Tworzenie Utworów Metodą IMM, Cz. 6

Kontynuujemy wątek generowania surowego materiału w grach opartych o IMM. Poprzednio skupiliśmy się na sposobach ułatwiających budowanie melodii, a dziś przyjrzymy się warstwie lirycznej w tworzeniu piosenek.

Przedstawię Wam więc kilka sztuczek na rozwinięcie skrzydeł w tej kwestii.

Niektóre z pomysłów mogą się wydawać z pozoru banalne i nieskuteczne, ale dopóki sami ich nie wdrożycie i się nie przekonacie o ich potędze, to nie macie prawa ich krytykować 🙂

W zależności od gatunku, słowa mogą mieć różną wagę dla całości utworu. W niektórych rodzajach muzycznych będą stanowiły trzon piosenki, w innych będą płynęły razem z muzyką czy równomiernie się uzupełniały, a w jeszcze innych będą tylko tłem dla instrumentów.

My natomiast nie musimy się zbytnio rozwodzić nad tym, jaką dokładnie rolę będzie pełnił tekst podczas gier IMM, najważniejsze bowiem jest to, aby słowa po prostu w naszych piosenkach były. Nieistotne jakie…

Jasne, że możemy się silić na wyszukane linijki, pięknie zbudowane frazowo konstrukcje, czy nietuzinkowe zwroty. Jeśli mamy łatwość w budowaniu tekstu, to nikt nam oczywiście tego nie zabroni, tylko pamiętajcie o niecierpliwie tykającym zegarze. W zdecydowanej większości przypadków warstwa liryczna utworów z “20 w 12” raczej będzie niższych lotów i nie ma w tym oczywiście nic złego. Jak mówię – tekst ma po prostu być. Jaki? To mniej ważne.

A na marginesie – miejcie na względzie, że skoro przy IMM nie jesteśmy ograniczani żadnymi konwenansami (dotyczy to również słów), to tak naprawdę możemy napisać słowa, których normalnie byśmy się nie odważyli, bo np. promują jakieś niepopularne wartości, nie trzymają się w ryzach politycznej poprawności czy tym podobne. Taka wolność wypowiedzi daje nam sporą możliwość na napisanie bardzo szczerego, osobistego, nawet kontrowersyjnego tekstu.

No, ale wróćmy… My dzisiaj skupimy się na tym, jak uniknąć zbędnych przystanków, “martwych punktów”, braku inspiracji do napisania słów. A poradzimy sobie z tym korzystając z kilku prostych sztuczek, które opiszę poniżej. Pamiętajmy, najważniejsze, żeby po prostu zacząć pisać, cokolwiek nam z tego wyjdzie (tak jak z warstwą muzyczną).

1. Zdjęcie/obraz/rysunek

Jest to chyba najbardziej popularna z metod dla uruchomienia naszej “maszyny do pisania”. Wybieramy jakiś interesujący obrazek (najlepiej jak jest na nim sporo szczegółów) i niejako malujemy tekst słowami w oparciu o to, co widzimy. Ba, nawet z totalnie nudnego i skromnego zdjęcia możemy przecież opisać pustkę czy coś w tym rodzaju. Dla znalezienia inspiracji warto sobie na przykład odpalić jakąś popularną stronę z galerią ciekawych zdjęć i takowymi się sugerować. Oczywiście tekst nie musi być super-dosłowny, obrazek może być tylko punktem startowym, który doprowadzi nas w zupełnie inne miejsce, niż myśleliśmy, a czasem krótkie spojrzenie na wybrane zdjęcie może nam posłużyć do stworzenia zupełnie niespodziewanej historii. Nie ma tu sztywnych zasad, chyba już do tego przywykliście, co?

