Największe Wpadki w Studio, Cz. 1

0481-facepalmPomyślałem, że pierwszy post w Nowym Roku warto by było utrzymać w dość luźnym charakterze, co by wszyscy zmęczeni, niedospani i cierpiący na syndrom nocy sylwestrowej czytelnicy nie musieli zbytnio wytężać spuchniętych od fajerwerków i szampana mózgów podczas czytania tego tekstu.

Choć tak sobie myślę, że już sama długość poprzedniego zdania będzie w stanie przyprawić co niektórych o jeszcze większe bóle pod smaganym huraganem dachem duszy.

No, ale spróbujmy…

Każdy z nas popełnia błędy. Czy to zawodowe, czy uczuciowe, czy na klasówie z fizy. Normalna rzecz to. A jak ktoś twierdzi, że jest nieomylny, to już na starcie nie ma co takiej osobie ufać, skoro zaczyna od błędnego stwierdzenia. My się oczywiście nie będziemy zajmować filozofią życia (na pewno nie dziś), ale przeniesiemy kwestię wpadek na grunt tych studyjnych.

Opiszę Wam kilka swoich błyskotliwych zagrań z ostatnich lat, które udało mi się przypomnieć, a w zamian oczekuję, że i Wy podzielicie się jakimiś swoimi anegdotami z pola bitwy. Listę wstydu niniejszym czas zacząć:

1.

Nagrywaliśmy bębny – zestaw rozstawiony, omikrofonowany, poziomy zebrane, wszystko generalnie gotowe do działania. Jedziemy z pierwszym ujęciem – tak sobie. Robimy jeszcze jedno – niestety znów nie poszło (pałker trochę amator jeszcze wtedy był). Zrobił sobie przerwę, poszedł na dymka. Robimy trzecie – lepiej. A potem czwarte i… super! Mamy to. Wołam go do reżyserki, a on do mnie, że to chyba ja powinienem przyjść do niego, bo chce mi coś pokazać.

Wchodzę do live roomu a on do mnie w te słowa: “Ziom, czy Ty w ogóle masz pojęcie, co robisz?”, po czym ja zdębiałem. I mówię, że nie wiem o co chodzi. A on do mnie, żebym spojrzał w niebo (sobie myślę WTF?), więc spojrzałem. I jakaż była moja wielka radość, gdy się okazało, że jeden z paluszkowych mikrofonów OH wisiał do góry nogami, w sufit celował, bo mu się mocowanie poluzowało.

Nie wiem, od którego ujęcia tak było, no ale trochę lipa, że jak się w końcu naszemu młodemu perkusiście udało porządnie zagrać swoją partię, to realizator dał ciała… No i brawo ja, że w ogóle tego nie usłyszałem w reżyserce na monitorach. Młody byłem i głupi, straciłem wtedy jakieś 750 punktów do profesjonalizmu…

2.

Zapominalstwo to moja druga natura. Niestety tak już mam choć staram się z tym walczyć, robię zawsze tonę notatek, zapisuję niemal wszystko, nauczyłem się, że tak przynajmniej minimalizuję straty. No, ale czasem ten defekt da jednak o sobie znać, niezależnie od tego, jak bardzo bym się nie przykładał do rutyny notowania.

Nikogo zapewne nie zdziwi fakt, że zdarzyło mi się wpaść do studia na drugi dzień nagrań bez dysku, na którym mieliśmy dokonania dnia poprzedniego i które były jakby kluczowe dla dalszej pracy. Coś mnie podkusiło, by zabrać dysk do domu po pierwszym dniu i coś tam podłubać jeszcze. Przed pójściem spać zostawiłem sobie koło łóżka karteczkę z napisem – “zabierz dysk, jełopie”!

Pech chciał, że trochę zaspałem i opuszczając swój lokal w dzikim pędzie o karteczce i dysku totalnie zapomniałem. Ale to niestety nie koniec opowieści. Nie byłoby przecież nic nadzwyczajnego w zapomnieniu dysku…

Ponieważ mieszkam dość blisko studia, to przeprosiłem zespół i na piątym biegu pognałem do domu. Wpadłem, dysk odpiąłem, na karteczkę spojrzałem z pogardą i zatrzasnąłem drzwi. No właśnie, zatrzasnąłem. Zostawiając klucze od domu na biurku. Jako, że był to mój awaryjny zestaw kluczy, to już wiedziałem, że dzień zakończy się nie na świętowaniu udanych nagrań, a na telefonie do ślusarza.

3.

