Jak Rozwijać Swoje Umiejętności – Głos Czytelników

Postęp jest i zawsze być powinien nieodłącznym elementem naszych zmagań z produkcją muzyczną w domowym studiu. Bez niego stoimy w miejscu, nie rozwijamy się, a niektórzy nawet twierdzą, że jego brak jest oznaką cofania się. Wstecz, rzecz jasna.

Często jest tak, że z dnia na dzień jest nam bardzo trudno go zauważyć, bo raczej mało który element w naszej batalii z home-recordingiem rozwija się nagle – czy to nasze umiejętności nagrywania, miksowania, aranżacji lub wykonania czy jakiekolwiek inne.

To jest zdecydowanie długotrwały proces, którego rozwój możemy zauważyć wyłącznie z bardziej odległej perspektywy, ale u każdego zapewne wygląda ona nieco inaczej…

Z tego powodu chciałbym, abyście sięgnęli pamięcią kilka lat wstecz i w komentarzach pod tym wpisem podzielili się ze mną i z innymi czytelnikami historią swojego progresu w podbijaniu świata produkcji muzycznej (czy nawet po prostu opisali swoją historię – jak się zaczęło, gdzie jesteście teraz, jakie macie plany na przyszłość, etc).

Jestem niezmiernie ciekaw tego, na jakim etapie znajdujecie się obecnie, z czym mieliście kłopoty i jak sobie z nimi poradziliście oraz gdzie się widzicie za kilka lat.

Każdy, kto się uaktywni i uchyli rąbka tajemnicy opisując swój przypadek (miło by było, jak by zawarł w swej wypowiedzi kluczowe informacje o zauważonym postępie) będzie miał szansę otrzymania wybranego przez siebie kursu video z oferty Zakamarków Audio.

Do rozdania jest 7 sztuk dowolnych tutoriali, a zabawa trwa do opublikowania kolejnego artykułu (czyli mniej więcej tydzień).

Żeby Was zachęcić, poniżej opiszę pokrótce swoją przygodę z nagrywaniem muzyki w domu, bo w sumie chyba nigdy się z Wami takimi informacjami nie dzieliłem. Poza tym uważam, że jeśli proszę Was o odkrycie swoich kart, to najpierw muszę pokazać trochę własnych.

A było to tak…

Pierwszych nagrań swoich muzycznych pomysłów dokonywałem jeszcze za czasów magnetofonów dwukasetowych (tzw. jamników) oraz dyktafonów. Nie miałem oczywiście wtedy żadnego pojęcia o jakichkolwiek zasadach, metodach, technikach, mikrofonach czy całym innym zapleczu sprzętowym i technicznym. Po prostu rejestrowałem wszystko jak leci, a jak to brzmiało – nietrudno się domyślić…

Mimo tego, takie zabawy dawały mi bardzo dużo ze względu na możliwość wsłuchania się w to, co rzeczywiście gram (co bywa trudne, gdy się jednocześnie gra i próbuje analitycznie słuchać). Dodatkowy plus, to fakt, że zanim dogrywałem kolejne partie, mogłem na spokojnie sprawdzać co z czym i gdzie pasuje, a co nie (to był taki mały wstęp do samodzielnej nauki aranżacji).

Na tym etapie przede wszystkim słuchałem bardzo dużo różnorodnej muzyki, co pomagało mi zakodować w głowie pewne zabiegi aranżacyjno-kompozycyjne i do dziś uważam to za bezcenną lekcję.

Potem pojawił się komputer i pierwsze stacje robocze – u mnie był to Fruity Loops (teraz FL Studio), którego używałem do układania perkusji i innych wirtualnych instrumentów oraz Cubase (bodajże wersja SX3), do którego importowałem te podkłady i w nim dogrywałem gitary, wokale i wszelkie inne przeszkadzajki w formie audio. W nim również robiłem “miks” (choć ciężko to było nazwać miksem, bo ograniczałem się do zmian głośności poszczególnych ścieżek i dodawania, jak zawsze za dużo i na ślepo – pogłosu). Innych procesorów, jak korektor czy kompresor w ogóle nie dotykałem, bo nie miałem żółtego pojęcia do czego one służyły.

Nagrywałem oczywiście wszystko przez wejścia w zintegrowanej karcie muzycznej (którą potem wymieniłem na jakiegoś super-profesjonalnego Soundblastera za 59zł), więc brzmieniowo jeszcze byłem mocno w tyle, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Cieszyłem się jak dziecko, że mogę nagrywać swoje wypociny na komputer, dłubać w nich do upadłego i pokazywać rezultaty swoim znajomym.

I tak upłynęło kilka dobrych lat…

Warto tutaj nadmienić, że w tamtym czasie (późne lata ’90-te i początek nowego millenium) nie było jeszcze w sieci zbyt wielu informacji na temat nagrywania, domowe studia nie były tak popularne jak dziś, więc i o wiedzę było trudno. Poza tym, ona i tak była traktowana jako wielki sekret i mało kto chciał się czymkolwiek z kimkolwiek dzielić.

Z czasem zacząłem przeglądać jakieś magazyny o tematyce studyjnej, ale rzecz jasna, niewiele z tej całej terminologii rozumiałem, a kręcenie na ślepo gałkami wtyczek przynosiło odwrotne od zamierzonych rezultaty, bo jak wiemy – trzeba niestety wiedzieć czym, jak i po co kręcić, żeby miało to sens. Mimo to, nagrywałem bez opamiętania i po kilku ładnych latach chyba zaczęło mi wychodzić coś, co można było z odrobiną dystansu nazwać piosenkami.

Natomiast bardzo mocno kłuło mnie to, że nie potrafiłem ich niestety doprowadzić do jakiegokolwiek standardu brzmieniowego, więc podjąłem decyzję o zapisaniu się na studia produkcji muzycznej.

[Możliwe, że w niedługiej przyszłości poświęcę osobny artykuł na dokładniejsze opisanie tego, jak wyglądała nauka w tej placówce, o co prosiło mnie już kilka osób – cierpliwości…]

Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem zielony, jak szeroki jest to temat, jak dużo wiedzy trzeba przyswoić, czego się wystrzegać (popełniałem chyba wszystkie możliwe błędy) i przede wszystkim, jakie minimum sprzętowe nabyć, aby móc w ogóle startować w takim wyścigu.

Mogę bez kompleksów powiedzieć, że moja wiedza (a później i zdolności) wystrzeliły w kosmos. Z siłą wodospadu pokonywałem kolejne bariery, rozumiałem i umiałem zrobić coraz więcej, co oczywiście zaczęło się wyraźnie przekładać na rezultaty brzmieniowe. To na studiach dowiedziałem się tych kluczowych rzeczy o akustyce, technikach nagraniowych, mikrofonach, interfejsach, procesorach zewnętrznych i wtyczkach, filozofii miksowania i sztuce masteringu.

To dzięki wielu zajęciom praktycznym zacząłem słyszeć wyraźne różnice w modelach mikrofonów, preampów czy kompresorów. To tutaj dokonywałem po raz pierwszy nagrań na dużej konsolecie i to tutaj wciągnęło mnie na dobre w świat Pro Tools.

Mogę bez wahania powiedzieć, że gdyby nie te studia, to pewnie o wiele dalej niż przed ich rozpoczęciem bym nie zaszedł, choć kto wie… Obecnie jest naprawdę wiele wartościowych źródeł w sieci i sporo można się z nich nauczyć samemu, ale pewnych doświadczeń po prostu nie nabędziemy jeśli nie wyjdziemy ze swojej sypialni. Sam się o tym doskonale przekonałem.

