłem właściwe nagrywanie.

I te kilka dodatkowych kroków naprawdę zrobiło ogromną różnicę, bo już na tym etapie uzyskałem niemalże ostateczne brzmienie gitary, co samo w sobie było wielką nagrodą. Również to, że podczas nagrywania słyszy się w słuchawkach inspirujące brzmienie, potrafi spowodować, że jeszcze lepiej się gra i czuje utwór. Wierzcie mi – nie da się tego w żaden inny sposób podrobić!

Źródło a Miks

Bardzo istotnym argumentem przemawiającym za przykładaniem się do źródła jest fakt, niepodważalny fakt (i każdy realizator Wam to powie), że odpowiednio dobrze nagrane ślady (co też nie oznacza idealne) są przepustką do zrobienia dobrego miksu. Bardzo trudno jest bowiem wykręcić sensowny miks ze ścieżek, które już u źródła brzmią kiepsko. Jak to mówią – “polish a turd and it’s still a turd, just polished”, czyli po naszemu coś w stylu – możesz dopieścić łajno, ale to nadal będzie łajno, tyle że wypolerowane…

W czym tkwi problem?

Według moich obserwacji, a trochę ich przez lata nagromadziłem, dwoma głównymi problemami w podejściu młodych adeptów realizacji są: brak dostatecznej wiedzy o technikach nagrywania oraz skupienie na zupełnie innych elementach procesu produkcji muzyki – głównie na etapie miksu (że o masteringu nie wspomnę). Nie zamierzam oczywiście podważać wartości tych procesów, ale jeśli dopiero w tym miejscu młody człowiek zaczyna zwracać uwagę na to, jak brzmią jego ślady, to najwyraźniej coś tu jest nie tak…

Każdy z Was zapewne nie raz słyszał (albo nawet stosował) zasadę “naprawimy to w miksie”. Dla mnie jest to niemal jak rak, który się szerzy i serwuje swe przerzuty kolejnym amatorom nagrywania oraz wyrabia w nich bardzo złe nawyki (które nieświadomie przekazują następnym i następnym). Nie przykładają się oni do tego, aby już u źródła uchwycić zadowalające brzmienie, nagrywają byle jak, a potem szukają magicznych sztuczek i wtyczek na naprawienie skopanych śladów. Naprawdę nie tędy droga!

Żaden inżynier miksu nie lubi się użerać ze śladami, które trzeba gruntownie naprawiać. Ba, mało tego, niektórzy nawet odmówią współpracy, jeśli nagrane ścieżki nie trzymają odpowiedniego poziomu. Osobiście się spotkałem z takimi sytuacjami, gdzie zostałem poproszony o wykonanie miksu, a jak przesłuchałem przesłane ślady, to zasugerowałem nic innego jak ponowne ich nagranie, bo prawdopodobnie spędziłbym dwa dni na samym “dłubaniu”, co i tak w ostatecznym rozrachunku by nie brzmiało zbyt dobrze, bo:

  • Raz – teoria “wypolerowanego łajna”, o której wspominałem.
  • Dwa – każda ingerencja w nagraną ścieżkę (szczególnie, jeśli są to dość inwazyjne procesy jak odszumianie, strojenie, rozciąganie/zacieśnianie audio) ma bardzo destrukcyjny wpływ na jakość i brzmienie. Przemnóżcie teraz ilość tego typu procesów przez liczbę śladów i wyobraźcie sobie rezultat… A to wszystko jeszcze zanim zaczniemy aplikować korekcję, kompresję, pogłosy i wszystko inne.
  • Trzy – niechlujstwo, niewiedza i próby pójścia na skróty zawsze się na nas zemszczą!

Ja rozumiem, że ktoś może mieć ochotę usłyszeć, jak mogłyby zabrzmieć jego ślady po obróbce wykonanej przez bardziej doświadczoną osobę, ale jeśli są to ślady nagrane bez przyłożenia się doń i nie trzymają choć podstawowego poziomu, to od razu z góry taką osobę uprzedzam, że zabrzmi to tylko tak dobrze, jak dobrze zostało nagrane. Czyli… niedobrze.

