Tworzenie Utworów Metodą IMM, Cz. 3

Znamy już większość zasad i wskazówek, które pozwolą nam przystąpić do sesji tworzenia utworów metodą IMM.

Zachęcam Was, abyście już teraz zaczęli planować taki projekt – choćby miał się odbyć dopiero za miesiąc czy dwa.

Spróbujcie ruszyć niebo i ziemię, aby móc sobie zarezerwować cały dzień (blok dwunastu godzin) tylko i wyłącznie na poświęcenie go tej metodzie.

Apeluję mocno, abyście nie skreślali tego sposobu pisania piosenek, mimo iż może się on na pierwszy rzut oka wydawać czystym szaleństwem. Dlatego umówmy się tak, że kto może – niech spróbuje i najlepiej niech się tutaj po wszystkim wypowie. Wprawdzie widziałem w komentarzach do poprzedniego wpisu, że już jeden śmiałek się podjął, ale chciałbym, aby było Was więcej.

Jestem bardzo ciekawy reakcji i wrażeń oraz tego, ile uda Wam się nagrać w ciągu jednego dnia i czy uważacie to za dobrą alternatywę do bardziej “typowego” podejścia. Oby tylko wszystko odbyło się zgodnie z zasadami, bo inaczej ciężko będzie mówić o prawdziwych odczuciach, jakie ta metoda potrafi wywołać. Pasuje taki układ?

A w przyszłości może znajdzie się wśród Was kilku bohaterów gotowych umówić się na jakiś jeden wspólny termin (na pewno da się to jakoś zgrać), żeby razem podjąć się wyzwania “20 w 12“? To by była niezła frajda. I przede wszystkim – bardzo produktywnie spędzony czas!

Ok, wracamy do tematu.

W tym artykule dorzucę Wam kilka kolejnych porad, punktów i ułatwień, które zostały opracowane na podstawie doświadczeń członków różnych stowarzyszeń propagujących metodę IMM plus dorzucę parę własnych sugestii. Nie będę ich wszystkich na siłę kategoryzował, to po prostu luźne myśli, które warto sobie przejrzeć i spróbować wdrożyć podczas sesji IMM.

Kształt utworów z sesji IMM

Choć celować powinniśmy w skończone piosenki, to zwykle będą to po prostu szkice utworów, powiedzmy jedna, dwie zwrotki, jakiś refren, może coś jeszcze. Niektóre z tych kawałków będą trwały 4 minuty, inne tylko minutę – nie ma problemu. Nie spodziewajmy się, że każdy z dwudziestu utworów będzie stuprocentowo skończony. Nasze twory to nie będą od razu majstersztyki, które nazajutrz polecą w radiu. Spora część będzie “taka sobie”, a niektóre pewnie szybko pójdą w zapomnienie. Ale zapewne pojawi się też kilka takich, z których będzie można w przyszłości zrobić sensowne piosenki.

Dlatego warto te wszystkie projekty zostawić na dysku i w pierwszym możliwym terminie usiąść do tych najlepszych celem głębszej i poważniejszej pracy nad nimi. A jeśli naprawdę się dobrze do takiej sesji przygotujecie, to bardzo możliwe, że wśród tej dwudziestki (czy nawet dziesiątki lub piętnastki) znajdzie się prawdziwa perełka, którą trzeba będzie koniecznie doszlifować, bo będzie w niej ogromny potencjał. I gwarantuję, że od razu to poczujecie podczas zwieńczającego dzień odsłuchu – ewentualnie wasz “rywal” może zasugerować, który z utworów musi być koniecznie wzięty na warsztat. To jest jeden z najlepszych momentów całego tego procesu. Niejako dodatkowa nagroda!