I tyle jeśli chodzi o główny, czyli teoretyczny postęp. Jeszcze pozostawała te praktyczniejsza strona…

Wprawdzie, jak pisałem, szkoła dawała nam sporo okazji do różnego rodzaju ćwiczeń, ale jednak nie było to wystarczające, aby udoskonalić chociażby zdolności miksowania, a na tym mi bardzo zależało. Z resztą, jeden z naszych nauczycieli już na początku pierwszego roku powiedział, że miksowania będziemy się uczyć jeszcze przez kilka ładnych lat, długo po skończeniu szkoły.

Na początku nie do końca to rozumiałem (bo miałem w głowie nakładzione jakieś bzdury, że na to jest jakiś tajny schemat, tajne ustawienia procesorów, sekretne narzędzia z magicznymi guzikami), ale niestety okazało się, że miał on dużo racji – to jest raczej dłuższy proces i jedyną drogą do odniesienia sukcesów na tym polu jest… miksowanie, miksowanie i jeszcze więcej miksowania. Trzeba oczywiście posiadać wiedzę z tego zakresu, ale dopiero po zmiksowaniu pokaźnej ilości piosenek zaczniemy czuć jak to się powinno naprawdę robić.

Mój postęp po skończeniu szkoły naturalną siłą rzeczy nieco zwolnił, bo w zasadzie teoria została już wyłożona i przyswojona, Pro Tools opanowany i trochę projektów praktycznych wykonanych. Pozostawało jeszcze doszkolenie się z zakresu miksowania, czyli…

Lata pracy…

Przez pewien okres miksowałem wszystko, co tylko miałem pod ręką w międzyczasie oglądając różnego typu poradniki, całe tutoriale czy kursy. Nie powiem, sporo mi to dało, ale jak wiadomo, najważniejsze jest nieprzerwane ćwiczenie, robienie błędów, poprawianie ich i wyciąganie wniosków. I tak do upadłego…

W zasadzie mogę powiedzieć, że to na tym etapie się właśnie teraz znajduje i spokojnie, małymi kroczkami stąpam do przodu z każdym kolejnym miksem jaki wykonuję. Mam ich za sobą całkiem sporo – jednych znośnych, innych słabszych, jeszcze innych – pożal się O’Borze 🙂

Mój plan jest taki, aby kontynuować to dzieło, nadal się rozwijać i przede wszystkim – pomagać Wam w osiąganiu lepszych wyników dzieląc się swoimi doświadczeniami oraz przestrzegać przed różnymi błędami i pułapkami, które popełniałem sam lub zauważałem u innych.

Tak to w wielkim skrócie u mnie wyglądało i wygląda. Teraz Wasza kolej!

Opiszcie swoje historie, powiedzcie kiedy i w jakich okolicznościach zaczęliście czuć progres w Waszych produkcjach, na jakim jesteście etapie i co planujecie dalej. Nagrody dla autorów najciekawszych siedmiu opowieści czekają!

Zostawić komentarz ?

20 Komentarze.

  1. Witam wszystkich. Niedawno odkryłem ten blog i jestem pod wrażeniem ilości i poziomu informacji, jakie tu się znajdują.

    W muzykowanie zacząłem bawić się za czasów Amigi 500. Były to muzyczki z różnych gatunków, choć dominowała elektronika. Później był pecetowy tracker pod DOS oraz Cool Edit Pro do obróbki sampli. Później dłuuugie lata nic i od zupełnie niedawna zacząłem próbować coś pisać w Renoise (również tracker) i używać Cubase. Nadal jest to zupełna amatorszczyzna i tak naprawdę dopiero na tym blogu zacząłem zdobywać jakąś konkretną wiedzę, za co bardzo dziękuję autorowi.

    Nieumiejętność robienia miksów i jakiegokolwiek masteringu staram się nadrabiać aranżacją i doborem instrumentów jeszcze na etapie komponowania, żeby to w ogóle jakoś brzmiało. Dopiero po lekturze bloga zaczynam rozumieć o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi i pomimo braku dobrego pomieszczenia do odsłuchu i w sumie dość podstawowego sprzętu, przy kolejnych kompozycjach będę się starał stosować zdobytą tu wiedzę. Na razie staram się wykorzystywać skromne środki którymi dysponuję i nie przejmować się brakami w sprzęcie. Może jest jeszcze nadzieja, że mimo wszystko nie zostanę wcieleniem DJ-O-Borze. 😀

  2. Goodwilly

    Jeszcze w szkole średniej były różniste kapele, w których udzielałem się raz bardziej, raz słabiej i tak przez całe liceum. W tym czasie pojawiła się chęć rejestrowania naszych wypocin i jak łatwo się domyśleć zgrywanie z jednego Grundola na drugi z dokładaniem jakiś tam partii na różnych instrumentach. Nagle znikąd pojawił się gość, który załatwił nam studio radiowe na kilkanaście godzin i zarejestrowaliśmy 3 kawałki, które w dużym pośpiechu i niezbyt starannie zmiksował i zmasterował nam radiowy operator dźwięku – to był skok w nadprzestrzeń w dziedzinie jakości i brzmienia. Zacząłem marzyć o własnym studiu nagrań i umiejętności obsługi tych czarodziejskich skrzyneczek.
    Proza życia postanowiła pokrzyżować mi plany i na wiele lat zapomniałem o swoich muzycznych marzeniach, ale zawsze gdzieś pod skórą czułem …
    Niecałe 5 lat temu dotarło do mnie, że nie trzeba dzisiaj zamieniać dorobku całego życia na realizację marzeń i zacząłem kompletować instrumentarium i osprzęt do nagrywania muzy. Powstały pierwsze masakry muzyczne, które nie przypominały nawet ułamka zamysłów twórczych, ale sam proces tworzenia “pseudomiksowania” był tak radosnym doznaniem, że zacząłem poświęcać temu coraz więcej czasu, dzieląc ten czas pomiędzy pracę twórczą i naukę w każdej możliwej dziedzinie: literatura, filmiki instruktażowe, kursy, wizyty w studiach, długie godziny spędzone na rozmowach z różnymi fachmanami, wspólne zabawy na profesjonalnym sprzęcie … Aż nadszedł czas próby: nagrałem od nowa jeden z tych kawałków zrealizowanych dawno temu w studio radiowym, zmiksowałem go i podjąłem próbę zmasterowania i … rezultat okazał się nadspodziewanie dobry, bo brzmiał znacznie lepiej od wersji “radiowej”. Na wszelki wypadek wysłałem ten “twór” do przyjaciela, który jest dla mnie niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie masteringu. On zaś w swej nieskończonej łaskawości raczył zaprosić mnie do siebie i zmasterować go od nowa razem ze mną, jednocześnie zalecając dokonanie pewnych bardzo konkretnych poprawek w miksie. To doświadczenie było jak słońce padające na twarz po latach spędzonych pod ziemią – nie pamiętam, czy bielizna była bardzo mokra, ale poczułem coś na kształt NIRVANY. Wtedy poczułem, że to wszystko zaczyna nabierać sensu, a co ważniejsze w słuchanych obcych utworach zacząłem zauważać elementy, które bym nieco zmienił by nadać nieco innego charakteru – by zabrzmiało po mojemu. Zacząłem nagrywać i miksować, dogrywać i miksować, zmieniać i miksować … i tak bez końca, wpadając momentami w ciąg, którego nikt nie był w stanie przerwać.
    Pewnego dnia przyszedł do mnie brat i poprosił, bym przygotował mu krótkie łączniki muzyczne (brat jest dj-em) w określonych przejściach tonacyjnych i rytmicznych. Przyznam szczerze, że zrobiłem to na odwal, byle pozbyć się strupa i wrócić do swojej pasji, ale dane mi było usłyszeć swoje “niedoróbki” podczas jednej z imprez prowadzonych przez brata. Poczułem dumę: nie dość, że te “drobiazgi” zabrzmiały o niebo lepiej od utworów dla których stanowiły łączenie, ale przede wszystkim (i to był największy powód do dumy) miały bardzo specyficzny charakter – były najnormalniej w świecie moje!!!
    Mam pełną świadomość olbrzymich braków w zakresie teorii (które są odczuwalne najczęściej, gdy poszukuję odpowiednich odcieni brzmieniowych), ale ta zabawa sprawia mi tak wielką radość, że póki co nie chcę tego stanu przerywać koncentracją na nauce czegoś nowego – oczywiście każdego dnia przyjmuję jakąś dawkę wiedzy z tutoriala czy minikursu, ale są to bardziej miłe przerywniki w pracy nad muzą niż świadome przyswajanie wiedzy 🙂
    Dzisiaj jest to cudowna zabawa przenosząca mnie w zupełnie inny świat! I nie jest ważne, czy dotyczy to tworzenia muzy na instrumentach, czy też szlifowania materiału już nagranego – przenoszę się do świata doznań tak niezwykłych, że nie da się tego stanu porównać z niczym innym i żegluję po wciąż nieznanych wodach muzyki, którą ciągle odkrywam jak kiedyś odkrywano nowe kontynenty 🙂
    A progress … cóż, najważniejsze, że ja czuję się w swoich wytworach coraz lepiej, że coraz szybciej osiągam zamierzony cel (choć wciąż trwa to znacznie dłużej, niż bym sobie tego życzył) i czuję w tych zwykłych kawałkach coś tak niezwykłego, że wciąż chcę więcej i więcej – a to chyba najważniejsze 🙂