Wiadomo z czego, bata nie ukręcisz, jak mówi stare, mołdawskie przysłowie ludowe…

Chyba, że osobnik ma taki budżet, aby pokryć moją mozolną i długotrwałą edycję, która i tak nie zawsze gwarantuje powalające efekty, choć raczej stronię od takiego rozwiązania i innym też go odradzam. Bo jasne, niby można sporo podciągnąć i poprawić za pomocą różnych narzędzi, ale taki utwór nie zyska nagle nowej jakości tylko dlatego, że przemieli się ścieżki przez kilka reperujących wtyczek, wierzcie mi. Można go co najwyżej doprowadzić do “stanu używalności”, nic więcej!

Podsumowanie

Z tego miejsca apeluję, wręcz Was błagam – nie chodźcie na skróty i nie nagrywajcie byle jak brzmiących śladów z nadzieją, że później się poprawi wszystkie niedociągnięcia. Tym bardziej nie liczcie też, że osoba dla Was miksująca zasiądzie do ich naprawy z entuzjazmem, bo to naprawdę nudne i mozolne jest zajęcie. Zamiast tego poszerzajcie swoją wiedzę z zakresu nagrywania, dokładajcie wszelkich starań już na samym starcie, dbajcie o warunki, w jakich nagrywacie i starajcie się uzyskiwać brzmienie bliskie finałowemu już u źródła! Nie zostawiajcie tego na późniejsze etapy.

I ostatnia rzecz – porzućcie obsesję posiadania jakichś magicznych wtyczek, które zdziałają cuda i odciążą Was od wykonania czynności koniecznych do uzyskania porządnego brzmienia u źródła oraz nigdy, przenigdy nie zaburzajcie balansu między źródłem, a sprzętem, tzn. nie wierzcie, że sam sprzęt (z jakiej by nie był półki) sprawi, że nagle słabo zagrana czy zaśpiewana partia zabrzmi jak petarda. Jest bowiem totalnie na odwrót – on jeszcze bardziej obnaży ewidentne błędy nagrania czy wykonania.

Bo zdrowy balans wygląda tak, że jak ktoś umie grać/śpiewać oraz spełni warunki do odpowiedniego zarejestrowania swoich partii, to nawet na budżetowym sprzęcie będzie to brzmiało milion razy lepiej niż artystyczna słabizna przepuszczona przez nie wiadomo jakie klocki! A jeśli mamy do czynienia z prawdziwym talentem, wiemy co robimy jako realizatorzy i dodatkowo dysponujemy porządnym sprzętem… the sky is the limit!

Jeśli będziecie się trzymać tych wytycznych, to gwarantuję Wam, że z czasem dojdziecie do miejsca, w którym odtwarzając wszystkie surowe ślady w projekcie, raptem po wstępnym ustaleniu ich głośności i rozłożeniu w panoramie – one się same zaczną ze sobą sklejać. Natomiast aplikowanie procesów typowo mikserskich stanie się wtedy czystą przyjemnością i będzie ono służyło tylko dodatkowemu podrasowaniu brzmienia całości, a nie eliminowaniu błędów!

I życzę Wam, żeby zdarzało się to jak najczęściej, bo jak raz się znajdziecie w takiej sytuacji, to już nigdy więcej nie będzie Wam się chciało wracać do grzebania w kiepsko i niechlujnie nagranych ścieżkach!

Cytat do zapamiętania na dziś:
“Źródło, Głupcze!”

