Największe Wpadki w Studio, Cz. 2

Kontynuujemy wątek największych wpadek w studio…

Dziś podzielę się z Wami kolejną porcją nieco upokarzających wydarzeń, jakich byłem uczestnikiem bądź sprawcą podczas pracy z muzykami.

Z perspektywy czasu wydawać się one mogą śmieszne, ale wierzcie mi, że w tamtych chwilach do śmiechu mi wcale nie było.

Jeśli ktoś przegapił pierwszą część wpisu, to nadal ma okazję powytykać mnie palcami w komentarzach pod dzisiejszym artykułem.

Tymczasem listę wstydu nadszedł czas najwyższy uzupełnić…

5.

Tak jak ponoć elektryka prąd nie tyka, tak dla dźwiękowca sygnał audio powinien przyjacielem być, nie wrogiem. Pozwolę sobie jednak z tym polemizować…

Sytuacja ma miejsce podczas naszej pierwszej grupowej sesji nagraniowej na studiach. Jako “młode szczurki” uczymy się przepływu sygnału na konsolecie, dowiadujemy się jaki guzik do czego służy, co można zrobić z całym routingiem na stole, etc. Potem uczymy się zbierać i optymalizować poziom sygnału nagrywanych instrumentów. I w tym miejscu spojrzeliśmy w oczy śmierci. A przynajmniej śmierci naszego słuchu…

Perkusista w live-roomie, uderza mocno, regularnie i zgodnie z naszymi wytycznymi w werbel, a “młody kwiat” inżynierów w reżyserce kręci gainem, aż będzie odpowiednio grało na monitorach. Niestety, podczas małego zamieszania i krótkiej przerwy, któryś z nieuważnych studentów, “opanowując” matrycę krosującą sygnały na konsolecie, musiał chyba coś gdzieś kliknąć, bo okazało się, że jak wróciliśmy z przerwy to jakimś dziwnym trafem… już nie grało. Dziś już wiemy, że ktoś z ambitnych musiał źle przydzielić tor powrotu sygnału z werbla, bo ten po prostu powędrował na nieużywany i “zamknięty” kanał.

Konsternacja wśród nas wszystkich sprawiła, że nikt do końca nie zauważył (łącznie ze mną), iż podczas prób odzyskania tego sygnału, jakiś geniusz odkręcił potencjometr Master Volume na stole do pozycji 11 (czyli głośniej niż przewidują jakiekolwiek normy). Nie będę się chwalił, że to ja wypatrzyłem błąd na matrycy, bo chwalić się naprawdę nie ma czym – a to dlatego, że moje wielkie odkrycie tego, co było nie tak, nie stało się omal przyczyną tragedii. Traf chciał, że akurat w tym momencie kiedy odcisnąłem felerny guzik na matrixie i sygnał powrócił do odsłuchu na główne szyny, nasz perkusista wykonał tak idealny rimshot dwiema pałeczkami, że SPL w reżyserce osiągnął poziom przelatującego odrzutowca.

Wyobraźcie sobie sporych rozmiarów monitory wbudowane w ścianę (nawet nie wiem, ile one miały cali, ale “małe to one nie byli”…) o naprawdę sporej mocy, które rozkręcone na maksa wystrzeliwują w Was dźwięk o takim ciśnieniu akustycznym, że fala uderzeniowa zmiata z konsoli kilkuletni kurz.

Ktoś przytomny zdążył na szczęście szybko odsłuch przyciszyć, bo inaczej byśmy chyba stamtąd wyszli z krwawiącymi uszami. Nawet nauczyciel prowadzący w tym czasie zajęcia 2 piętra wyżej zbiegł do nas zapytać co się stało, bo myślał, że coś wybuchło.

Cała wina oczywiście spadła na mnie, bo to ja znalazłem i odcisnąłem ten felerny guzik i to najwidoczniej ja dałem ciała… Różne ksywki już mi w życiu nadano, ale branżowej nigdy wcześniej. Po tym wydarzeniu stałem się przeciwieństwem innego genialnego studenta (który podczas koncertu przez swoją nieuwagę wyciszył FOH na kilka sekund za co otrzymał przydomek “Johnie, the Mute”) i złośliwe bestie zaczęły mnie nazywać… “Johnie, the Deaf”. Dopisałem sobie do CV 🙂

6.