  3. Igor, a nie boisz się, że skończysz jak Bruce Lee, jak tak zdradzasz tajniki tajemnej sztuki inżynierii na prawo i lewo? 😉

    • Kto wie czy nie dosięgnie mnie kiedyś wibrująca pięść innych realizatorów…? 😉

  4. Ech, każdy o progresie mówi, ale chyba najlepiej progres widać w naszych produkcjach, a jakoś odważnych do przedstawienia swoich starych i nowszych tworów nie ma…
    Cóż, może zacznę krótkim wstępem jak to wszystko wyglądało. Wiec któregoś dnia jesieni parę lat temu(chyba z 6 już będzie) jako młody i głupi człowiek uznałem że zacznę się zajmować produkcją, oczywiście jestem trochę z innej bajki bo nic nie nagrywam, all in DAW że tak powiem. Zaczynałem na pirackim FLu gdzie nawet nie ogarniałem co jest czym, kręciłem gałkami na pałe słuchając co się dzieje z dźwiękem, a jak nic nie słyszałem to zmieniałem wtyczkę xD. Tam nic za bardzo nie wyskrobałem. Później usłyszałem o Audiotool, raczej nie będę się rozwodził czym to jest bo nie o tym mowa, powiem tylko że fajna zabawka, polecam się pobawić. Tam spędziłem pare lat, chociaż nie zbyt intensywnie pracowałem nad tym jak brzmią moje utwory, to powoli na swój własny słuch zacząłem słyszeć postęp, ale nie taki jakbym chciał. Więc zacząłem szukać informacji co z czym się je, a po jakimś czasie (stosunkowo późno) trafiłem tutaj. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej, ogarnąłem sobie konkretne, legalne DAW. Otworzyło się całe morze możliwości i dużo wyższy poziom stanął przede mną otworem. Padło w artykule pytanie gdzie widzicie siebie za pare lat, wiec odpowiem tak, że widziałbym siebie gdzieś gdzie mógłbym żyć z produkcji choć jest to wręcz marzenie. Niestety zajmowanie się muzyką sprawiło że nie skupiłem się na nauce, wiec nie pozostaje mi nic niż próbować swoich sił w tej dziedzinie, albo słuchawka bądź magazyn do końca życia…
    A teraz czas na pokazanie mojego progresu, myśle że w 6 lat można więcej, ale to nie wyścig. http://www28.zippyshare.com/v/xOZNkWB8/file.html
    Tutaj macie pierwsze coś z Audiotool, bierzcie i smiejcie się z tego wszyscy :p
    https://www.audiotool.com/user/stunner/ tutaj macie troche świeższych utworów, ale nadal tylko z Audiotool, na coś z lepszego poziomu z “profesionalnego DAW” trzeba będzie troche poczekać :p
    Oczywiście nie chciałbym się zbłaźnić samotnie, wiec zachęcam was do przedstawienia swoich starych i nowych produkcji. Przy okazji pewnie łezka się wam w oku zakręci jak zaczniecie grzebać w tym co dawno temu utworzyliście 🙂

    • Goodwilly

      Pozwól, że nie będę się wypowiadał o miksie i innych technicznych sztuczkach, ale … no właśnie 🙂
      W tych muzycznych potworkach jest dużo zajefajnych pomysłów, które można rozwinąć bądź nieco skorygować – masz chłopie w sobie kopalnię fajnych zajawek, które przy odpowiedniej aranżacji i wypełnieniu zabrzmią tak, że profesjonalistą zwieracze tak chwycą, że zatwardzenie ich nie opuści przez min tydzień 😉
      Nie odpuszczaj – w najgorszym wypadku zamiast własnych produkcji możesz sprzedawać pomysły muzyczne, a przy odpowiednim zaangażowaniu i niestety środkach zainwestowanych w siebie (nauka i praca pod okiem fachowym) masz szansę tworzyć rzeczy niezwykłe 🙂
      Ja sobie zacharabczyłem jeden z twoich riffów i z pewnością wykorzystam go w bieżącej produkcji, ale … spoko, nie poznasz go po mojej obróbce 🙂
      Pozdrawiam

    • Dzięki :p
      Fajnie że kogoś mogłem czymś zainspirować, mam nadzieje że się pochwalisz wynikami.

      A co do opisywania swoich historii to możemy jeszcze pisać kto na czym i ile gra, jeżeli oczywiście gra.
      Ja w podstawówce grałem w zespole szkolnym na flecie xD (5 lat)
      Obecnie uczę się grać na keyboardzie bo to podstawa, zawsze chciałem też złapać się za gitarę, kto wie może kiedyś coś zrobie w tym kierunku.