  1. Sądzę że jak ktoś ma domowe studio i nagrywa swoje rzeczy, a jest niecierpliwy, bądź chce chociaż “mniej więcej” zobaczyć jak jego kawałek zabrzmi w całości, czy po prostu sam ten kawałek składa i chce mieć “obraz sytuacji” to warto sobie nagrać takie “demko”, coś niedopieszczone, ale zagrane na luzie ze wszystkimi partiami. Dzięki temu możemy się tym nasycić, nacieszyć, dopieścić, porządnie przećwiczyć z pełnym podkładem i wtedy dopiero nagrać to porządnie – ze źródłem 😉 Osobiście tak zamierzam robić, sądzę że to dobry kompromis między niecierpliwą naturą a jakością i bądź co bądź – radością z tego co się robi 🙂

    • Jasne, takie poglądowe demko przed nagraniem właściwym zawsze warto sobie zarejestrować i sprawdzić jak mniej więcej będzie się całość prezentować.

  2. Przepraszam, internet przyciął i wstawiło mi podwójnie, a nie widzę opcji edycji, proszę moderację o usunięcie nadmiaru moich komentarzy 🙂

  3. Świetne walnięcie słowem w łeb , takie przypominało aby sie opamiętać i zawrócić ze złej ścieżki Mi pomogło przynajmniej od teraz juz będę na maksa dopieszczał źródło . Nawet źródełka wokalistek 🙂

  4. Na początku mojej przygody z produkcją muzyki dużo komponowałem i nagrywałem (w większości gitara, bas plus instrumenty z VSTi). Chętnie angażowałem się w różne ‘projekty’ za przysługę. Podjąłem się kiedyś skomponowania muzyki dla pewnej fundacji. Jako ‘wytyczne’ miałem nagranie dziewczynki, która wymyśliła słowa i melodię – bardzo chciała zaśpiewać swoją piosenkę na żywo podczas jakieś uroczystości fundacyjnej. Do linii melodycznej dorobiłem aranż i dograłem instrumenty. Wszyscy (i ja) byli zadowoleni z tego podkładu.

    Po odśpiewaniu na uroczystości wszyscy chcieli, żeby ta piosenka stała się ‘hymnem’ fundacji i żeby wokal dziewczynki na stałe się wpisał w tę muzykę.

    Z racji tego, że współpraca była na odległość i nie udało się nam zorganizować ‘sesji’ nagraniowej w studiu akademickiego radia musieliśmy przystać, że dziewczynka zostanie nagrana na miejscu sprzętem, który posiadają. Po licznych poradach i wskazówkach tak aby to nagranie, przy którym nie mogłem uczestniczyć, było możliwie znośne wyszło na to, że nagranie było (jak można było przypuszczać) tragicznej jakości 😉

    Podjąłem się mimo wszystko żmudnych prób odszumiania, oczyszczania – jak zostało napisane w artykule – polerowania g… – żeby zobaczyć co mogę z tego zrobić.
    Nie udało mi się tego dobrze wypolerować, na tyle żeby wkomponować to w muzykę i żeby fundacja chciała się tym chwalić. Wpadłem wtedy na szalony pomysł, że zniweluję kontrast między muzyką a nagranym wokalem w ten sposób, że… popsuje brzmienie muzyki. Ostro obciąłem górę wymuskanych brzmień instrumentów wirtualnych – dodałem szumów.

    Zrobił się z tego taki efekt starego nagrania – średnio-słabo to całościowo brzmiało, ale kontrast między wokalem a resztą został na tyle zredukowany że osoby z fundacji uznały, że brzmi jakoś zupełnie inaczej – lepiej.
    Generalnie byli od początku świadomi, że cudów ze słabym nagraniem nie da się zrobić ale na swoje wewnętrzne potrzeby byli zadowoleni z takiego rezultatu końcowego.

    Nikt normalny nie ma ochoty się popaprać przy polerowaniu – ale zawsze można się nauczyć przy tym różnych metod i narzędzi do oczyszczania. Po takiej zabawie potrafię teraz od razu rozpoznać na ile można sobie pozwolić z nagraniem i czy jest sens w ogóle zabierania się za polerowanie – co często mi się przydaje w pracy w radiu z materiałami często nagrywanych w nieidealnych warunkach akustycznych.

