Tworzenie Utworów Metodą IMM, Cz. 4

Po czarno-piątkowym szaleństwie promocyjnym i rozlosowaniu nagród przyszedł czas powrócić do ostatnio poruszanego tematu, czyli tworzenia utworów za pomocą IMM.

W poprzednich częściach podzieliłem się z Wami ogólnymi zasadami i opisem całej metody, a teraz zajmiemy się kilkoma technikami na przyspieszenie naszych sesji IMM oraz poznamy kilka trików zapobiegających utknięciu podczas tworzenia.

Zanim jednak to uczynimy, pozwólcie, że dorzucę kilka luźnych, acz bardzo ważnych myśli, które powinny ugruntować Was w przekonaniu, że naprawdę warto czasem z tej metody skorzystać.

Zero Konsekwencji, Wymagań i Nadmiernych Oczekiwań

Jeśli uczestniczymy w grze 20 w 12 z jednym czy kilkoma “przeciwnikami” (w Loży), to absolutnie nieistotne jest to, kto tę batalię “wygra”. Zwycięzcą tak naprawdę jest każdy, kto podjął trud uczestniczenia w grze, bo stawką jest przede wszystkim dobra zabawa i masa wytworzonego kontentu muzycznego.

Nie ponosimy żadnej odpowiedzialności za to, jaki kształt mają nasze utwory czy jakie jest ich brzmienie. Pamiętajmy, że celem jest wytworzyć jak najwięcej piosenek, a nie dopieszczać brzmieniowo jeden czy dwa utwory. Z tego względu możemy sobie pozwalać w zasadzie na wszystko. Taka wolność umysłu i świadomość braku konsekwencji ma niesamowitą siłę wyzwalania nietuzinkowych pomysłów, na jakich realizację nie mielibyśmy szans w “normalnych” warunkach.

Nie jest to klasówka, kolokwium, matura czy inny egzamin, który będzie poddany ocenie surowych władz. Nie startujemy w żadnym oficjalnym konkursie, nie wystawiamy się na ocenę internetowych sępów. Jeśli wiemy, że nic nam nie grozi, nie sparzymy się, nie zostaniemy ośmieszeni, skarceni czy poniżeni lub wyrzuceni za drzwi, to w naszych głowach zrodzi się tak niespotykana wolność, że bez problemu będziemy produkować utwory taśmowo, bez względu na to, jak będą one finalnie wyglądały i brzmiały!

Oczywiście nie oznacza to, że gra w 20 w 12 (czy jakakolwiek inna oparta na IMM) nie powoduje żadnej presji – wręcz przeciwnie. I choć potrafi być ona nie do zniesienia (tykający zegar i obrany cel), to jest to zupełnie inny rodzaj presji – pozytywnej, rzekłbym. Szczególnie, jeśli jesteśmy bardzo mocno zmotywowani, aby nasz cel osiągnąć. To tzw. zdrowa rywalizacja, której uczono nas już od czasów szkoły podstawowej na lekcjach WF-u. Tak właśnie należy do tego podchodzić.

Przekraczanie Norm

Podczas nauki pisania, aranżowania i nagrywania muzyki często radzi się analizowanie “dobrze” zrobionych piosenek przez znanych artystów. I oczywiście nie ma w tym nic złego, bo jest to niewątpliwie dobra szkoła. Aczkolwiek, jak już zdążyliście zauważyć, IMM rządzi się nieco innymi prawami i tutaj sporo rzeczy jest na odwrót.

Zauważcie, jak te porządne, komercyjne kawałki mają balans w zasadzie w każdym aspekcie – czy jest to instrumentarium, czy “grzeczna” i sensowna budowa utworu, jasny przekaz emocjonalny, okiełznana dynamika, klarowny rozkład pasm czy obraz stereo i setki tego typu parametrów, które w sporym stopniu decydują o sukcesie jakiegoś kawałka (pomijamy oczywiście aspekt wykonawczy).