  5. Trochę wstyd w takim gronie… ale co tam.

    Jak wspomniałem wcześniej, pisałem (i nadal piszę) na trackerach – najpierw Amiga, później FastTracker II pod MS-DOS. Przekładało się to bezpośrednio (i to bardzo) na jakość dźwięku. O poprawnym panoramowaniu nie miałem pojęcia, a o miksowaniu ścieżek nawet wtedy jeszcze nie słyszałem. 😉

    Ostatnia muzyka napisana została po dłuuugiej przerwie w Renoise, ale jest to pierwsze “dzieło” w tym programie, więc raczej nie oczekiwałem zbyt wiele, tym bardziej, że miałem ładne parę lat przerwy. 🙄 Dopiero po napisaniu tego trafiłem na “Zakamarki” i dowiedziałem się o istnieniu sztuki miksowania. 😳

    Poniżej kilka moich muzyczek w kolejności powstawania:

    “The Rain”
    1996-11
    Amiga ProTracker, 4 kanały, sample 8-bitowe
    (pierwsza muzyczka, z której byłem zadowolony);

    “Illusion”
    1997-04
    PC FastTracker II, 8 kanałów, sample 8-bitowe;

    “Return to Earth”
    1998-05
    FastTracker II, 12 kanałów, sample 8 i 16-bitowe;

    “Alien Nation”
    1998-08
    FastTracker II, 14 kanałów, sample 8 i 16-bitowe;

    “Zapomniane Marzenia”
    1999-07
    FastTracker II, 20 kanałów, sample 8 i 16-bitowe
    (ostatnia muzyka przed przerwą);

    “Satan stole my Atari!”
    2015-09
    Renoise, 13 kanałów (4 dla perkusji), sample 8, 16 i 24-bitowe
    (pierwsza muzyka po przerwie);

    Link do utworów:
    https://www.dropbox.com/sh/pbz2evhgqc8ufa9/AADTio_P6djFNJu5HO7hZN3Va?dl=0

  6. Wszystko zaczęło się po drugiej stronie szyby, jakieś 10 lat temu. Próbowałem grać na gitarze, ale po niezbyt udanych dwóch latach z tym instrumentem stwierdziłem, że to nigdy nie będzie mój konik. Pewnego dnia mocno zaprzyjaźniłem się z metronomem – zostałem perkusistą. Na przełomie lat 2009/2010 wpadłem na pomysł, żeby zacząć nagrywać covery, więc po sezonowej pracy zaopatrzyłem się w pierwszy recorder – Zoom H2. Jakie to było wtedy piękne i czytelne, po czasochłonnym wstukaniu kilku utworów (w końcu miałem tylko ten recorder i nic poza tym) stwierdziłem, że czas nagrać pierwszą epkę zespołu.
    Nagrałem pierwszy singiel naszej metalcorowej kapeli. Jakiś rok temu znalazłem to nagranie – przestery, gitary charczące na kilometr i cała masa innych brzydkich rzeczy, ale wtedy… Och, jak to wspaniale brzmiało! Wszystkim nam wydawało się, że ma ten “pazur” (nie, nie miało). Po pewnym czasie stwierdziliśmy, że pójdziemy do “profesjonalnego studia”, bo takie wtedy było w naszych oczach. A przedstawiało się ono mniej więcej tak: pokoik wyłożony gąbkami, interface, monitory, kilka mikrofonów… Bębny zostały wstukane w midi (nigdy więcej…), bas, gitary liniowo. Jedyna rola dla jakiegokolwiek mikrofonu to nagranie wokalu. Zasiadałem więc razem z realizatorem do miksu. Wszystko było takie nowe, ciekawe – „że też te wszystkie wtyczki mogą tyle zrobić!”. Wtedy stwierdziłem, że chce się tym zajmować profesjonalnie i nagrywać dla innych. Musiałem tylko zdobyć sprzęt.
    Można nazwać mnie człowiekiem, który miał wszystkie prace świata. Zbierałem owoce, byłem pomocnikiem stolarza, zaopatrzeniowcem, pracowałem na budowie i wykończeniówce, ba! Zajmowałem się nawet marketingiem! Ale, ale… Najpierw udałem się do drukarni. Pracowałem na czarno przy składaniu ulotek dla bezrobotnych. Siedziałem pośród starszych pań, palących ukraińskie papierosy, mimo woli spoglądając od czasu do czasu na tytuł ulotek – “jak znaleźć dobrze płatną pracę z umową”. Tak, życie bywa szydercze. Zdjęcie toalety w tamtym budynku do tej pory jest najbardziej pożądanym elementem każdej imprezy – czy to rodzinnej, czy ze znajomymi. W to, co tam się działo, naprawdę trudno uwierzyć. Ubikacja nie była brudna. Ona była OSMOLONA. Zupełnie czarna, jakby sam diabeł urządził tam gniazdko dla swoich kosmatych koleżków. Syf, kiła i mogiła, od podłogi po sufit. Większość pracowników i tak wychodziła na zewnątrz pod drzewko (biedne, starsze panie…). Jednego dnia przeprowadzano kontrolę – ja, zatrudniony nielegalnie, musiałem uciekać wyjściem ewakuacyjnym. Przesiedziałem pół dnia na mrozie, przegryzając sucharki i zastanawiając się nad sensem mojego życia. Przepracowałem tydzień. Powiedziałem sobie dość. Odszedłem, choć nawet gdybym tego nie zrobił, to i tam wyleciałbym niedługo później. Drukarnie zamknięto, a wszelki ślad po budynku, w którym się mieściła, zaginął.
    Właściwie, to awansowałem – zostałem pracownikiem gospodarczym w klasztorze oo. Kapucynów. Grabiłem liście, kosiłem trawę, nosiłem wszystko, co trzeba było nosić. Przerwy spędzałem na obiedzie i papierosie z panią Krysią, tamtejszą kucharką, kobietą prostą i wielkoduszną. Pani Krysia była miła, dopóki w kuchni nie zjawiał się Lucjan – wrzód w dole pleców każdego, kto go poznał. Krysia zmieniała się wtedy w mistrzynię sabotażu; kiedyś prawie zabiła Lucjana, który zakrztusił się zupą doprawioną garścią egzotycznej, pikantnej przyprawy. Ale nie o tym.
    Po kilku miesiącach pracy i czytania o sprzęcie, jaki mógłbym kupić, w końcu miałem taki budżet, że mogłem pozwolić sobie na mój pierwszy interface – Tascam us 1800, zestaw mikrofonów do bębnów, słuchawki i parę innych rzeczy. Było to jakieś 4-5 lat temu, w końcu zacząłem się na poważnie rozwijać i spotykać z problemami. Uczyłem się w Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie. Uświadomiłem sobie, jak wiele jeszcze nie wiem. Chciałem jak najszybciej zapełnić każdą wolną przestrzeń mojego mózgu informacjami o realizacji. Chłonąłem jak gąbka, mimo to – ciągle było mi mało. I w zasadzie dalej jest. W tym czasie przeprowadzałem swoje pierwsze nagrania: zespołów, solistów. Uczyłem się miksowania razem z youtubem, przydatne też były Twoje kursy, Łukaszu. Każdy nowy projekt wychodził lepiej, ale wciąż nie było to to, co sobie wyobrażałem.
    Coraz większą uwagę zacząłem skupiać na akustyce, ustawieniu mikrofonów.
    Po jakimś czasie kupiłem trochę sprzętu za unijne monety, powymieniałem wszystko, co miałem na sprzęt z wyższej półki, a co najważniejsze – zacząłem realizować nagrania w studiach, a nie salkach prób.
    Przeniosłem się spod granicy z Ukrainą na zachód Polski, do Wrocławia. Teraz uczę się dalej, czytam, próbuję – nie daję za wygraną. Co planuję dalej? Na pewno być w tym jeszcze lepszym, poprawiać swój warsztat i zdobywać nowe doświadczenia. Może kolejne poziomy certyfikatów z Pro tools’a…