Często mamy ścisłe deadline’y, czas goni nas, jest presja, trzeba szybko działać. Jak wiemy, pośpiech jest złym doradcą, o czym przekonałem się brutalnie na własnej skórze. Robiłem kiedyś miks jakiegoś strasznie długiego utworu (chyba z 9 minut) i po ustaleniu z klientem wizji na brzmienie, wziąłem się do pracy. Poszło mi dość sprawnie i po kilku godzinach byłem już prawie na mecie.

Kolega jak najszybciej chciał usłyszeć rezultaty, więc wysłałem mu to, co do tej pory miałem. A że klient niecierpliwy i wiecznie ponaglający, a z góry za zlecenie płacący, chciałem równie szybko i profesjonalnie (prawie)gotowy materiał dostarczyć. I dostarczyłem. W mgnieniu oka. Zgrałem offline, co zajęło dosłownie chwilę, posłałem do człowieka i zaczęła się lawina krzyków i obelg 🙂

Bo wyobraźcie sobie, że zatrudniacie mnie po raz pierwszy, wszystko och-ach, ale nie wiecie do końca czego się spodziewać. A ja Wam wysyłam coś takiego…

Okazało się bowiem, że z tego pośpiechu, nie wyciszyłem rough-mixu, jaki mi klient dostarczył i zgrywając całość, ten jego miks się oczywiście też załapał na finalny render. A ja głupi tego nie odsłuchałem, nie zaimportowałem po zgraniu do sesji (po wykresie fali pewnie bym się zorientował), tylko z marszu kliknąłem SEND. Domyślacie się, że całość waliła przesterem jak grzmot, dźwięk był rozfazowany, jak z wielkim chorusem i słuchać tego nie szło. Oczywiście błąd szybko naprawiłem, ale co ja się wtedy nie nasłuchałem i wstydu najadłem…

4.

Nie dość, że zapominalski, to jeszcze kleptoman… Kolejna sytuacja, dzięki której pojechałem sam sobie po reputacji. Nocna sesja w studiu, bite 12 godzin nagrywania, hałasu, znoszenia fochów wokalistki. Brrrr… No ale nic, przetrwaliśmy wszyscy prawie bez szwanku. Już świta, wkrótce przychodzą jacyś ludzie nagrywać, więc czas po sobie posprzątać, zgarnąć swoje graty, wszystko ładnie odstawić na miejsce, wyzerować konsolę, oddać podpisaną check-listę i do domu. Wykonane!

Na autopilocie dotarłem do domu, plecak w kąt, telefon wyciszony i uderzam prosto w objęcia Morfeusza. Budzę się popołudniu, kilka nieodebranych połączeń z prywatnego numeru. Nawet oddzwonić nie mogę. Cóż, jak coś ważnego, to oddzwoni kolejny raz. Tymczasem ja postanowiłem z plecaka wyciągnąć ostatniego Snickersa, których miałem zapas na sesję i jak zacząłem grzebać w największej kieszonce, nagle mi prawie serce stanęło. Nie dlatego, że Snickersa nie znalazłem. Znalazłem swoje słuchawki. Ale również jeszcze jedne takie słuchawki… Tym razem nie swoje.

Ładnie, no to w tym studiu będę już spalony, a moja podobizna pewnie zawiśnie nad wejściem z tekstem “Tego pana nie wpuszczamy”. Zanim to nastąpiło, zadzwoniłem na recepcję do studia i wyjaśniłem, że z rozpędu i nierozgarnięcia wrzuciłem drugą parę słuchawek do plecaka, nie pamiętając, że już swoją wcześniej zapakowałem i że już pędzę, żeby oddać co nie moje.

Niby było “jasne, jasne, nic się nie stało”, ale jestem przekonany, że niesmak im do dziś pozostał. Na szczęście moje zdjęcie nigdy nie zawisło w specjalnej gablocie i pozwolili mi tam ponownie nagrywać, a ja od tamtego dnia sprawdzam plecak 3 razy zanim wyjdę ze studia.

Zakończenie

I taka to moja lista. Jeszcze by się pewnie niejedna taka ‘wtopa’ znalazła i może kiedyś do tego tematu wrócę, ale teraz Wasza kolej! Podzielcie się swoimi historyjkami, które postawiły Was w nienajlepszym świetle, delikatnie mówiąc… Ja się już wyspowiadałem. Częściowo.

Zostawić komentarz ?