2. Słownik

Chwyć z półki słownik (jakikolwiek) lub otwórz internetową jego wersję i wybierz szybko jakieś słowo. Zastanów się kilka chwil nad jego definicją i pomyśl czy dałoby się wokół niego napisać kilka linijek tekstu. Alternatywnie, stwórz z tym słowem jakiś zwrot czy hasło i już masz temat utworu. Możesz od niego zacząć, możesz go uczynić wątkiem przewodnim, może być najważniejszą linijką refrenu – pełna dowolność. Zacznij po prostu o tym pisać.

Mi kiedyś padło na hasło “skup”. Od razu pomyślałem o skupie złomu, bo takowy znajdował się na krańcu mojego osiedla. Automatycznie przyszli mi do głowy ci biedni “złomiarze”, którzy całymi dniami przeczesują okoliczne parki, uliczki, alejki czy inne zaułki w poszukiwaniu drogocennych, aluminiowych puszek i tym podobnych skarbów, aby potem je zanieść do skupu i wymienić na trochę grosza. Skojarzyłem to z biedą, ubóstwem, smutkiem i niesprawiedliwością świata, a tekst napisał się w sumie sam w ciągu dwóch minut… Nie było to może dzieło na miarę poetów z okresu międzywojnia, ale tekst był i tylko to się liczyło.

Oczywiście każdy będzie miał zupełnie inne skojarzenia, skróty myślowe, proces decyzyjny – to zrozumiałe. Ale to tylko dodaje piękna tej banalnej metodzie.

3. Notatki

Jeszcze w odniesieniu do poprzedniego punktu – pamiętacie jak wcześniej pisałem o tym, aby zawsze zapisywać (nieważne w jakim formacie) jakieś ciekawe zdania czy frazy, które usłyszycie na ulicy, w poczekalni u lekarza, złote myśli lokalnych mędrców spod sklepu czy walące po oczach hasła z wyborczych billboardów? Teraz jest dobry moment, aby z nich skorzystać – wyciągamy nasze zapiski i znów budujemy jakąś historyjkę w oparciu o te skrzętnie zanotowane zwroty.

4. Przypadkowe zdanie z książki

Znów trochę podobne do metody ze słownikiem, ale z małym haczykiem i zadziorem. Łapiemy z półki dowolną książkę, otwieramy na przypadkowej stronie i śpiewamy głośno pierwsze lepsze zdanie (najlepiej, żeby nie było zbyt długie i wielokrotnie złożone, ale nie ma oczywiście zakazu takowego użyć). Melodię, rzecz jasna, wymyślamy absolutnie dowolną w dwie sekundy.

Załóżmy więc, że trafiliśmy na takie zdanie:

Konrad odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi“.

I od razu możemy dopisać coś w stylu:

Wiedział co się działo będzie, nie chciał z nosa stracić znowu krwi“.

Czy cokolwiek innego nam ślina na język przyniesie. I tak zdanie po zdaniu budujemy jakąś wyimaginowaną historyjkę, a tekst szybko się wydłuża. Kupa dobrej zabawy i… analizy własnych, porytych myśli, przy okazji 😉

5. “Strumień świadomości”

A skoro już doszliśmy do zaglądania w środek własnej czaszki, proponuję wyłączyć wszelkie hamulce i spróbować tej właśnie metody pisania. Sam James Joyce korzystał z niej w dużej mierze pisząc “Ulissesa” czy “Dublińczyków“. Zainteresowanych zgłębieniem tej sztuki odsyłam do głębszego zbadania sprawy na własną rękę (bo to mega-ciekawa rzecz jest).

Natomiast nam wystarczy wiedzieć, że aby skorzystać z tej metody i dopasować ją do naszych potrzeb musimy wziąć arkusz papieru (najlepiej A4) i zacząć jednym ciągiem zapisywać wszystko, co nam przyjdzie do głowy, co zobaczymy przed oczami, czyli widoki w głowie, zwroty, zdania, hasła, wyrazy, skojarzenia, wspomnienia czy nawet onomatopeję. Wyjdzie nam z tego oczywiście totalny chaos, ale nie szkodzi. W sumie o to chodzi.