  7. amidawagner

    Będąc dziecięciem 8 letnim znałem doskonale zespoły takie jak Yes, King Crimson, Uriah Heep i wiele innych potworów muzyki rockowejdzieki moim starszym braciom. Nie ma co się dziwić zatem, iż wieku 12lat wziąłem gitarę do ręki. To był stary Defil ze strunami w których popękała owijka, zatem kończyło sie na ogół krwawo, ale nic sobie z tego nie robiłem i cwiczyłem bez pamieci proste solówki Deep purple, Ten Years After, czy Jethro Tull. Ćwiczyłem tak zapamietale że az mój Ojciec pewnego dnia wbiegł krzycząc: ile mozna grać w kólko jeden i ten sam motyw??? Dla muzyka to jest pytanie retoryczne, ale ja do dziś jestem dumny z tego okrzyku, bo to było moje pierwsze osiagniecie-wytrwałosc w dążeniu. Dość wcześnie zaczałem grac z różnymi zespołami, szybko przejmowałem kontrolę, poniewaz miałem bardzo dużo pomysłów. To był mój pierwszy recorder-mózgi moich kolegów. Szybko ich przyzwyczaiłem, że nawet najcięższa praca zostanie wrzucona do smieci, gdy efekt końcowy nie zadowala, na tym etapie wiecej wyrzucałem niz było akceptowane. Po szkole średniej poszedłem na studia na uniwerek na Biologię, ale granie mnie fascynowało bardziej, zatem porzuciłem studia. W trzy miesiące nauczyłem sie repertuaru klasycznego i poszedłem do Szkoly muzycznej drugiego stopnia. W tym czasie juz absolutnie wszystkie kompozycje w zespołach były mojej produkcji, ponieważ nikt nie przejawiał talentu stwierdziłem, że muszę zacząc pisać teksty. Najpierw była to praca jak w kopalni, nic nie przychodziło do głowy, rymy były ciężkie jak siekiera, czasem owocem był tylko jeden wers a i to często został wyrzucany. Układałem w autobusie, na rowerze, w pracy…
    Pierwsze kroki były żałosne, ale jestem bardzo uparty i nie zrazałem się.latami szlifowałem pisanie i komponowanie. Do gitary dolożyłem sobie syntezator gitarowy i rozbudowałem swoje partie o akcenty symfoniczne i elektroniczne. W tym czasie zostałem realizatorem w pewnym małym studio w Warszawie, tam niestety poczyniłem bardzo dużo błędów, miałem kiepskie monitory, fatalne słuchawki i byłem tak zarozumiały, że każdą rejestrację musiałem od razu okraszać ruchami gałek, choć na ogół nie było to potrzebne. Wtedy jakby mi ktoś powiedział, że jestem tak kiepski jak moje monitory to bym go zabił albo zostałby moim wrogiem na całe młodzieńcze życie. Oczywiście nie ustawałem w komponowaniu, zespół był juz tak sprawny, że na przegladach nie dawali nam pierwszej nagrody tłumacząc iż zespół jest zbyt profesjonalny.To był czas rozwijania warsztatu, może nie zwiazany bezpośrednio z nagrywaniem, ale stanowi podłoże mojej obecnej podrózy poprzez meandry tworzenia i rejestracji muzyki. Poszedłem na Akademie Muzyczną na Wychowanie z celem przeniesienia sie na kompozycję, na trzecim roku okoliczności życiowe spowodowały, że nie wytrzymałem i porzuciłem dalsze kształcenie. Na Akademii dali mi potęzny wycisk na każdej płaszczyźnie muzycznej, skutkiem był mój rozwój w kierunku klasyki. Zorientowałem się że należy myslec kontrapunktem, pionem harmonicznym i jego układem, poznałem wiele aspektów budowy brzmienia. Zapamietale uczyłem sie tego czego inni nie lubili-harmonii,partytur, kształcenia słuchu. Pierwszym moim programem DAW był Cakewalk. Strasznie w nim dłubałem, tworzyłem misterne konstrukcje które, niestety, źle brzmiały. Nie miałem żadnego pojęcia o miksowaniu, a tym bardziej o finalnej dość ograniczonej przestrzeni miksu w którą czasem należy dosć dużo zapakować. Wtedy nie miałem żadnego dystansu do partii instrumentalnych i często jedne były za głosne inne zbyt płaskie. Przesiadłem sie na Cubase’a i kupiłem sobie Recorder Roland VS1680, którego funkcjonowanie opanowałem na poziomie biegłym. Miałem także potężny arsenał do wzbogacania brzmienia gitary, która często juz nie brzmiała jak gitara. Tu jednak okazało sie że trening na róznych cyfrowych przystawkach rozwinął moja wyobraźnię i potrafiłem to całkiem zgrabnie miksować, a jednocześnie nabyłem dośc znacznej wiedzy na temat pracy efektów wszelkiej maści. Głównie delaye, phasery, envelopy itd. Zacząłem pisać naprawdę dobre teksty, jednak poszedłem za daleko, bo literatura była zrozumiała jedynie dla wprawnego czytelnika. Styl ten został mi do teraz, więc jest często zbyt ambitnie. Wtedy zaczęło do mnie docierać, że nie zostane juz słynnym muzykiem.Ten wgląd doprowadziło mnie do krachu na całej linii, cierpienie, depresja…posprzedawałem sprzęt. Po tym akcie samookaleczenia zacząłem rozumieć, że nie tworze dla poklasku tylko z powodu najgłębszych uczuć do sztuki, tak subtelnych, że nigdy nie obdarzyłem podobnym uczuciem drugiego człowieka.
    To był mój wielki sukces-zrozumieć siebie i znaczenie muzyki, ale i znaczenie artysty, który jest NIM bo tworzy i nawet gdyby wszyscy na ziemi nagle wyparowali to i tak artystą będzie, bo takim juz sie urodził. Powoli zaczałem odbudowywać sprzęt. Zespoły które porzuciłem zaczęły sie do mnie odzywać, bo aranżer zawsze jest na wagę zlota, nawet tak schizofreniczny jak ja.
    Tu zaczął się okres moich intensywnych rejestracji na kolejnym Rolandzie. Brzmiało troche lepiej, ale absolutnie nie umiałem zrobić masteringu więc było cicho choć dość klarownie, między innymi dlatego, ze przestałem bawić sie gałkami i ograniczałem ingerencje do minimum, wtedy zrozumiałem, że mikrofony robią fachowcy i jak mam kręcic bez sensu to lepiej w ogóle nie dotykać. Niestety, zespoły zawsze mmnie zatrzymywały, trzeba było coś tłumaczyc, kłócić sie o swoje, uczyć partii i harmonii itd. W pewnym momencie postanowiłem tworzyć sam. Sprzedałem duzego Rolanda i kupiłem Bossa Micro-czteroślad, na którym zacząłem sie uczyć miedzyzgrania, to były piersze produkcje, które zaczęły brzmieć, a wiec przesiadłem sie na Boss-a BR-80, który ma 8 śladów i przetwarzanie 24-bitowe. Na tych maszynkach zrobiłem około 30- stu utworów z których wbrałęm 13 do mojej najnowszej i jedynej płyty. Ponieważ grałem juz sam postanowiłem zacząć śpiewać żeby sie nie prosić wokalistów, którzy czesto grymaszą. Nie mam głosu, ale jestem cholernie uparty. Lata różnego rodzaju rejestracji nauczyły mnie jak powinien brzmieć wokalista, jakich zabiegów dokonywać, jakiej siły przekazu używać, by ujawniła się moc serca…Potrafiłem nagrywać po 100 razy dopóki nie osiagnałem zadowalajacego efektu. To była potezna technika-pracować dopóki nie wyjdzie i nigdy się nie poddawać. Magnetofon woziłem wszędzie i nagrywałem wszędzie, w lesie, w toalecie, u tesciów itd. Zaczęło byc mi ciasno i postanowiłem zakupić jakiś fajny komputer i dobry DAW. Zblizamy sie do teraźniejszości. Nabyłęm Studio One i uważam że to było najlepsze co mogłem dla siebie zrobić. Na tym programie zacząłem szlifować równośc grania i głosy, wciąz głosy i tak do upadłego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem że mogę cos zrobić na wokalu, ale upór czołgu powoli wydobywał ze mnie niuanse. To własciwie już obecne czasy. Moja zona śmiała się ze mnie że tak wyje, ale ja się nie przejmowałem żadną niepochlebną opinią i założyłem sie z żona rok temu, że jeszcze powie mi że dobrze spiewam i to po roku. Śmiała sie do rozpuku, ale w tym roku powiedziała z pokorą, że jednak miałem rację. Rok temu także, zacząłem realizować moja płytę, którą właśnie kończę. Wymagało to zakupienia dobrego mikrofonu (GT-66) i zacnego preampu-Peavey Rock Master.Jednocześnie zakupiłem u Igora kursy i nauczyłem sie od podstaw miksowania. Utknąłem na masteringu, ale juz przeszedłęm i ten etap, Zrozumiałem, że przestrzeń muzyczna jest bardzo ograniczona i aby brzmiało w miare naturalnie to sie trzeba troche napracować. Tym razem utwory brzmią nieźle, mają głośność radiową, klarownośc. Kuleją wciąż gitary i okazało się że zacząłem słyszeć pogłos z pomieszczenia, zaczęło mnie to denerwować, więc jeszcze raz nagrywam wszystkie wokale tyle tylko, że moje pomieszczenie ma 4 dyfuzory 3D, dwa duze 2D, mam zmyślna kabinę z gąbki do rejestracji głosów, ściany są wyklejone styropianami o róznych kształtach powierzchni. Zmniejszyłem także poziom nagrywania. Rozwój muzyczny wymaga i postępu w dziedzinie grafiki, bo okładkę zamierzam także zrobić sam więc muszę opanować jakis program do tworzenia takich projektów, ale co tam, jestem uparty. i to właśnie ten moment, w którym Wam o sobie opowiadam. słychać klekot klawiatury mojego laptopa, a w TV epoka lodowcowa 4. No to mineliśmy TERAZ więc mogę opowiedzieć i o przyszłości. Za około dwa miesiace skończę płytę i zacznę następną. Ta nastepna bedzie z minimalną ilościa instrumentów, aby było tylko to co pracuje, sama surowa moc własciwych dźwieków, tylko tych, bez których nie mogą prawidłowo funkcjonować melodia, beat, fraza…
    Teraz odpoczywam, lenię się, czasem uchlam, zajaram. Za chwilę wszystkie te sprawy odejdą w cień, zero alkoholu, budzenie o 4.15, granie do 7.15 czyli rejestracja instrumentów. Do pracy mam dwa kroki i tam układać będę kolejne melodie, słuchać, co zrobiłem rano i przygotować sie do sesji popołudniowej 18.00-20.00. Popołudniu wokale do bólu. I dzień po dniu.miesiąc po miesiącu, cały rok, może dwa…
    …Bo ja uparty jestem…