Natomiast my w IMM mamy prawo totalnie zniszczyć te reguły, nie trzymać się jakichkolwiek konwenansów – celowo i z determinacją możemy tworzyć kompozycje, które są totalnie rozchełstane dynamicznie, reprezentują sporo niespójności, braku harmonii, przekazują za mało/za dużo emocji (można, można…), grają w ekstremalnie wolnym tempie, brzmią przesadnie infantylnie lub turbo-poważnie i tak dalej…

Naprawdę nic nas tu nie powstrzymuje. Nic. Absolutnie nic!

Kiedy Utwór Jest Gotowy?

Choć bardzo mocno chciałbym podać Wam jakąś definitywną odpowiedź na to pytanie, to niestety nie jestem w stanie, bo takowa po prostu nie istnieje. Raz, że przecież nie obowiązują nas żadne zasady (jak w punkcie wyżej), a dwa – wszystko może być piosenką (gotową).

Nawet kilkusekundowe odbicie po łyku zbyt mocno nagazowanej wody z dodaną na to automatyką filtrów i przesterem może stanowić utwór… Czy niech to będzie stukające o podłogę krzesło, które zsamplowaliśmy jako bazę do ułożenia patterny rytmicznej i dograliśmy swoje pojękiwania i krzyki podczas “bawienia się” paralizatorem – to też może się kwalifikować do piosenki.

Równie dobrze, możemy zasiąść do napisania siedmiominutowej etiudy z towarzyszeniem każdego instrumentu smyczkowego znanego człowiekowi i nagrać pięć różnych sekcji z pięknymi pochodami. Czemu nie? Ale prawda jest taka, że zwykle (poza tymi kilkoma odchyłami) będziemy produkować coś “pomiędzy”. Czyli nawet z naszej pełnej chaosu i krwawej walki w IMM skończymy w większości z czymś w miarę sensownym, co potem będzie można rozwinąć i rozbudować do pełnoprawnego utworu. Ważne, żebyśmy stworzyli “coś”, co da nam podstawy do dalszej pracy. A czasem okaże się też, że po spokojnym przesłuchaniu naszego rękodzieła niewiele trzeba będzie zmieniać czy dodawać.

Chciałbym, abyście mieli te informacje zawarte powyżej zawsze na względzie, żebyście nie katowali się perspektywą bycia ocenianym i krytykowanym. Abyście nie mieli oporów w przekraczaniu przyjętych standardów i żebyście dali sobie wolność do tego, aby móc każdy (nawet najbardziej zuchwały) pomysł nazwać utworem.

A teraz przejdźmy do kilku sztuczek, które pozwolą nam na szybszą i skuteczniejszą pracę i dzięki którym nigdy nie utkniemy bez pomysłu na to “co dalej?”, czyli czas na prawdziwe mięso tworzenia według IMM.

Istnieją 3 podstawowe narzędzia, jakich proponuję używać podczas (a nawet poza) sesją IMM. Są to tzw. Start Pad, Start Deck i Stuck Deck. Przyjrzymy im się teraz po krótce:

Start Pad

Jest to nic innego jak notatnik, powiedzmy “brudnopis”, który zawsze mamy przy sobie, ale może to być równie dobrze aplikacja w telefonie – forma nie jest tu istotna, liczy się przeznaczenie tegoż narzędzia. W tym notatniku będziemy zapisywać pomysły na piosenki, bo te, jak wiemy potrafią do nas przyjść nawet w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Jeśli zdarzy nam się podłapać na przystanku jakąś rozmowę, w której pada słowo bądź fraza-klucz, to wyciągamy kajecik i zapisujemy – to może później stanowić bazę nowej piosenki (czy słów do niej). Możemy tu również zapisywać inne rzeczy, typu nietypowy podział bądź niecodzienne brzmienie czy układ kawałka, może jakiś synkopowy rytm – tego typu rzeczy.

Później, podczas sesji, wyciągamy nasze notatki przed siebie i mamy jak na tacy setki świeżych pomysłów spisanych przez ostatnie tygodnie. Dzięki temu możemy od razu zacząć tworzyć.