Praca solo kontra praca z “przeciwnikiem”

Obie wersje mają wady i zalety – wiadomo. Samotna sesja IMM daje nam nieco więcej spokoju i eliminuje element opiniotwórczy (czy krytyczny) drugiej osoby. Robimy to w sumie dla siebie, więc nie obawiamy się krytyki. Tylko że z drugiej strony, trochę słabo jest w sytuacji, gdy nie mamy się z kim tą twórczością podzielić, bo wrzucenie fragmentów z sesji IMM na naszą ścianę Facebooka wzbudzi tylko konsternację i totalne niezrozumienie wśród komentatorów. A przecież nie będziemy gromadzie pijawek i trolli tłumaczyć, czym jest IMM, jak działa, dlaczego to brzmi jak brzmi i… że jest to kawałek naszej twórczej duszy, bo ci ludzie są zwykle bardzo oporni na argumenty i tłumaczenia… Nie warto.

Z tego powodu gorąco zachęcam do znalezienia sobie muzycznego rywala, bo oprócz wyzwalania z siebie tysięcy dźwięków, będziecie mogli również dodatkowo się zmotywować, żeby pokazać, kto tu jest lepszym wilkiem, kotem, kozakiem czy jak tam sobie ustalicie (oczywiście w granicach zdrowej konkurencji – nawet możecie jakieś mini-zakłady zrobić). Niby dodatkowa presja, ale z drugiej strony – jakiż piękny element motywacyjny.

Wzajemne zrozumienie uczestników gry

Co jest piękne wśród członków jakiejkolwiek społeczności IMM czy nawet grupy znajomych tworzących w ten sposób od czasu do czasu muzykę, to fakt, że nikt tutaj nikogo nie strofuje, nie wyśmiewa bezczelnie – wręcz przeciwnie. Każdy, kto przejdzie przez taką sesję doskonale zrozumie z czym zmagała się druga osoba, więc wzajemny szacunek to podstawa. A śmiech (zazwyczaj wspólny) jest tą najpiękniejszą jego odmianą – totalnie pozytywną i budującą. Bo nie zapominajmy, że to nadal ma być (i jest) dobra zabawa. A im bardziej odjechane, niespójne i szalone kawałki przyjdzie nam usłyszeć, tym jeszcze większy sens zobaczymy w takiej metodzie.

Dlatego zawsze obstaję przy posiadaniu konkurenta (lub kilku), bo to czyni grę jeszcze ciekawszą. Pamiętam, że przed pierwszą taką sesją miałem ogromnego stracha, nie wiedziałem jak wypadnę w tej konfrontacji, myślałem, że wszystko zawalę i będzie kupa wstydu zamiast kupy śmiechu. Rany nieboskie – jak ja się myliłem… Absolutnie każdy (nieważne z jakim stażem) musi czuć dokładnie to samo przed taką grą i myśli: “Jak to niby ma być możliwe, żeby zrobić tyle kawałków w tak krótkim czasie?” No właśnie. Najlepsze jest to, że taka absurdalna metoda stawia nas wszystkich na tym samym poziomie, bo nikt nie czuje się komfortowo przy takich wymaganiach. Młodsi, starsi, metalowcy czy dj-e, z mega doświadczeniem czy z mniejszym stażem – wszyscy jesteśmy sprowadzeni tutaj do wspólnego mianownika. I to jest najpiękniejsze. Skoro wszyscy mają nogi z waty, to znaczy, że każdy ma równe szanse!

Metody i kolejność nagrywania

Jest ich oczywiście kilka i tylko od nas zależy z jakimi metodami będziemy się czuć bardziej komfortowo, a przede wszystkim – które z nich wpłyną na większą efektywność, czyli – więcej nagranych piosenek. Jedni preferują pracę w jednej otwartej sesji i nagrywanie wszystkiego po sobie bez dzielenia każdej piosenki na oddzielny projekt (jest nawet taki wariant gry, w którym warto z tego korzystać), inni preferują mieć osobną sesję na każdy utwór – Wasz wybór.

