Wymogi Radiowe i “Agresywne Miksowanie” – Pytania od Czytelników

Kontynuujemy serię odpowiedzi na nurtujące Was pytania. Ostatnio dostaję ich całkiem sporo i na wszystkie staram się odpisywać, ale czasem trafiają się takie, które zostawiam na trochę później, żeby stworzyć z nich szerszy artykuł, co by mogli na tym skorzystać także inni czytelnicy.

Dzisiaj zajmiemy się dwiema kwestiami – wymogami dotyczącymi utworów emitowanych w radiu oraz czymś, co jeden z kolegów nazwał “agresywnym miksowaniem”. Ruszamy…

Wymogi Radiowe

Tomasz zapytał mnie o to, czy istnieją jakieś wytyczne lub normy, które musi spełniać typowa piosenka (pop, rock, inne), aby mogła zostać wyemitowana w radiu.

Jak wynika z mojej wiedzy, pewne obostrzenia rzeczywiście istnieją, ale bardziej na zasadzie wskazówek niż sztywnych reguł. Ale po kolei…

I. Odpowiedni standard artystyczny, wykonawczy i brzmieniowy – to jest chyba najbardziej oczywista rzecz, ale warto co niektórym to uświadomić. Wiadomo, że kiepsko nagrany, zaśpiewany i zagrany numer, który brzmi jakbyśmy go rejestrowali dyktafonem, nigdy w radiu nie zaistnieje. Dlatego pierwsza i podstawowa rzecz jest taka, że liczy się przede wszystkim odpowiednio wysoki poziom piosenki – pod każdym względem.

II. Utwór musi być radio-friendly, co oznacza, że powinien spełniać kilka przyjętych norm:

  • jego długość nie powinna przekraczać 4 minut. Standardem są okolice 3:30, ale jak będzie nieco krócej, to też się nic nie stanie
  • wokal pojawia się najpóźniej do 15. sekundy (przydługie wstępy nie są mile widziane i zwykle “zagadywane” przez prowadzącego bądź ucinane)
  • refren pojawia się w pierwszej minucie trwania utworu
  • w utworze brak jest wulgaryzmów lub są one zgrabnie powycinane (często takie miksy oznacza się jako “clean version”)

Poza tymi bardziej technicznymi wymogami są jeszcze inne rzeczy, na które chciałbym abyście zwracali uwagę, jeśli chcecie mieć szansę usłyszeć kiedyś swoje kompozycje na antenie:

III. Chwytliwy refren – nie mówię tu koniecznie o jakimś tandetnym “na, na, na” czy “hop siup fikołka zrób” tylko takim refrenie, który zapada w pamięć i sam się nam nuci w głowach przez pół dnia.

IV. Hook – “haczyk” czy raczej “wabik” na słuchacza – sytuacja nieco podobna do chwytliwego refrenu, ale “hookiem” mogą być różne elementy – charakterystyczna melodia, riff przewodni, niecodzienne brzmienie jakiegoś instrumentu, konkretna linijka tekstu czy wiele innych elementów, które przykują uwagę słuchaczy i będą z marszu kojarzone z danym utworem.

V. Głośność – tutaj mogę poradzić tylko jedną rzecz – nie masakrować kawałka na potęgę, zostawić w nim spory zakres dynamiki i nie eliminować ostatnich resztek “oddechu” celem wydobycia jak najwyższego poziomu RMS. Procesory radiowe tak czy inaczej dołożą swoją dawkę kompresji i ograniczania, aby kawałek trzymał się w ryzach przyjętych poziomów emisji, więc im nasz miks będzie dynamiczniejszy, tym znacznie lepiej zabrzmi w radiu niż inny, uprzednio mocno skompresowany, który po dodatkowych procesorach emisyjnych może skończyć jako męczący i totalnie bez życia gniot.

VI. Często też mówi się o tym, żeby po prostu robić dwa miksy – jeden zwyły, (pełny, oryginalny) oraz jeden tzw. “radio edit” – czyli odpowiednio poprzycinany, skrócony i wyedytowany, aby spełniał wspomniane wyżej warunki dla komercyjnych rozgłośni radiowych i aby nic nam w nim bez naszej wiedzy nie wycieli.

Miejcie też na uwadze, że niektóre stacje (zwykle te o mniejszym zasięgu lub “kuzynki” tych większych, komercyjnych) wcale nie mają problemu z emisją utworów trwających po 7 czy nawet 10 minut – mimo, iż potencjalnie zmniejsza to chociażby ich dochody z upychanych wszędzie reklam…

I to w sumie tyle wskazówek, jakich jestem w temacie świadomy. Jeśli ktoś ma z tym jakieś większe doświadczenie lub wie o czymś, czego ja nie wymieniłem, to śmiało proszę uzupełniać w komentarzach.

