Tworzenie Utworów Metodą IMM, Cz. 12

Niniejszy artykuł zamyka długi cykl o tworzeniu utworów metodą IMM.

Zapoznamy się dziś z kilkoma wskazówkami i sposobami, które pozwolą Wam na zrealizowanie planu dokończenia swoich muzycznych pomysłów i nie zatracenia przy tym zdrowego rozsądku.

Sam fakt “polerowania” rozpoczętych kompozycji może bowiem czasem przyprawiać o ból głowy, dlatego postaram się Wam pokazać kilka ważnych aspektów, które powinny ten proces ułatwić i pomóc w osiągnięciu celu.

Pakty i Zobowiązania

Nie od dziś wiadomo, że człowiek ma większą motywację, jak gonią go terminy… Niektórzy jednak twierdzą, że jest wręcz odwrotnie – pełen relaks i zero ciśnienia powoduje bezstresowe i łatwe dokończenie zadania. Mhm… Ja raczej należę do tej pierwszej grupy osób, bo wiem po sobie, że jak mam więcej czasu, to z reguły go marnuję (myśląc: “przecież jeszcze spokojnie zdążę”), a potem pędzę ze wszystkim na ostatnią chwilę. Tak już mam.

Dlatego znacznie lepiej jest po prostu wyznaczyć sobie jakiś rozsądny termin (ale naprawdę rozsądny – nie za długi, nie za krótki) i po prostu się go trzymać. Jak politycy koryta.

Jak więc ma się to do kwestii dokańczania utworów stworzonych za pomocą gier IMM?

Autorzy książki, do której od początku tej serii wpisów nawiązuję, proponują zawrzeć Pakt z innym uczestnikiem (bądź uczestnikami) gry. Coś w stylu – zobowiązujemy się, że w ciągu (tutaj wstawiamy widełki czasowe) ukończymy pracę nad 12 piosenkami, które stworzą pełny album. Jeśli wszyscy się zastosują i zrealizują założenia to w niedługim i w miarę jednolitym terminie każdy będzie dysponował gotowym, dopracowanym albumem czekającym na ujrzenie światła dziennego.

Bez takiego paktu może być nieco trudniej, bo zawsze znajdziemy jakieś wymówki, czymś się wykręcimy, itd. Jeśli jednak będziemy mieli sprecyzowany czas i mądrze go rozplanujemy (np. “kończymy jeden utwór w ciągu 3 dni” albo “piszemy refreny do wszystkich piosenek w ciągu tygodnia”) i będziemy konsekwentnie wypełniać zadanie po zadaniu, to bez problemu osiągniemy cel w wyznaczonym terminie.

Dodatkowo, jeśli oczywiście chcemy, możemy użyć zawsze sprawdzającego się środka motywującego – zrobić zakłady i ten, kto wyrobi się najszybciej zgarnie całą pulę czy jaki tam podział sobie ustalimy.

Perfekcjonizm nie zawsze jest chorobą…

Grając w 20 w 12 czy inną grę w ramach IMM (lub nawet tylko czytając te artykuły) będziemy w pełni świadomi faktu, że perfekcjonizm nie jest naszym sprzymierzeńcem. Ba, to wróg największy! Nie dopieszczamy każdej partii, nie powtarzamy do upadłego aż zabrzmi idealnie, nie marnujemy czasu na tego typu rzeczy, tylko przemy jak najszybciej, żeby mieć możliwie najwięcej zarejestrowanych piosenek. Taki jest zamysł tej gry, więc nie miejmy z tego powodu kompleksów.

Natomiast zdarzają się przypadki (czy może raczej gatunki), gdzie absolutnie każdy element jest doszlifowany do absurdalnej perfekcji – czy to czasowej, czy tonacyjnej, czy jakiejkolwiek innej (głównie w muzyce elektronicznej).

Jeśli więc uznamy, że dany utwór (czy utwory) wymagają przesadnego ich wyidealizowania, to poświęćmy dzień czy dwa na to, aby pozwolić sobie na odrobinę pedantyzmu. Choćby miało to być równanie punktualności jakiejś ścieżki co do sampla, czy strojenie każdego dźwięku (łącznie z wdechami) wyśpiewanego przez wokalistę, robienie siedemnastego miksu czy cokolwiek uznamy za konieczne – zanurzmy się w morzu perfekcjonizmu i pozwólmy przesadnemu idealizmowi wyjść ten jeden raz na powierzchnię.

Szczególnie jeśli znamy samych siebie i mamy do takich zachowań skłonności. Nie ma sensu tego w sobie tłamsić – skorzysta na tym zarówno nasz utwór, jak i nasze zdrowie psychiczne.

Niektóre piosenki mogą wcale nie wymagać żadnych szlifów

Jeśli w miarę przyłożyliśmy się na samym początku do przyzwoitego wykonania i nagrania trzymającego jakieś standardy, to może się okazać, że taka “zimna”, nieprzemielona przez tysiące studyjnych procesorów piosenka, naturalna i surowa w swojej formie, zabrzmi o niebo lepiej, niż jak byśmy ją na nowo rejestrowali w dużym studiu (czy nawet w naszym domowym – tyle, że od zera i na nowo).