    • Goodwilly

      Zazdroszczę uporu 🙄
      Mnie wciąż najbardziej podnieca ten moment, kiedy podłączam gitarę i po krótkiej rozgrzewce stwierdzam, że ten riff wymaga poprawki brzmienia i zaczynam kopać w tym bezkresie możliwości – znajduję coś … i szukam następnego, uzupełniającego brzmienia … zgrywam gitarę z 2-3 torów i nagle okazuje się, że klawisze trzeba nieco podrasować, więc powtarzam tę samą zabawę z klawiszami, potem siadam do nowej propozycji brzmieniowej i … dopada mnie nowa idea 😯

      Mam rozgrzebanych 15 utworów, a skończony jeden i ten jeden skończony jest przedmiotem stałej krytyki hahaha i trudno mi się powstrzymać, by choć na 5 min do niego nie usiąść 😆

  8. Dimatheus

    Hej,

    Chyba nie będę oryginalny, gdy napiszę, że też zaczynałem od Amigo 500 i ProTrackera. Wtedy co prawda nie powstały jakieś spektakularne utwory, ale początek dodał wiatru w żagle. Pro Trackera i Amigę po czasie zastąpił keyboard Casio CTK-670, później Yamaha PSR-630, zaś sama aranżacja, czy miks polegał na odpowiednim zdefiniowaniu wszystkiego w sekwencerze, podłączeniu sprzętu do wieży i nagraniu na kasecie magnetofonowej. Tak powstało kilkadziesiąt utworów zgranych na czterech “albumach” – ach, te 8-bitowe brzmienie. :mrgreen:

    Z upływem czasu dostrzegłem konieczność – a może i korzyści wynikające – z zaprzęgnięcia do wszystkiego komputera. I tak pracując na Magix Music Maker poskładałem mój kolejny album, tym razem złożony z samych ballad. Był to rok 2004. Trudności z samym recordingiem nie było, bo klawisze to bardzo wdzięczny instrument, jeśli chodzi o podłączenie do komputera i nagranie. Klika ścieżek, kilka efektów i brzmiało świetnie – jak na tamtą wiedzę i możliwości.

    Przełomem okazało się dołączenie do zespołu lightrockowego. Tutaj okazało się zdecydowanie trudniej, bo to już nie tylko same klawisze. Doszły gitary (akustyczna, elektryczna, basowa), wokal czy flet poprzeczny. Z powodu braku perkusisty – pierwszy i jedyny nie wytrzymał stylu muzycznego – odpadł problem samego nagrywania bębnów, bo po prostu programuję je i odtwarzam na stacji roboczej czy syntezatorze. Ale przyznam, że pierwsze miksy były bardzo pracochłonne – spędziłem nad nimi wiele nocy, wiele cennych godzin – a patrząc teraz z dystansem, chyba wszystko bym w nich zmienił. Oczywiście na tamten moment wydawały się świetne. Od strony technicznej używaliśmy karty dźwiękowej Creative Sound Blaster Live 5.1 External 24-bit oraz Magix Music Studio oraz kilkunastu podstawowych efektów VST. Pracę nad albumem zakończyliśmy w 2011 roku.

    Po zebraniu kolejnego materiału – autorskiego, ma się rozumieć – przyszedł czas na drugi krążek wydany w domowym studiu i naszym nakładem finansowym. Wiele cennych rad – szczególnie o tym, jak dobrze zgrać wokal i wkomponować go w końcowy miks -ciekawych pomysłów, czy poprawnych działań zawdzięczam obecności zakamarków audio w internecie. Szczerze przyznam, że trochę za późno zacząłem orientować się, że moje braki są ogromne i wiedzę oraz praktykę czas uzupełnić, poprawić i wyprostować. Pewnie gdybym szybciej przejrzał na oczy i zaczął się dokształcać, drugi album byłby lepszy. Ale cóż, nigdy nie jest za późno na naukę. Myślę, że dzięki niej trzeci krążek będzie brzmiał jeszcze lepiej, a i myślę o ponownym miksowaniu i masteringu pierwszego albumu.