ZPMzłośliwość przedmiotów martwych. Temat znany nie od dziś, choć zbadany i poznany jeszcze nie wystarczająco i nie do końca. Wiemy doskonale, że wszelkiego typu urządzenia i akcesoria (głównie studyjne i domowe) wiodą jakieś potajemne życie i czasem knują spiski. Tego nawet nie warto podważać. A że zabiegi te odbywają się w wymiarze dla zwykłego śmiertelnika niezauważalnym, badanie tematu jest, delikatnie mówiąc, utrudnione. Już chyba więcej wiemy o pasach Van Allena niż o podstępnych i skoordynowanych działaniach niektórcyh przedmiotów, które zrobią wszystko co w ich mocy, aby utrudnić nam życie…

Nagrywam gitarzystę u siebie w domu, ruchome panele porozstawiane, instrument pierwsza klasa, mikrofon najlepszy na świecie, tylko partia jeszcze u kolegi niedopracowana. Więc puszczam mu sekcję z projektu, niech sobie poćwiczy i domknie już to co ma grać. Zaczynamy nagrywać i nawet nie jest źle, ale jednak ciągle coś nie hula. W końcu kolega wpada na genialny pomysł ze swoją partią i robi przepiękną przeplatankę palcami w newralgicznym miejscu, na co obaj po cichu zareagowaliśmy wielkimi bananami na twarzach. “Mamy to!”, wybełkotaliśmy niemal równocześnie po zatrzymaniu nagrywania.

Jak bardzo nasza radość została stłamszona, a życie straciło wszelki sens, gdy okazało się, że tuż przed zagrywką życia naszego gitarzysty, swoje trzy grosze postanowiła dorzucić moja kochana lodówka, która przy rozruchu wydaje odgłosy zarzynanego silnika od motoroweru Romet… Niestety żaden z nas tego nie zarejestrował podczas nagrywania, a dopiero przy odsłuchu wyszło “szydło” (Word sugeruje mi z dużej litery…) z worka.

W sumie to nie koniec świata, bo przecież ujęcie można powtórzyć, lodówkę na chwilę odłączyć od prądu. Sęk w tym, że gdy już wszelkie potencjalne zagrożenia ze strony urządzeń w domu zostały wyeliminowane – kolega za nic w świecie nie był w stanie idealnie tak samo odegrać tej przeplatanki, co oczywiście zrodziło więcej frustracji.

Ja już po raz kolejny wyszedłem na niezłego pajaca, a lodówka (z resztą przedmiotów w zmowie) miała zapewne niezłą imprezę z “żółwikami” i przybijaniem “piąteczek” jak tylko opuściłem swój lokal tego wieczoru… Mogę się założyć o swojego pilota do prześcieradła.

7.

Wspominałem już, że przedmioty mnie nie lubią? Dodam tylko, że z wzajemnością. Ktoś, kto mi pisał scenariusz, naprawdę musiał być złośliwym komarem, bo co się czegoś dotknę, to albo zepsuję, albo zgubię. Robiłem z zespołem całodzienną sesję nagraniową i z jakiegoś głupiego powodu postanowiliśmy zostawić nagranie wokali na sam koniec. Że sesja dość rozbudowana była, to zaczynało nam powoli brakować kanałów na konsolecie (miała ich tylko 24). Zrobiłem więc kilka szybkich roszad w Pro Toolsie, żeby odzyskać kilka kanałów na konsoli i móc wygodnie pracować. Gdzieś jednak ewidentnie popełniłem błąd, bo jak przyniosłem sesję do domu celem edycji i miksu, to po jakichś 30 minutach porządkowania sesji i odpaleniu po raz pierwszy śladu wokalu okazało się, że na tym właśnie śladzie jest rzeczywiście wokal. Ale nie tylko. Genialny Igor tak “zaoszczędził” na kanałach, że na ślad wokalu zgrał się również bas… Wprawdzie na niezbyt wysokim poziomie, ale słychać go było. Tak oto stworzyłem nowe przykazanie do nagrywania wokalu – “Pamiętaj, aby ścieżkę basu w tle zawsze na śladzie wokalu aplikować.”

Ileż ja się musiałem namęczyć, żeby jakoś ten wokal potem sensownie zmiksować to moje. Natomiast nauka dodatkowa z tej historii płynie taka (tylko jej nie praktykujcie, broń O-borze), ażeby nie mówić od razu o wszystkich usterkach zespołowi (czy ich menadżerowi), jeśli zdążycie je odpowiednio wcześnie załatać i zakamuflować, a przy tym zachować pokerową twarz 🙂

8.

Ostatnia anegdota, jaką się chciałem dziś podzielić, nie jest może typową wpadką, która da Wam pożywkę do nabijania się ze mnie, a bardziej radą i przestrogą. Chcę Was bowiem przestrzec przed popełnianiem błędów, które sam przez jakiś czas popełniałem (szczególnie jak zaczynałem swoją przygodę z dźwiękiem od strony realizatorskiej). Straciłem na to sporo czasu, a nie nauczyłem się w zasadzie z tego nic i w żaden sposób nie stałem się lepszym realizatorem. Zapadł mi tylko w pamięć wniosek końcowy – NIE TĘDY DROGA!

Dlatego pójdźcie proszę za moim przykładem, zaoszczędźcie sobie miesięcy bezowocnej pracy i nie róbcie tych dwóch rzeczy (czy nie myślcie tymi dwiema kategoriami):

  • Mój guru używa takiej a takiej wtyczki (czy wtyczek), więc też muszę je mieć, bo wtedy moje miksy będą tak samo dobre jak jego

Niestety jedno z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego. Twój guru nawet na “stockowych” pluginach ukręci 50 razy lepszy miks od Ciebie. Brutalna prawda. Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepsze wyniki zaczniesz osiągać i ruszysz w końcu do przodu. Ucz się na takich wtyczkach, jakie masz. Jeśli będziesz umiał i rozumiał potencjał (chociażby korekcji), to na każdym modelu wtyczki ukręcisz odpowiednie brzmienie.