Co jakiś czas, powiedzmy co kilka linijek, rzucamy okiem na to co mamy i sprawdzamy czy gdzieś nie pojawiło się coś wyjątkowego – po pierwsze od strony lirycznej, a po drugie muzycznej (np. jakaś fraza sugerująca konkretny podział, metrum czy tempo). Jeśli tak – nagrywamy czym prędzej taki fragment i możemy albo budować wokół niego resztę tekstu “normalnie” (cokolwiek to znaczy), albo możemy powrócić do “strumienia” i wygenerować nieco więcej surowego materiału (co może się również przydać do tekstów kolejnych piosenek).

6. Skojarzenia

Zapewne większość z Was grała w dzieciństwie z kolegą czy siostrą w grę skojarzeń (grać można było oczywiście w większej grupie). Polegało to na tym, że jedna osoba podawała jakiś wyraz, a druga odpowiadała pierwszym słowem, jakie przyszło jej na myśl i teraz pierwsza (lub kolejna) osoba musiała powiedzieć następne słowo jakie kojarzyło jej się z poprzednim i tak dalej. Powstawał w ten sposób długi ciąg ciekawych wyrazów mających ze sobą tajemniczą więź 😉 Podczas sesji IMM możemy oczywiście na chwilę “pożyczyć” kogoś z zewnątrz do tej zabawy lub zagrać kilka chwil ze samym sobą – ważne, żeby skończyć przynajmniej z kilkunastoma połączonymi ze sobą słowami.

Był jeszcze inny wariant tej zabawy i polegał na tym, że zamiast skojarzeń, każde kolejne słowo musiało się po prostu zaczynać na tę samą literę, co kończyło się poprzednio (np. koccerata-atramenttraktorrobak… i tak bez końca). Moim zdaniem wariant pierwszy jest tu jednak znacznie ciekawszy, ale jak ktoś woli, może oczywiście sobie pograć ze sobą w dowolną odmianę tej zabawy.

Jak już stworzymy taki ciąg, patrzymy nań i sprawdzamy, czy jakieś 2-3 słowa są w stanie wywołać u nas powstanie jakiegoś ciągu zdarzeń czy nastrój bądź interesujące miejsce – i wcale nie muszą to być słowa, które stały w oryginalnym ciągu obok siebie (choć mogą).

Załóżmy, że z naszego długiego ciągu wyłowiliśmy coś takiego:

rower-liście-kolana (oczywiście wybrałem je z premedytacją…)

Komuś innemu mogą one niczego nie przypominać, a u mnie wywołują naprzemiennie śmiech i ból. Pozwolę sobie w tym miejscu na małą dygresję…

Pamiętam jak dziś, gdy jako niespełna dziesięciolatek bawiłem się z kumplem w “Granicę”. Zabawa polegała na tym, że jeden z nas jeździł wokół parkingu przed blokiem na rowerze (bo był tylko jeden rower na nas dwóch), a drugi robił za strażnika granicznego na węższym odcinku trasy. Sama granica oznaczona była grubą białą kreską namalowaną w poprzek trasy za pomocą “kredy”, czyli takiej białej cegły, co ją było trzeba najpierw rozłupać o beton na mniejsze kawałki i w 9 na 10 przypadków dostawało się odłamkiem w oko, więc z czasem opanowaliśmy technikę rzutu w ziemię z piruetem… Jako dokumentów używaliśmy dużych liści z okolicznych kasztanowców i to w zasadzie tyle. Cel zabawy – zrobić kółko wokół parkingu, podjechać do granicy, następnie “Papieren, bitte”, kontrola pojazdu, kilka nieufnych spojrzeń i jazda w drugie kółko. Potem zmiana ról.