    Obecnie pracujemy na Magix Samplitude Music Studio 2013 oraz na Cubase AI, wykorzystujemy interfejs audio Behringera, mikrofony pojemnościowe – wg mnie progres jest widoczny i słyszalny w tym, co teraz jest tworzone. 🙂

    Pozdrawiam,
    Dimatheus

  9. Zaczynałem zupełnie od zera na przełomie lat 90′ i 00′ nie mając o niczym pojęcia. Przebyłem długą drogę, żeby dzisiaj, po około 15 latach, zajmować się muzyką i audio do mediów wszelakich (gry, reklamy, filmy, efekty dźwiękowe itd). Człowiek uczy się całe życie więc jeszcze wiele przede mną, niemniej chciałbym podzielić się kilkoma spostrzeżeniami.

    Zacznijmy więc od początku – zupełna pustka, chaos, nie wiedziałem nic, nawet niespecjalnie interesowałem się muzyką, radiem itd. Pierwszym takim impulsem który zaciekawił mnie z tematem były jakieś programy do “układania klocków” dołączane jako dema do czasopism komputerowych. Wtedy pomyślałem, że i ja mogę “robić” muzykę. Zakupiłem więc pełną wersję, trochę się tym pobawiłem, ale szybko dostrzegłem dwie rzeczy. Po pierwsze, zasoby sampli były bardzo ograniczone i po kilku “kompozycjach” wszystko brzmiało tak samo. Po drugie, wyczytałem w licencji, że wszystko co zrobię nie należy do mnie i nie może być wykorzystywanie komercyjnie. Zaświeciła się wtedy lampka – “chyba nie w ten sposób powstaje muzyka”. Tak, aż tak bardzo niedoświadczony byłem.

    Odkrycie to skłoniło mnie więc do poszukania programu który pozwoliłby mi stworzyć coś zupełnie od zera, wtedy odnalazłem trackery, dokładniej Jeskola Buzz. Mogłem w końcu tworzyć samemu melodie bez korzystania z cudzych sampli, wow! No tak, pojawiła się jednak bariera ciężka do przebicia, brak znajomości języka angielskiego co utrudniało ogarnięcie struktury programu. Także brak jakiejkolwiek wiedzy o teorii muzyki, nutach, kompozycji, aranżacji… Próbowałem coś tworzyć, ale było to bardzo słabe. Po kilku miesiącach chciałem już zrezygnować, ale wtedy pojawił się kolejny pomysł jak rozwiązać ten problem.

    Tak, zacząłem się uczyć grać na fortepianie pod okiem nauczyciela, łącznie przez 6 lat. Był to jeden z ważniejszych kroków jakie podjąłem, ponieważ pozwoliło mi to spojrzeć na muzykę w zupełnie innej perspektywie, jako muzyk, nie jako ktoś kto “klika w programach”. Zagłębiałem się w temat, ćwiczyłem granie od strony praktycznej, ale analizowałem też utwory razem z nauczycielem, dawał dużo porad pod kątem tego co chcę robić. Wkrótce sam zacząłem aranżować na fortepian różne covery, potem nawet ze słuchu, co pozwoliło mi także zapoznać się z tym jak skomponowana jest muzyka która mnie interesuje. Poznałem oczywiście też teorię muzyki, całkiem dogłębnie.

    W tym samym czasie od strony komputera, w okolicach 2005 roku, przesiadłem się na tracker Psycle, który działał podobnie jak Buzz, ale pozwalał używać wtyczek VST. Wtedy też postanowiłem, że nigdy nie skorzystam z nielegalnego oprogramowania, będę używał tylko darmowych narzędzi lub tych których dorobię się sam. Z dzisiejszej perspektywy to także był jeden z ważniejszych kroków, ponieważ szanowałem wartość tego co miałem, skrupulatnie uczyłem się obsługi każdej wtyczki i wyciskałem z niej co mogłem. Przypominam też, że w tamtym czasie rynek freeware był dosyć biedny, było tego dużo, ale zdecydowanie nie takiej jakości jak teraz. To samo z dostępem informacji, dzisiaj aż wylewa się od książek i portali z poradami, wtedy musiały wystarczyć fora i ludzie wspierający się wzajemnie.

    Wszystko zaczęło się powoli łączyć w całość, grając na instrumencie poznawałem zagadnienia muzyczne, używając komputera poznawałem zagadnienia techniczne. W końcu postanowiłem dokonać pierwszej inwestycji i kupić komercyjny DAW. Padło na FL Studio, wtedy już w wersji 8, głównie przez obsługę w stylu trackerów, no i cenę. W porównaniu z Psycle, niebo a ziemia. Zainwestowałem też w słuchawki, raczej ze średniej półki. Zacząłem skupiać się na konkretnym gatunku muzyki, publikować w internecie, wystawiać się na ocenę. Zawsze jednak czegoś mi brakowało. Proste pytanie, jaki sens ma komponowanie muzyki w powietrze? Czym to się różni od tworzenia do szuflady? Co mi z tego, że ktoś pochwali moją muzykę? Przecież nie dlatego się tym zajmuję żeby uzależniać swój nastrój od czyjejś opinii.

    Podstawę już więc miałem, wtedy też zacząłem powoli odnajdywać to czym chciałbym się zająć i wynieść do rangi komercyjnej. Chodzi o ścieżki dźwiękowe, to właśnie było coś co sprawiało że widziałem sens w muzyce, idealna synergia z obrazem, umiejscowienie kompozycji w jakimś kontekście który ma przekazywać konkretne emocje zamknięte w zapisie dźwiękowym, który potem przywoła dane emocje nawet i bez obrazu. To właśnie było to. Wziąłem się więc do roboty, zrobiłem parę dem, rozsyłałem oferty, zacząłem wykonywać najpierw darmowe zlecenia, potem drobne komercyjne, w międzyczasie uzupełniałem pracownię o dodatkowy sprzęt, interfejs, mikrofon, odsłuchy, nowe oprogramowanie, gitarę elektryczną, akustyka, bas, inne drobne instrumenty i tak dalej. Wszystko zaczęło się powoli nakręcać, hobby nie tylko utrzymywało się samo, ale wyłaniało się coś więcej. I tak pod dziś dzień, naturalnie wręcz.

    Jeżeli miałbym więc dać jakieś rady na podstawie własnego doświadczenia to byłyby to:

    – Znajdź sobie jakiś cel i wytrwale do niego dąż. Jasne, brzmi jak truizm, ale prawda jest taka że wiele osób o tym zapomina komponując potem latami bez żadnego celu dając sobie ciągle wymówki, że są za słabi albo to jeszcze nie czas. Prawda jest taka, że dopóki człowiek sam nie weźmie się w garść to nikt tego nie zrobi. Jeżeli jesteś muzykiem to znajdź ludzi, graj z nimi, koncertuj. Jeżeli producentem to znajdź labele do których chcesz aplikować i wysyłaj dema. Jeżeli interesuje Cię muzyka użytkowa to szukaj zleceń. I tak dalej. Samo się nic nie zrobi, a czas leci. Wrzucanie utworów w internet z nadzieją że baza fanów rozwinie się sama, a potem ktoś nas zauważy, nie ma sensu, to tak nie działa.