Nie chodzi tu oczywiście o stronę techniczną, rozdzielczości, jakieś zapasy dynamiki i inne nieistotne dla ducha muzyki elementy. Cały szkopuł tkwi w tym, że nawet jeśli nasze nagranie lekko odbiega od najwyższych obecnie standardów i nie jest wypolerowane milionem dolarów, to nadal klimat, atmosfera i vibe takiej piosenki będą przewyższały wartością artystyczną “idealne”, acz pozbawione zupełnie ducha nagranie w profesjonalnym studiu.

Bo tutaj muzyka się liczy przede wszystkim, a nie jakieś drogie klocki. Oczywiście idealnie by było, gdyby zachowano zarówno świetne wibracje, jak i powalające brzmienie, ale czasem ludzie będą po prostu woleli słuchać kipiącej emocjami wersji demo czy zapisu z koncertu niż wypolerowanego do granic absurdu nagrania ze studia. Nic na to nie poradzimy, tak po prostu już jest, co tylko pokazuje jak różnie potrafią się rozkładać proporcje pomiędzy aspektami estetycznymi i technicznymi.

Dlatego też nie popadajcie w skrajności i nie dajcie sobie wmówić, że nagrania w ramach IMM nie mają szans konkurować z komercyjnymi wydawnictwami. Jeśli utwór jest naprawdę dobry, to mało istotne czy brzmi jak ze skazą czy bez. Serio. Ludzie i tak będą chcieli go słuchać.

Improwizacja wiecznie żywa

Dodatkowym argumentem przemawiającym za odpowiednim klimatem czy “duchem utworu” jest fakt, iż nieplanowane i spontaniczne dźwięki (zamiast tych skrupulatnie wymyślanych) bywają często nie do podrobienia w “normalnej” sesji. Nie jeden świetny utwór powstał z takiego niezaplanowanego, przypadkowego grania. Mało tego, nie raz taka improwizacja lub jej fragmenty skończyły jako ostateczna, oficjalna i finalna wersja danej piosenki.

Wszystko kwestia odpowiedniej atmosfery i odpowiedniej chwili – te dwa elementy często sprawiają, że tego, co wyszło spod palców muzyków, po prostu nie da się już później sztucznie wytworzyć, niezależnie od tego jak bardzo byśmy sie starali i po jakie sztuczki sięgali.

Tutaj też tkwi spora siła IMM, ponieważ grając chociażby w 20 w 12 sami prowokujemy powstawanie takich momentów, do których prawdopodobnie byśmy nie doszli pracując w “przyjęty” czy dokładny, wolny, spokojny i zaplanowany sposób.

Podsumowanie

Perfekcjonizm czy rebelia? Pęd czy spokój? Improwizacja czy planowanie? Terminy czy laba? Ilość czy jakość? Te i dziesiątki innych pytań moglibyśmy sobie zadawać roztrząsając kwestie i metody tworzenia utworów, po jakie możemy sięgać.

W tej sadze o metodzie IMM przedstawiłem Wam raptem jeden punkt widzenia, jeden sposób czy jedną kategorię myślenia o pisaniu piosenek. Jest ona oczywiście kroplą w morzu dostępnych sposobów, ale wydaje mi się, że stanowi ona jednocześnie ciekawą odskocznię dla bardziej popularnych i znanych metod.

Mam nadzieję, że każdy z Was choć raz podejmie się którejś z gier zawartych w ramach tego przedsięwzięcia (poleca się na start 20 w 12), a jestem prawie pewny, że po pierwszym razie podejmiecie się wyzwania po raz kolejny, bo to bardzo wciąga.

Z każdą kolejną sesją, poza nabraniem pewności siebie, będziecie mieli coraz więcej materiału, z którego mogą (i zapewne powstaną) gotowe piosenki – a o to przecież w tym wszystkim chodzi.

Zakończenie

Dziękuję wszystkim, którzy wytrwali do końca tej opowieści i życzę Wam, aby wasze sesje IMM były bardzo produktywne. A jeżeli ktoś chciałby poznać jeszcze odrobinę szczegółów dotyczących tej metody, o których nie napisałem w tym cyklu, to raz jeszcze zachęcam do przestudiowania od deski do deski książki Karla Coryata i Nicholasa Dobsona pt. The Frustrated Songwriter’s Handbook, którą poza swoimi pomysłami i doświadczeniami w odbytych sesjach IMM, traktowałem jako obowiązkową inspirację, bo to kawał dobrej lektury jest!

Do usłyszenia!

  1. Dzieki za inspirujacy cykl i super scisle tajnego maila – wstrzymywalem sie dlugo ale teraz skorzystalem i dziekuje! 🙂

Zostaw komentarz