15 Komentarze.

  1. Ja regularnie idąc do studia czegoś zapominam. Najczęściej eLicensera, żeby Cubase odpalić, równie często zewnętrznego twardziela, kiedyś mając serię, bardzo się cieszyłem, że nie zapomniałem ani eLicensera ani twardziela, okazało się, że zapomniałem zasilacza do dysku. 😀 Tydzień później zabierałem do studyjka nową 20 kilową zabawkę (syntezator), żeby nagrać live piosenkę ze swoją wokalistką i okazało się, że oczywiście zasilacz został w chałupie pod biurkiem 🙂 Na szczęście w studyjku w szafie znalazłem tani keyboard tej samej firmy z zasilaczem i okazało się, że napędził też syntezator.

    Mi z kolei pan realizator (teraz już bardzo szanowany i dość znany) skasował gitarowe solo życia (improwizowane) wbijając tam panią wokalistkę. (To był czas magnetofonów ADAT, więc nie dało się tego odzyskać) Już nie udało mi się zagrać tak ładnie.

    No i kiedyś nasz wokalista robił próbę wokalu do niepodłączonego mikrofonu, dźwięk w słuchawkach miał z jakiegoś ambientu i co chwila dawał uwagi jak słyszy swój głos i jak on się zmienia. 🙂

  2. 3 opcja, to chyba każdemu się zdarzyła – gdziey się człowiek się spieszy, to się diabeł cieszy. Ale działam też jako wokalista i dostałem ostatnio własnie taki miks do sprawdzenia – miałem okazję na zemstę… nie skorzystałem.

  3. To było bodaj w roku 2000 (a może 2001???). Śpiewałem wtedy Chorał Starorzymski (nie mylić z Gregoriańskim 😉 ) z szesnastoosobową grupą zapaleńców prowadzoną przez oo. Dominikanów z krakowskiej “Beczki”. O ile pamiętam – mieliśmy śpiewać nieszpory na dzień narodzenia św. Jana Chrzciciela w przepięknym, maleńkim kościółku św. Idziego – tuż pod samym Wawelem. Postanowiłem, że nie tylko zaśpiewam, ale i nagram to wydarzenie “ku pamięci”. Miałem wtedy już od ładnych kilku lat swój cyfrowy mikser Yamaha 03D, ale nie miałem nawet kawałka mikrofonu. Skądś więc pożyczyliśmy dwa mikrofony i wszystko zapowiadało się jak najlepiej. Odpowiednio wcześniej przed koncertem przywiozłem mikser i nagrywarkę do kościółka, ktoś umówiony przewiózł te dwa pożyczone od kogoś mikrofony, podpiąłem wszystko jak trzeba i już zacząłem się cieszyć na myśl o zrealizowanym nagraniu. Niestety – spotkał mnie srogi zawód, bo mikrofony za nic nie chciały działać. Sprawdziłem kilkakrotnie z paroma różnymi kablami, ale niestety bez skutku. Godzina rozpoczęcia koncertu zbliżała się szybko, a mikrofony jak milczały – tak milczały… Na dziesięć minut przed koncertem podjęliśmy męską decyzję: skoro nie działają, to trudno. Demontujemy. Biegiem zwinąłem więc dwa kable, statywy i parę minut później rozpoczęliśmy koncert…

    Pamiętam, że miałem głowę podzieloną między dwie rzeczy: z jednej strony cały byłem zanurzony w przepięknym śpiewie wczesnośredniowiecznej liturgii, a z drugiej strony – cały czas jeszcze zastanawiałem się dlaczego nie udało się “odpalić” tych mikrofonów (osoba od której je pożyczyliśmy twierdziła, że są sprawne i działają jak trzeba). I mniej więcej 5 czy 8 minut po tym jak zaczęliśmy śpiewać przyszła mi nagle olśniewająca myśl do głowy: “PRZECIEŻ NIE WŁĄCZYŁEM ZASILANIA PHANTOM!!!!!!!!!!!!!!” 😉 😉 😉

    Pamiętam, że w momencie w którym uświadomiłem sobie jak banalny błąd popełniłem (i chyba najgłupszy z możliwych do popełnienia) to wręcz nogi się pode mną ugięły…

    Koncert bardzo się nam udał – w scenerii obłędnie pięknego, maleńkiego kościółka wszystko zabrzmiało wspaniale i dostaliśmy duże brawa, ale ja do dziś mam tak, że – choć minęło już tyle lat – na samą myśl o tym, że przez moją najgłupszą z możliwych wpadkę nie zrealizowaliśmy nagrania z tego koncertu – robi mi się słabo i mam ochotę zapaść się pod ziemię…