Agresywne Miksowanie

Drugie pytanie pochodzi od Waldka, który chciał zrozumieć, dlaczego jedni mówią o tym, aby używać różnych narzędzi i wtyczek delikatnie i z umiarem, a inni nakłaniają do bardzo agresywnych ustawień – gdzie leży prawda?

Prawda, Waldku jak zwykle leży gdzieś po środku i trzeba samemu zdecydować, którą pójść drogą w danym przypadku, ale przyjrzyjmy się sprawie bliżej…

Po pierwsze – miksując nie powinniśmy się kierować sztywnymi zasadami i ograniczeniami. Tu jest tak szeroka paleta możliwości, tyle różnych dróg i możliwych rezultatów, że podejmowanie decyzji na zasadzie “to się robi tak, a tego nie wolno robić tak” rzadko kiedy prowadzi do czegokolwiek dobrego. Wszystko zależy od tego, jaki chcemy osiągnąć rezultat, bo nie istnieje jeden, prawidłowy sposób na dobry miks. A jeśli czasem wymaga on właśnie zastosowania agresywniejszych ustawień – to czemu nie? Nikt nam nie może tego zabronić, tym bardziej, jeśli będzie to z korzyścią dla brzmienia naszego kawałka.

Po drugie – jeśli coś brzmi dobrze (mimo, że może nie “wygląda” za dobrze), to znaczy, że jest dobrze. Jeśli czujesz potrzebę podbicia górnych pasm na stopie o 20 dB, bo dopiero wtedy jej klik przebija się odpowiednio mocno w miksie, to jak najbardziej tego dokonaj! Jeżeli kompresując wokal widzisz na wskaźniku redukcję rzędu 18 decybeli, ale tylko wtedy wokal jest ładnie wyrównany i w miksie ta kompresja nie jest drażliwa – nie zmieniaj tego tylko dlatego, że gdzieś przeczytałeś, że nie można kompresować wokalu o więcej niż 6 dB – bo to bzdura. A czasem można, niby wbrew logice, nawet z głośnością danego śladu przesadzić, jeśli ma to sens w danym utworze. Sprawdźcie poziom, na jakim zostało zmiksowane gitarowe solo w tym utworze (wchodzi w 02:49). Na pierwszy rzut ucha jest ono zdecydowanie za głośno i niemal przykrywa całą resztę instrumentów, ale z jakiegoś powodu wszystko działa jak należy, prawda?

Po trzecie – nie sugeruj się zawsze stwierdzeniem “im mniej, tym lepiej”. Czasem rzeczywiście tak jest, ale innym razem, jeśli sytuacja będzie tego wymagała, spróbuj odwrócić tok myślenia i zamiast zamartwiania się czy nie przesadzasz z ilością podbicia częstotliwości, stopniem kompresji czy saturacji swoich ścieżek, wmów sobie, że chyba nie wyciskasz wystarczająco dużo soku ze wszystkiego. Oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku – jeśli uznasz, że naprawdę już przekroczone zostały wszelkie granice – po prostu cofnij lekko potencjometry. Mówiąc wprost – zobacz jak daleko jesteś w stanie coś “docisnąć” zanim zacznie się rozpadać.

I po czwarte, na zamknięcie – nie bój się pójść dalej i agresywniej z ustawieniami niż robisz to zwykle. Miksuj jaśniej, tłuściej, brudniej i mocniej niż zazwyczaj i zobacz dokąd Cię to może zaprowadzić. W sumie przecież nic strasznego się nie stanie – najwyżej trzeba będzie niektóre ruchy lekko wycofać, a uzyskane rezultaty mogą Cię zdziwić, bo nigdy byś ich nie osiągnął, gdyby nie trochę więcej odwagi.

Dla przykładu proponuję wrzucić kilka utworów referencyjnych do DAW i najpierw na nie popatrzeć (zwykle mocno przymiażdżone wykresy), a potem ich posłuchać – wtedy łatwiej jest zrozumieć, dlaczego takie bardziej agresywne miksy brzmią w zewnętrznym świecie, tak jak brzmią. W DAW po prostu musimy zwykle nieco mocniej wszystko podociskać, żeby na zewnątrz utrzymać tę samą intensywność i czasem oznacza to ustawienie pokręteł trochę dalej niż zazwyczaj…

I jeszcze tylko małe sprostowanie oraz wyjaśnienie, bo nie chciałbym zostać źle zrozumiany. Takie agresywniejsze miksowanie nie zawsze się sprawdzi, rzecz jasna. Będą ścieżki, utwory i gatunki, gdzie tylko zachowawcza ingerencja w brzmienie wchodzi w grę i jakakolwiek próba “sprawdzenia granic” będzie się mijała z celem. Ale wszędzie tam, gdzie mamy jakieś pole manewru, a dany ślad czy utwór się o to wręcz prosi – warto czasem spróbować pójść nieco dalej i odważniej kręcić tymi wszystkim gałkami. Tylko od naszego poczucia estetyki zależy, kiedy (i jak mocno) się na takie podejście zdecydujemy. Raz na jakiś czas naprawdę polecam tak zrobić.