Start Deck

To coś w rodzaju talii kart, którą robimy sobie sami i z biegiem czasu będziemy ją uzupełniać o kolejne sztuki, kolejne pomysły. Ja przed swoją pierwszą sesją zebrałem trochę notatek i wyciąłem z kartonu kilkanaście takich kart (wielkości standardowych kart do gier) i na każdej karcie wypisałem jeden pomysł, jedną wytyczną, której miałem absolutny nakaz się trzymać. W ekstremalnych przypadkach dopuszczane jest ponowne wylosowanie karty, ale raczej radzę tego unikać i podążać za tym, co wylosowaliśmy za pierwszym razem.

No dobrze, ale co ma się znajdować na tych kartach?

Jasno określone wytyczne, co do tego, jakiego rodzaju utwór mamy zrobić następny, na przykład:

  • napisz piosenkę na 7/8, 5/8, 3/4… (cokolwiek)
  • zrób utwór, w którym będzie się zmieniało metrum
  • rozpocznij piosenkę od partii na wirtualnym didgeridoo (mój personalny wymysł)
  • zaprzyj się i zrób piosenkę bez instrumentów perkusyjnych
  • zrób dwuminutową ścieżkę dźwiękową do filmu o hippisach
  • zrób beat w stylu New School
  • nagraj “acapellę” na 6 głosów, żadnych instrumentów!
  • jesteś w zadymionym barze w Nowym Orleanie w latach 60-tych – nagraj to, co gra jazzowe trio na zaciemnionej scenie…
  • zrób żywiołowy numer rockowy a’la T. Love i pośpiewaj o flanelowych koszulach (hicior mojego kumpla)
  • nagraj “pościelówę” w stylu Toni Braxton (tak, śpiewaj również)
  • włącz gadającą lub grającą plastikową zabawkę (kup sobie w zabawkowym albo podwędź dziecku) i użyj którejś z fraz jako podstawę do rytmu czy melodii
  • napisz balladę (koniecznie na pianino) o tęsknocie za zapachem obornika podczas wakacji u babci na wsi
  • zrób utwór country na gitarze akustycznej i dołóż w tle syntezatory z kosmosu, których pozazdrościłby sam Pan Kleks

Można tak w nieskończoność… Pomysłów na kartach powinno przybywać, bo z czasem (jeśli robimy notatki), siłą rzeczy będziemy dodawać kolejne i kolejne. Można nawet bezpośrednio czy z lekkimi modyfikacjami przepisać je z naszego brudnopisu na nowe karty. Na kartach mogą znajdować się różne pomysły – od gatunku, w jakim mamy stworzyć kolejny utwór (warto wyjść ze swojego “bezpiecznego bąbelka” i stworzyć coś w gatunku, na którym się mało co znamy – będzie kupa śmiechu), przez użycie konkretnych instrumentów, budowę utworów, barwnych opisów stanów emocjonalnych czy tematyki i konkretnych słów, aż po najdziwniejsze instrukcje w stylu “utwór zagrany na gitarze smyczkiem (prawdziwym bądź elektrycznym)” czy opis jakiejś sytuacji, obraz, wspomnienie. Jak zawsze – wszystkie chwyty dozwolone!

A wracając do ogólnego zamysłu – celem nadrzędnym jest to, aby na co dzień zapisywać sobie w notatniku/brudnopisie jakieś surowe rzeczy (zdania, pomysły, etc.), a potem skorzystać z nich (i nie tylko), aby stworzyć następne karty do talii. Kart możemy oczywiście używać wielokrotnie (bo przecież można zrobić “country-EDM na 5/4” na sto różnych sposobów), a notatek po przetransportowaniu na karty możemy się już raczej pozbywać.

Im więcej takich kart będziecie mieli, tym bardziej znikome szanse na to, że będziecie cierpieć na brak pomysłów gapiąc się w pustą sesję i nie wiedząc jak i od czego zacząć. Ręczę sobą, że jest to piekielnie dobre narzędzie!

Stuck Deck

Podobny zamysł jak talia naszych kart z pomysłami na kolejne utwory (Start Pad), ale mająca lekko inny cel. Ten zestaw tworzymy po to, aby wyjść z marazmu czy chwilowej blokady podczas tworzenia utworu, gdy nie wiemy, co dalej zrobić z istniejącym już fragmentem. Powiedzmy wtedy, gdy napisaliśmy jakąś zwrotkę i za nic w świecie nie przychodzi nam pomysł na refren.