    Ale cóż – jak słusznie zauważyłeś Igorze na samym początku – wszyscy popełniamy błędy. Czasem aż trudno uwierzyć, że można popełnić aż tak żenujące jak ten mój sprzed kilkunastu laty 😉

    • Okazuje się, że niestety można 🙂 Współczuję niezrealizowanego nagrania…

  4. Mi się zdarzyło popełnić wpadkę z serii:
    – No to puść mi w słuchawce, pocwicze sobie.
    Po czym delikwent wchodzi do rezyserki
    – No to puść mi to, posłucham jak brzmi.
    A ja wtedy wielkie oczy i… “nie nagrywalem, mówiłeś że będziesz ćwiczyć.
    Od tego czasu rejestruje Wszystko, nawet jak ktoś robi rozspiewke do melodii.

  5. Witajcie w nowym roku muzyczni maniacy 🙂

    Igor, fajny artykul – na prawde. Ludzie bardzo rzadko przyznaja sie do jakichkolwiek bledow i chca ukrywac swoje niedoskonalosci (aczkolwiek karma zawsze wyskoczy). To bardzo fajne z Twojej strony, ze dzielisz sie z czytelnikiem drobnymi niepowodzeniami.

    Teraz kolej na mnie. Jako, ze nie nie jestem alfa i omega to pomylki zdarzaja mi sie co jakis czas 🙂 Jako, ze jako inzynier dzwieku pracuje jeszcze calkiem krotko, to nie bylo jeszcze tych pomylek zbyt wiele, ale wszystko przede mna.

    Najwiekszy zonk jaki mi sie przytrafil? Zaczne od tego, ze notorycznie zapominam wlaczac mniej “slyszalne” kostki takie jak TubeScreamer jako booster czy chocby SansAmp do gitary basowej.

    Pracowalem z bardzo zdolnym i doskonale przygotowanym gitarzysta. Umowieni bylismy na caladniowa sesje, na ktorej nagramy wszystkie partie gitarowe do EP zespolu. W sumie 5 utowrow. Jako, ze moja profesja skupia sie w 95% na produkcji ciezkiej muzy (metal, rock, punk…), to gitary bywaja oczywiscie mocno przesterowane. W moich typowo metalowych produkcjach nie ma mowy, aby przed wzmacniaczem nie bylo dodatkowego overdrive’a jak np. Ibanez Tube Screamer by podsycic srodek i uzyskac bardziej pelne brzmienie.

    Wracamy do sesji… Caly dzien nagrywania, sporo pracy, na dodatek gitary rytmiczne byly nagrywane w trybie QUAD wiec byly az 4 takie same sciezki + over duby itd. A co za tym idzie, inne wzmacniacze, i nawet inne gitary. Pracy ogrom.

    Nastepnego dnia zabralem sie za skladanie wszystkiego do kupy i patrze a TubeScreamer lezy grzecznie na polce? What?!?!? No i pieknie. Okazalo sie, ze nie byl w ogole podlaczony podczas sesji… masakra… HA! ale szybko wpadlem na pomysl, ze po prostu zrobie reamp z plikow DI i przepuszcze wszystko jeszcze raz tym razem z zapietym overdrivem…. Sprytnie co? I uwaga! Okazalo sie, ze kanal DI byl po prostu wylaczony…. AAAAA!!!!!!! Podkulilem ogon i dzwonie do gitarzysty… Oczywiscie nie obylo sie bez hasla “Oh my f…. god!!!!”. Jakos udalo mi sie go udobruchac i nagralismy wszystko jeszcze raz 🙂

    Jako, ze mieszkam w Anglii to jak na razie 100% moich klientow to Anglicy wiec ani nie rozsmiesza i ani nie obraza ich duzy napis “przypominaczka” na scianie w poblizu kostek “PEDALY!” co po prostu przypomina mi o tamtym dniu i grzecznie zapinam kostki jak trzeba 🙂

    Pozdrawiam!