Zakończenie

Kolegom bardzo dziękuję za ciekawe pytania jednocześnie mając nadzieję, że moje odpowiedzi okazały się pomocne – nie tylko dla Was, ale i dla całej reszty.

  1. W kwestiach agresywnego miksu sam łapałem się nie raz na tym, że nie podbijałem pasma o 10dB tylko o 4dB, ponieważ “chyba przesadzam”, gdzie de facto lepiej brzmiało podbicie o 10dB. Tu chyba warto zastosować zasadę “Jeżeli coś brzmi głupio i działa, to nie jest to głupie” 🙂 wbrew pozorom ciężko jest się do tego dostosować.

    Myślę, że też warto zwrócić uwagę na często mylone pojęcie miksu już wyprodukowanej muzyki, z procesem miksu stosowanego w samej produkcji. Często słyszymy o poradach że miks ma być ogólnie ujmując lekki, delikatny i nieagresywny przez co jest to stosowane podczas komponowania/tworzenia muzyki (sam wiele czasu tkwiłem w tej pułapce), gdzie proces ten jest tak naprawdę twórczy, bliżej mu do sound designu niż właściwego miksu. Jeżeli więc warstwujemy 3 syntezatory, to być może dla osiągnięcia naszego celu musimy na jednym z nich zapiąć destrukcyjną wręcz equalizację wraz z zabójczym limiterem. Natomiast miksując już gotowy utwór nasz główny ślad syntezy będzie traktowany znacznie mniej inwazyjnie.

    Trochę się rozpisałem, mam nadzieję że jest to jakkolwiek zrozumiałe 🙂

  2. Pozwolę sobie trzy grosze, jeżeli chodzi o “radiowe” kawałki. Stworzenie utworu, który “zadomowi się” na antenie to swoisty taniec na linie. Z jednej strony trzeba poruszać się na dość wąskim obszarze, z drugiej-wymyślić “to coś”… Osobiście stosuję “test golenia”. Polega on na tym, że jeżeli po dwóch (trzy to już max) wysłuchaniach nie nucę jakiegoś fragmentu nowego utworu przy goleniu, myciu garów czy w korku, to raczej marne szanse na sukces. I nie musi to być refren. To jest te kilka złotych nut, które pojawią się czy w intro, czy w refrenie czy w osławionym “je je je” czy “na na na” w bridge’u. Te “złote nuty” mogą też być konsekwencją struktury utworu i zastosowanych brzmień – przypomina mi się tu Gotye i “Somebody that i used to know”, który był inny niż wszystko, co grano wówczas na antenach. Inne tempo, inna gęstość w aranżu i “wyliczankowa” melodyjka do powtórzenia natychmiast… Co utrudnia skomponowanie czegoś takiego? Moja niewesoła refleksja co do rodzimych twórców brzmi: 1)Kompletny brak dystansu do swojej twórczości. Wielu z nich wydaje się, że przynoszą hit, podczas gdy jest to kawałek zupełnie przeciętny, często zupełnie nie pasujący do klimatu stacji (co też warto dogłębnie rozważyć Państwo Autorzy: na graniu w której stacji najbardziej nam zależy, posłuchać jej trochę i jakoś się wpasować..) Jest bardzo wiele utworów, które świetnie funkcjonują jako część albumu a fatalnie jako jedna piosenka otoczona innymi (tu przychodzi mi do głowy “Horses” albo “Santa Muerte” Moniki Brodki, który to album bardzo lubię ale z anteny spadł po kilku tygodniach. Po prostu w ciągu dnia grany pomiędzy innymi kawałkami brzmiał jak kompletnie nie z tej bajki..)
    Ten kompletny brak dystansu jest tym większy im mniej ludzi nad danym utworem pracuje. Największe przeboje polskiej muzyki rozrywkowej, które ludzie nucą przez dekady rzadko kiedy są dziełem jednej osoby. Warto oddać pole innym. Tych twórców, którzy potrafią napisać dobry tekst i skomponować dobry utwór jednocześnie jest kilku. A być może u źródeł powstawania słabych kawałków leży zwykła chciwość. W rubryczce zestawienia dla ZAiKSu są trzy pola: Kompozytor, Autor tekstu, Wykonawca. Niektórym zależy na tym, żeby widzieć swoje nazwisko we wszystkich polach. A radio coś grać musi, w końcu 33% polskiej muzyki to wymóg ustawowy…

Zostaw komentarz