Chwytamy wtedy za talię przewidzianą na takie sytuacje (oczywiście musimy sobie ją wcześniej stworzyć) i robimy DOKŁADNIE to, co mówi karta. I tutaj można wrzucić kolejne, szalone bądź mniej pomysły w stylu:

  • przejdź na inne metrum
  • podnieś tonację o tercję
  • zrób sekcję z samym wokalem i bębnami
  • zacznij stopniowo zmniejszać tempo, a potem wróć do poprzedniego (bądź przyspiesz)
  • jeśli grałeś pojedyncze dźwięki to przejdź na akordy (bądź na odwrót)
  • pozbądź się stopy z partii perkusyjnej
  • zrób przesadnie dużo pogłosu
  • nie zmieniając partii pianina czy innego instrumentu prowadzącego, podłóż zupełnie inną patternę rytmiczną
  • zacznij grać melodię na jednym dźwięku, zmieniaj tylko akcenty/miejsca, w których grasz

Oczywiście najlepiej, aby każdy sobie zrobił te karty samemu, według własnych upodobań i poronionej głowy 🙂 Ja celowo nie umieszczam ich tutaj za dużo, bo nie chcę nikomu narzucać tego, jak ma wyglądać jego personalny, osobisty i prywatny zestaw wskazówek. Mało tego, taka własna talia będzie też w pewnym sensie stanowiła o “Waszym brzmieniu”.

Motywacja i Wytrwałość

Na koniec tylko kilka zdań na temat nie poddawania się przeciwnościom losu… Podczas którejś z moich sesji IMM, będąc naprawdę pochłoniętym tworzeniem i na najwyższych obrotach, doświadczyłem tzw. gromu z jasnego nieba. Dosłownie. Piorun tak gruchnął, że wysiadł prąd w moim bloku (i chyba w połowie dzielnicy). Pomijając już ten fakt, że w oczach ukazała mi się perspektywa uszkodzenia i utraty sprzętu (na szczęście listwa przeciwprzepięciowa wzięła to na siebie), to oczywiście moje dalsze tworzenie zawisło na włosku.

Brak dostępu do komputera, wirtualnych instrumentów, nagrywania… Byłem mocno dobity, bo kilka miesięcy sobie planowałem ten dzień, a tu jakieś wyładowania atmosferyczne mają mi zepsuć dobrą sesję? O nie! Wszystko, ale nie to. Odruchowo sięgnąłem po telefon, uruchomiłem w nim dyktafon i nagrywanie trwało dalej. Fakt, nie to brzmienie, nagrywanie tylko jednego śladu, zero prawdziwej edycji czy pluginów – będzie musiało być bardzo surowo. I wiecie co? Zanim naprawili awarię, to ja w ciągu kilku godzin zarejestrowałem chyba z 7 pseudo-utworów, z których kilka wartych było wrzucenia później na warsztat już w “normalnej” sesji.

Reasumując – nie dajcie się temu, co chce Was odwieźć od celu. Zaplanujcie dzień sesji IMM i dajcie się jej ponieść, choćby nie wiem co. Szczególnie polecam takie podejście wszystkim tym, którzy jeszcze nie mieli okazji tak pracować. Gwarantuję Wam, że po pierwszej takiej sesji będziecie chcieli robić to codziennie!

  1. Z tą talią kart fajny pomysł – wyzwanie na kreatywność. Myślę, że zanim zbiorę się i wygospodaruję sobie dzień na zrobienie 20 w 12 to spróbuję z takiej talii wylosować kilka ‘wytycznych’ do piosenki i spróbować ją zrealizować 😉

  2. Ja mam pytanie: Czy ta metoda jest dobra dla osób mających psychiczną blokadę przed skończeniem jakiegokolwiek utworu? Sam mam ogromne opory przed tym, czy mi to pomoże przezwyciężyć?

Zostaw komentarz