    • Strach pomyśleć co będzie, jak zaczną do studia Polacy przychodzić… 🙂

  6. No to skoro już się tak samobiczujemy to ja tez coś dorzucę. Ale nie historyjkę lecz świerzynkę, bo to z przedwczoraj… Robię muzykę do filmu, od miesiąca mniej więcej, tyle, że chałupa w przedłużającym się remoncie, bo ciągle jakieś niespodzianki wyskakują… To dorabianie to tak z doskoku się odbywa, bo wszystko popakowane, pofoliowane i pochowane do pudeł itp. Komp rzecz jasna wyczyszczony z gołym Cubasem i Notionem tylko, i przygotowany do wgrania dziesięciu ton kompletu oprogramowania, pluginów, wirtualnych orkiestr itp. Nawet pianino, żeby wypróbować pewne pomysły – niedostępne. No i w końcu między świętami a nowym rokiem wyrwałem sobie parę godzinek i zacząłem dłubać w motywie do napisów początkowych – szło mi świetnie i choć bardzo rzadko mi się zdarza, żebym z czegoś był zadowolony, to tutaj czułem, że idzie mi super. Trochę było kłopotu z partią fortepianu, bo od kilku miesięcy nie ćwiczyłem i paluchy mi trochę odwykły a tu sobie wymyśliłem Beethoveenowsko-Chopinowski temat z dużymi niewygodnymi skokami lewej ręki, więc wieczór zszedł na ćwiczenie swojego własnego utworu, żeby dobrze go nagrać – nie chciałem się bawić w żadne edycje tylko od razu tak go zagrać jak ma brzmieć. No i świetnie sobie poćwiczyłem, włączając nagrywanie na osobnej ścieżce w Cubase swoich kilkudziesięciu podejść (wcześniej próbowałem w Notionie, bo od razu powstawał mi zapis nutowy, ale raz – tam trzeba ręcznie ustalić ilość taktów, nowe automatycznie się nie dodają, więc jak ma się pecha to można sobie nadpisać dobrze nagrany początek źle wyćwiczonym końcem…;) a dwa – program mi się wywalił po pół godzinie nagrywania, więc sobie dałem z nim spokój). Następnego dnia odsłuchałem to wszystko i wpadł mi do głowy pomysł na wykorzystanie elementów tego wstępu do rozwinięcia w dalszej części utworu. Nie włączyłem nagrywania, bo chciałem najpierw na szybko sprawdzić jak to będzie brzmieć – no i wyszło genialnie, “włączyła mi się” taka swoboda i lekkość grania (jakiej nie mam gdy nagrywam – przeszkadzają mi te kliki, te przedtakty i świadomość, że się nagrywa i widok przesuwającej się wstęgi czasu, która powoduje, że zaczynam się spieszyć, trochę jakby ktoś mnie poganiał, mówiąc: szybciej, bo się taśma skończy) Najgorsze jest to, że miejsca na dysku mam tyle, że według wskazań Cubase na grubo ponad 400 godzin nagrywania wystarczy… No i tak sobie grając i improwizując nie włączyłem oczywiście nagrywania, bo się bałem, że mi nastrój ucieknie a jak skończyłem, to stwierdziłem, że właśnie straciłem niemal gotowy materiał na cały film z napisami końcowymi włącznie. Coś co normalnie zajmuje mi co najmniej kilka dni lub tygodni, mogłem mieć w kilkanaście minut i właśnie to przepieprzyłem… Moja laska, która tego słuchała mimochodem, na koniec zapytała, to jak to – nie nagrałeś tego??? No nie mogła uwierzyć, że tego nie nagrałem. Ja też – muszę, no nie wiem, jakiś przycisk do włączania nagrywania kolanem czy stopą chyba sobie zamontować czy coś w tym rodzaju. Także wyszło to trochę tak jak z tym nagrywaniem super perkusji do niepodłączonego mikrofonu…

    • Współczuję… Dlatego powtarzam jak mantrę – nagrywać wszystko! Ale teraz to już sam doskonale o tym wiesz 🙂

    • A mikrofon przy tej perkusji podłączony był, tyle że mu się kierunki pomyliły i zbierał sobie dźwięk odbity od sufitu…

  7. Miks w ProTools jakiś czas temu, wszystkie ślady w grupy, na AUX i zgrywka w czasie rzeczywistym na nową ścieżkę. Po jakimś czasie dodaję sprzężenia gitarowe, robię ostateczną zgrywkę. Klient skarży się, że nie ma sprzężeń, wykłócam się, pamiętam, że dodałem, pewnie słucha starej zrzuty. Otóż nie, sprzężenia, zamiast w szynę master, idą prosto na wyjście. Było mi ciężko się z tego wytłumaczyć 😉

    • Mi również się zdarzyło zwalić routing i zgrać nie tak jak chciałem… Czuję Twój “bul” 🙂

  8. Ja zapodam czymś lżejszym heh mi się zdarza, ze przy rejestracji np rapowego wokalu po prostu zapominam uzbroić ściezki do nagrywania, ziomuś już “siedzi” na bicie, patrze na monitor a tam brak nagrywania ?

Zostaw komentarz