Ale zanim się na dobre rozkręciliśmy wpadłem na genialny pomysł… co by zabawę nieco ubarwić. W tym celu postanowiłem zrobić małą samowolkę, czyli udawać, że spokojnie podjeżdżam pod granicę, po czym zmieniłem przerzutkę “na cięższą” (niemiecki rower z przerzutkami to był), z całej siły dodałem gazu i już oczyma wyobraźni widziałem się po drugiej stronie Odry. Mój kumpel mnie niestety tam nie widział. Gdy mijałem go z prędkością co najmniej dźwięku, chwycił mnie za ramię i mocno pociągnął – tak bardzo przywiązał się do swojej roli strażnika… I choć koniec końców znalazłem się za tą upragnioną linią, to niestety na glebie. Zostawiłem za sobą na asfalcie czerwone linie krwi ze startych kolan, łokci i brody, a asfalt zostawił we mnie na długie lata małe czarne kamyczki. Rower natomiast wykonując kilka esów-floresów odbił się od pobliskiego kasztanowca po czym o mało się na głowę nie spadł zdezorientowanemu “strażnikowi”. Mama zabroniła mi się potem z nim bawić przez tydzień, bo nie dość, że przez niego wpadłem do domu z dziką rozpaczą, to jeszcze naznaczyłem swą czerwoną wydzieliną świeżo umytą podłogę.

Taką więc historię można by spokojnie w piosence opisać po tych trzech słowach-wytrychach. Koniec dygresji.

7. Powiedz, co Ci jest…

To jedna z moich ulubionych metod grania na zasadach IMM. W trakcie, nie oszukujmy się, męczącej sesji “20 w 12”, nie raz zabraknie nam siły (oraz czasu) na wydobycie z siebie skomplikowanych słów, wyszukanych zwrotów. Wtedy po prostu “wykrzyczmy” co nam dolega. Możemy zrobić tekst o tym:

  • Jak się czujemy?
  • Czy któraś część ciała nas boli?
  • Gdzie jesteśmy?
  • Co robimy?
  • Co jest wokół nas?
  • Że strasznie się męczymy ze słowami do tego utworu
  • Że ten utwór nie zasługuje na tekst
  • Że jesteśmy wyczerpani, bo to już czternasta piosenka
  • Że nie możemy sobie zrobić naszej ulubionej popołudniowej drzemki
  • Że właśnie gramy w 20 w 12

Zobaczmy dokąd nas to zaprowadzi, bo o tych wszystkich rzeczach można zrobić utwór. Na przykład stwierdzamy, że boli nas ząb. Ale nie dlatego, że mamy ubytek. Może ostatnia impreza sylwestrowa zakończyła się festiwalem mordobicia, w którym przypadkiem wzięliśmy udział? Świetny temat na tekst o różnicy poglądów czy rodzinnych niesnaskach. Albo coś w stylu “Lampa ma już dość, patrzy się na mnie odkąd tu siedzę, a mnie wciąż boli ząb”. Naprawdę – wszystkie chwyty dozwolone.

Jak sami widzicie, za inspirację do tekstu może nam posłużyć tutaj cokolwiek, najważniejsze jest bowiem to, aby mieć jakikolwiek tekst, który da się zaśpiewać, zanucić czy zarapować do ułożonej wcześniej muzyki. Tekst właściwy zawsze można później już na spokojnie dopisać, dopracować, zmienić po sesji.

Pewnie już o tym kiedyś pisałem, ale utwór “Yesterday” grupy The Beatles pierwotnie nazywał się “Scrambled Eggs” (czyli jajecznica). Myślę, że podczas pisania tekstu McCartney miał niezłe spazmy ze śmiechu, ale chodziło przecież tylko o to, żeby mieć jakieś wstępne słowa z melodią spoczywające na pierzynce muzyki. Jak wiemy z historii (nie tylko tej brytyjskiej, ale i polskiej), kawałek o jajecznicy, to niestety nie jest najlepszy pomysł na komercyjny sukces, ale jak widać po odpowiedniej obróbce można go było zamienić na jeden z najbardziej rozpoznawanych hitów czwórki z Liverpoolu.