  • Podpatrzę, jakie ustawienia korekcji zastosował ktoś na śladzie gitary elektrycznej (czy jakimkolwiek innym) i skopiuję je na ślady w swojej sesji

Chyba największy absurd jakiego się kiedykolwiek dopuściłem… Pal licho brzmienie źródłowe, pal licho inne instrumenty w sesji, pal licho kontekst – ważne, że zastosowałem takie same parametry EQ jak jakiś tam “miszczu”. Szkoda tylko, że u mnie to w ogóle nie brzmi dobrze i nie ma w ogóle sensu w zderzeniu z resztą śladów i całościowo w piosence. Pewnie trzeba lepszą wtyczkę kupić… (sarkazm, dla jasności)

Matko, jak bardzo człowiek własnym brakom potrafił zaprzeczać…

W tym miejscu zamykam galerię swoich wpadek w studio życząc sobie (i Wam), aby było ich w przyszłości jak najmniej. Wiadomo, że w całości ich wyplenić się nie da, bo niezbadane są złośliwe wyroki urządzeń (bądź ludzi), z którymi przyjdzie nam się mierzyć. Niemniej jednak, starajcie się uczyć na błędach (jeśli nie swoich to cudzych) i myślcie zawsze krok do przodu – to pozwoli uniknąć wielu żenujących porażek 🙂

A jeśli komuś przypomną się jeszcze jakieś prywatne historie, z których nie do końca jesteście dumni, to sekcja pod spodem stoi dla Was jak zawsze otworem. Ja odkryłem swoje karty i pozwoliłem Wam się ze mnie pośmiać, teraz Wy dajcie mi pośmiać się z Waszych ułomności! Oczywiście bez złośliwości… Kto pierwszy? No kto?

Zostawić komentarz ?

12 Komentarze.

  1. Word, widzę, też złośliwa bestia… 😈

  2. To ja o zbytniej pewności siebie:Zrobiłem kilka dubbingów do kilku godzinnych filmów. Z pośród wielu lektorów miałem takiego z dość orginalnym głosem, bo za każdym razem coś mi nie pasowało w ustawieniu mikrofonu.Chłopak miał fajną dykcję ale dużo jakiś wysokich częstotliwości.Następnym razem poleciłem mu usiąść dalej od mikrofonu. Po krótkim odsłuchu dało się usłyszeć więcej zebranego pogłosu.To był czas kiedy poszedłem na całość i robiłem pełen dubbing a to wiązało się z nagrywaniem nieraz 25 osób i ciągłym pośpiechem aby film był gotowy na koniec mięsiąca.Więc zbytnio tym pogłosem się nie przejołem myśląc sobie…a mam w Pro Toolsie cały arsenał EQ więc na pewno sobie poradzę.
    Przeliczyłem się i nie udało mi się z likwidować tego pogłosu na tyle aby nikt tego nie zauważył.Oczywiście najprościej byłoby go ująć lektora jeszcze raz ale niestety nie miałem już na to czasu,bo film musiałem już umieszczać w internecie.Pozostało mi tylko pszeprosić lektora za kaszanę.Był lektorem prowadzącym.Po tym incydencie cały dubbing przeniosłem z dużego pokoju do mojego małego studia,które okazało się być dla takich nagrań idealne.Bo samo moje studio wygląda jak kabina lektorska.A tak przy okazji w jednym zdaniu: Jest skuteczna metoda na pozbycie się niepotrzebnego pogłosu który już został nagrany?

    • Do pewnego stopnia tylko można się go pozbyć. Jeszcze pół biedy, kiedy jest to wokal w utworze pełnym innych śladów, ale jeśli mowa o lektorze wywalonym na front, to raczej za wiele nie zadziałasz bez słyszalnych skutków ubocznych.

  3. Tak podejrzewałem. 😥

  4. Z uwagi na to że jestem świeżym zakamarkowiczem chciałem się przywitać, tak więc- cześć wam. Największym moim błędem zdecydowanie było dopuszczenie podczas domowej imprezo/sesji, do tego by piwo znalazło się w zasięgu komputera i całego sprzętu. Była to spora nauczka dla mnie jak i dla mojego portfela.

  5. No mi się zdarzyło już wiele razy, że zagrałem jakieś solo, czy partię gitary całkiem nieźle i … oczywiście 😆 zapomniałem o przycisku “R”…

    • Myślę, że wielu z nas mogłoby się taką błyskotliwością pochwalić… 🙂

    • Myślę że tak, ale jakoś noc innego akurat mi nie przyszło do głowy… (nie to żebym nie chciał) :mrgreen:

  6. A piwo gorsze jeszcze od wody! Dla elektroniki rozumie się.

Zostaw komentarz