    Trzeba doceniać porządnie nagrane sygnały i samemu tylko takie produkować – więc ŹRÓDŁO przede wszystkim 😉

    • Fakt, babranie się w edycji śladów potrafi dobrze nauczyć różnych metod i narzędzi, ale nasza praca powinna być nakierowana na coś zdecydowanie bardziej inspirującego niż takie mozolne poprawki… 🙂

  5. Sześć,

    Nowy jestem w sensie zarejestrowanego użytkownika ale zaglądam tu już od ponad pół roku i od pół roku radość mnie ogarnia, że zaistniało takie miejsce. Naczytałem się tu już trochę i nauczyłem kilku rzeczy, a i potwierdziły się niektóre moje domysły/przypuszczenia/teorie czy nawet sprawdzone już zabiegi. Nigdzie jeszcze (w sensie w internecie) nie spotkałem tak trafionych informacji i tak bliskiego mym przekonaniom podejścia do dźwiękowych tematów w jednym miejscu. Czapa z głowy Igorze za tę stronę, chęci, otwartą dyńkę i rzetelność no i niezwykle rzadko spotykane forum/komentarze właściwie wolne od troli i hejtu 🙂
    Zarejestrowałem się wreszcie i mogę o tym napisać.

    Uczę się grać na gitarze (i grywam czasem też;)) już ponad 20lat, śpiewam też prawie tyle. Dźwiękiem od strony konsolety zajmuję się trochę krócej ale dzięki temu (pewnie jak niejeden z nas) znam perspektywę z jednej i z drugiej strony. Temat “źródła”, który poruszyłeś jest niezwykle ciekawy i warto mu poświęcić czas, bo istnieje tak naprawdę na pograniczu tych dwóch perspektyw: muzyka i realizatora. Muzykowi, który nigdy nie nagrywał/realizował dźwięku trudno zrozumieć niektóre argumenty realizatora i na odwrót. Na codzień w pracy czasem borykam się z muzykami, którzy np. uważają, że wiedzą najlepiej, jak powinien stać mikrofon przy ich instrumencie i ciężko nawet podyskutować. Tłumaczenie, że to ja siadam zaraz za dechą i będę musiał wycisnąć z tego majka super brzmienie, a nie on, nie zawsze przynosi pożądany skutek. Inna rzecz, że czasami się okazuje, że w jaki sposób bym tego majka nie postawił… i tak będzie dramat 😉
    Oczywiście to tylko jeden wątek tego tematu.
    Mój kolega po fachu mawia “system/nagranie brzmi co najwyżej tak dobrze, jak jego najsłabsze ogniwo”. W odniesieniu do źródła – jeśli coś spapramy na samym początku to może już być tylko gorzej 😉 W łańcuchu dla mnie źródło jest najważniejsze – jest punktem wyjścia do dobrego brzmienia na końcu łańcucha – czy jest to monitor w studiu czy paczka na froncie sceny. Po co tuningować malucha skoro można zacząć od Porsche.
    No i jedna ważna sprawa: jeśli nagrywamy sobie swoje demo w piżamie i bez ciśnienia to zawsze mamy szansę i czas dograć jeszcze raz to, co zarejestrowaliśmy nie tak jak trzeba. W sytuacji, kiedy ktoś przyjeżdża do nas nagrać ślady i potem znika niecierpliwie czekając na pierwsze miksy – mamy to co nagraliśmy i rzadko jest okazja do dogrywek. Dlatego trzeba dążyć do tego, by nagrać ślady najlepiej jak się da.
    Kwestie przygotowania się muzyków, instrumentów, pomieszczenia, omikrofonowania i tego wszystkiego, o czym Igor pisał – temat bardzo szeroki i mam nadzieję, że uda się jeszcze trochę miejsca i czasu tutaj na niego poświęcić.

    Pozdrawiam wszystkich

Zostaw komentarz