    – Naucz się grać na instrumentach, docelowo na klawiszach, bo z tym styczność mają nawet producenci EDM. Umiejętność gry oraz znajomość teorii muzycznej wpływa bezpośrednio na wyobraźnie, a co za tym idzie na jakość utworów. Teoretycznie każdą melodię dałoby się zaprogramować myszką w sekwencerze, ale w praktyce żeby coś zanotować trzeba wiedzieć najpierw co, a do tego potrzebna jest improwizacja na instrumencie, szukanie tej idealnej melodii, progresji akordów i tak dalej. Mamy więc błędne koło. Niezależnie od tego jak bardzo skomplikowana jest Twoja muzyka i gatunek, naucz się grać, bądź muzykiem, nie maszyną, to zdecydowanie poprawi jakość Twoich utworów.

    – Zainwestuj w interfejs, zainwestuj w mikrofon i nagrywaj jak najwięcej. Niezależnie od tego w jaki gatunek muzyki celujesz, przy pomocy mikrofonu wzbogacisz swoje ścieżki o unikalny charakter. Zaczynając choćby od prostych perkusjonaliów jak shaker czy tamburyn, które zabrzmią o wiele lepiej niż proste sample, a kończąc na instrumentach i ciekawym sound designu. zwykły flet prosty, szkolny, po odpowiedniej obróbce tworzy coś niesamowitego, coś czego w multisamplach nie znajdziecie, chyba że zostaną nagrane pod odpowiednim kątem.

    – Daj sobie spokój z pirackim oprogramowaniem. Pomijając już prawo i szacunek do deweloperów, to największą krzywdę można zrobić sobie tylko samemu. Nie znając wartości tego co mamy nigdy nie nauczymy się w pełni doceniać tego możliwości. Każdy może powiedzieć, że akurat on postąpi inaczej, ściągnie tylko trochę i przyłoży się do nauki. Znowu, to tak nie działa, gdyby psychika ludzka była taka prosta, to każdy mógłby osiągnąć co chce, nie było by uzależnień. Znam trochę osób które postąpiły podobnie do mnie i wyraźnie słychać że ich produkcje są o wiele lepsze od osób które sklejają presety z Massivów, Sylenthów, Nexusów i Serumów potraktowanych pluginami Waves i Ozonem na masterze. Nie tędy droga, naprawdę.

    • Goodwilly

      Wiele celnych uwag i spostrzeżeń, wiele cennych rad i wskazówek, a co najważniejsze to wszystko jest prawdziwe 🙂
      Pozwolę sobie uzupełnić tą fantastyczną wypowiedź o dwa elementy:
      1. Każdy z nas jest inny i potrzebuje innego systemu motywacji, by był on skuteczny, jednak to my, twórcy musimy być przekonani do tego, że chcemy dokładnie tego, co robimy – bez tego ani rusz!
      2. Świat twórczości artystycznej jest bardzo różnorodny i na tym polega jego wielkość i wcale nie musi być tak, że coś co nam się nie podoba jest kiepskie i nie spodoba się innym, jednak … to my jesteśmy najważniejszym i ostatecznym cenzorem naszych wytworów i to nasze wrażenie jest w tej całej “zabawie” najważniejsze! A komercja i sukces komercyjny … jest następstwem samodoskonalenia i oryginalnego sposobu widzenia i przekazu 🙂
      Pozdrawiam

    • W pełni się zgadzam, każdy musi znaleźć to co go najbardziej interesuje. 🙂

      Tak czytam teraz na spokojnie inne komentarze i naprawdę każdy ma ciekawą drogę przez jaką musiał przejść, każdy ma coś ciekawego do dodania w temacie. 🙂

  10. Ja przy okazji chciałbym się poradzić.
    Stoję przed wyborem kierunku studiów. W Krakowie na AGH jest kierunek “Inżynieria akustyczna”.
    Chciałbym wiedzieć czy jest sens pakować się w ten kierunek, poznać opinie, i z czym to się będzie wiązało oraz jakie korzyści mogę wynieść.
    Dodam że dla kierunku jest możliwe wybranie specjalności np: M (Inżynieria dźwięku w mediach i kulturze)
    Link do programu zajęć 2015/2016: http://syllabuskrk.agh.edu.pl/2015-2016/pl/magnesite/study_plans/stacjonarne-inzynieria-akustyczna

    Może ktoś miałby jakieś inne propozycje? Ogólnie rzecz biorąc zależy mi na czymś związanym z realizacją dźwięku. Przy czym nie mam żadnych praktycznych umiejętności gry na instrumencie, dlatego też sporo uczelni odpada na początku.
    Także dobrych ludzi proszę o pomoc 🙂
    Pozdrawiam

    • Najlepszą rzeczą byłoby podpytanie kilku osób tam studiujących, bo nie ma nic lepszego jak opinia z pierwszej ręki. Patrząc na syllabus można jednak odnieść wrażenie, że jest tam masa teorii, która prawdopodobnie Ci się nie przyda, choć zależy, jaki konkretnie kierunek chciałbyś obrać, co chciałbyś po tym robić, etc. Jeśli jednak mówimy o przypadku, gdzie zamierzasz na przykład w domu sobie produkować muzykę, to raczej proponowałbym zrobić jakieś nakierowane kursy, a nie tłuc się kilka lat przez matematykę, fizykę, programowanie i inne tego typu rzeczy. Zaznaczam, że jest to tylko moje zdanie i nie wiem, jaki masz później plan. Co nieco też pisałem o tym temacie w dziale F.A.Q. Zajrzyj tutaj.

    • Informacje z pierwszej ręki potwierdziły twoją opinię Igorze. Dla samego nagrywania, pracy w mediach itp. nie ma sensu tłuc specjalności M. Przy czym żeby coś z tego mieć trzeba poświęcić 5 lat(I i II stopień). Bo może się okazać że konsolę/studio nagraniowe mogę zobaczyć dopiero na 3 roku. Lepsze kursy bo mniej czasochłonne.
      Przy czym student AGH polecał raczej specjalność D(Drgania i Hałas w Technice i Środowisku). Ale to już zupełnie inna sprawa.

      Jedno mnie tylko jeszcze zastanawia. Czy kursy w tym kierunku, i godziny praktyk będą coś warte dla pracodawców. Czy na rynku mniej ważny jest papierek i tytuł naukowy? Chodzi o to co warunkuje przyjęcie do pracy np: w lokalnym radiu, teatrze, mediach, klubie na jakieś stanowisko związane z realizacją dźwięku.

    • To pewnie zależy od pracodawcy, ale dokładnie Ci nie powiem, bo się nigdy o etat w studiu nie ubiegałem. A liczyć się na pewno będzie Twoje portfolio i to, co umiesz zrobić. Papierek o niczym nie decyduje. A dodając do tego polskie realia i raczej zamknięte środowisko, to pewnie jeszcze dochodzą znajomości. Natomiast jeśli będziesz miał na koncie jakieś dokonania (zdobyte drogą freelancerską), znajmość softu i sprzętu oraz jesteś pozytywnym człowiekiem, to na pewno będą to spore atuty. Oraz, najzwyczajniej w świecie – trzeba mieć też farta 😉

    • Dzięki za rady. Taka inna perspektywa się przyda, bo naprawdę naprowadza na pewniejsze tory.

Zostaw komentarz