W kolejnym wpisie zaprezentuję Wam kilka pomysłów na to, jakiego rodzaju tematy czy motywy przewodnie możemy przyjmować dla gry 20 w 12, aby jeszcze bardziej ten temat ubarwić.

  1. Drogi Panie Igorze, Koledzy i Koleżanki 🙂
    Kurcze. Tu się wydarzyła mała tragedia 🙂 Proszę o pomoc.
    Długo i pilnie przygotowywałem się do 20w12. Stworzyłem sobie piękny szablon w DAW, z całym routingiem inputs/outputs/sends, oraz z umieszczonymi na slotach najczęściej używanymi wtyczkami.
    Czekałem z ogromnym podekscytowaniem na ten dzień. I co?!!!
    12 godzin wydłużyło mi się do 16 godzin (z dwoma półgodzinnymi przerwami). I UWAGA: nagrałem JEDEN kawałek, trwający 1 minutę i 20 sekund, z tekstem o tym, że wieje wiatr, na dodatek z niedokończonym wokalem. 🙂

    Ale to nie problem z weną, bo ten fragment wymyśliłem w 2 minuty. Potem z półtorej godzinki grzebałem się z dokomponowaniem jakichś fajnych ścieżek syntezatorów, brzmień, bas. No i kawałek tak mi się spodobał, że zacząłem się w nim grzebać tak przez 16 godzin, ogólnie: aranż, edycja, poprawki, mix, itp.

    Coś było silniejsze ode mnie. Wciąż jakaś psychologiczna blokada, pomimo tego, że wszystko miałem przygotowane pod ten dzień, problemów z weną raczej nie mam. Po prostu pieprzone, cholerne uzależnienie od kręcenia tymi wszystkimi pokrętłami w DAW i pluginach, no i najgorsze: WIECZNE NIEZADOWOLENIE Z BRZMIENIA, ciągłe porównywanie z innymi kawałkami znanych zespołów, i niekończące się poprawianie.

    Za tydzień, będę miał szanse ponownie stanąć do 20w12 (potem już długo nie będę miał możliwości). Czy dacie biednemu misiowi jakieś porady, aby tym razem nie poległ? Bo się naprawdę załamię 🙂

    • Tu chyba nawet nie chodzi o blokadę, tylko jakąś utratę rachuby, pogrążenie się, odpłynięcie w jakiejś malignie. Najlepiej o tym świadczy, że z 12 godzin zrobiło się 16, oraz to, że pomimo małego śniadanka, o jedzeniu i siusiu przypomniałem sobie dopiero po jakichś 9 godzinach. I zawsze tak mam kiedy przysiądę do tego okropnego miksowania.
      Kiedyś tak miałem gdy grałem na gitarze, to było jeszcze do zaakceptowania, bo coś się grało, fajnie było. A teraz czasami się tak zapętlę, że słucham jednego dźwięku bębna przez 20 minut. Doskonale wiem, że to bez sensu, ale to silniejsze ode mnie. Potem jest gówniane uczucie zmarnowania czasu. A miało być tak pięknie.

    • Mogę dać Ci tylko jedną wskazówkę – trzymaj się zasad gry, bo inaczej zmarnujesz kolejną sesję. Sam widzisz, że dopieszczanie jednej piosenki mija się z celem, a na koniec dnia i tak nie jesteś zadowolony – zarówno z brzmienia, jak i z przebiegu dnia. To, co zrobiłeś w te dwie pierwsze minuty, jest esencją tej gry. Powinieneś dorobić ewentualnie kilka dodatkowych ścieżek (pal licho brzmienie) i ruszyć z następnymi utworami. A dopieszczanie i grzebanie możesz zostawić na inną okazję. Masz przede wszystkim wyrzucić z siebie jak najwięcej pomysłów na różne piosenki, a nie się mazać z jedną. Przy nastepnej sesji przypomnij sobie, jak to grzebanie się skończyło – od razu ruszysz do przodu.

Zostaw komentarz