Ale to nie wszystko… Idąc dalej – jednym będzie bardziej odpowiadał styl nagrywania śladu po śladzie do danego utworu (najpierw piosenka pierwsza i do niej gitara, potem wokal, potem syntezator, potem bębny, a potem to samo w piosence drugiej, itd.), ale innym może bardziej pasować wariant w stylu: “Najpierw nagram gitary do wszystkich kawałków, potem powrzucam do każdego jakieś pętle perkusyjne, następnie przeznaczę 2 godziny na nagranie wszystkich wokali, itd.” Bo przecież może być tak, że mamy danego dnia w głowie np. masę ciekawych zagrywek czy riffów gitarowych, które chcą się czym prędzej wydostać na świat i nie chcemy ich pozapominać, jeden za drugim wylatują nam spod palców i chcemy je wszystkie uchwycić. Wtedy warto podejść do sprawy w ten właśnie sposób.

Możemy również to wszystko przemieszać (bo kto powiedział, że cała sesja ma wyglądać jednostajnie?) i po nagraniu gitar (czy pianina) do wszystkich piosenek, zacząć kończyć utwór po utworze dodając już tylko brakujące ślady. Nasza decyzja. Ja po sobie zaobserwowałem, że jednak wolę pracować piosenka po piosence – raz, że nie muszę skakać z jednej do drugiej (a pracuję zwykle w oddzielnych projektach), dwa – sesja jest bardzo dynamiczna, bo co rusz chwytam za inny instrument i ciągle coś innego się dzieje. Wy możecie oczywiście czuć komfort przy innej kolejności wydarzeń – no problemo!

Teksty

Muzyka muzyką, ale “piosenka musi posiadać tekst”. Jak w takim razie się za to zabrać przy tej metodzie? Otóż dokładnie tak samo, jak za warstwę instrumentalną – po prostu zacząć pisać. Bez głębszego zastanawiania się, poszukiwania elokwentnych słów i zwrotów, szukania na siłę rymów, opowiadania głębokiej historii. Ważniejsza od samych słów będzie tutaj melodia, bo pod nią można później (po sesji) napisać już coś sensowniejszego. Możemy nucić o czymkolwiek, w jakikolwiek sposób. Możemy fałszować, gubić rytm, mylić frazowanie, etc. Wszystkie chwyty dozwolone.

A jeśli odczuwamy totalną pustkę i nawet jedno słowo nie chce nam się wylać na papier, to proponuję wziąć w garść jakąkolwiek gazetę, magazyn motoryzacyjny czy inną recenzję książki i po prostu zacząć śpiewająco czytać 🙂 Ja kiedyś w momencie lirycznej stagnacji wykorzystałem opis jakiejś bajki z tyłu pudełka od DVD. Można? Można!

Miksowanie

Nie oszukujmy się, celem gry nie jest ukręcenie miksów aspirujących do nagrody Grammy… Nasze główne zadanie na tym etapie polega na upewnieniu się, że mamy odhaczone podstawowe elementy – wyrównujemy poziomy, panoramujemy, może jakieś szybkie EQ na śladzie, który dudni czy świszczy, kompresja na najbardziej rozchełstanym dynamicznie tracku, jakiś pogłos, lekki limiter na sumie i wsio! To się da spokojnie zrobić w 10 minut. I znów – bez zbędnych analiz widma, idealnych relacji fazowych, pięknych planów przestrzennych czy niesamowitego “charakteru” brzmienia i RMS-u na poziomie płyty Death Magnetic. Liczy się to, aby wszystkie ślady były względnie słyszalne, wokal w miarę klarowny, a całość trzymała się w ryzach czegoś, co można z przymrużeniem oka nazwać piosenką.

Kiedy miksować?

Są dwie szkoły – jedna sugeruje, aby robić to zaraz po skończeniu nagrywania śladów do danego utworu (tym samym już go na dobre “zamykając” i ruszając do nowej piosenki), a druga mówi o tym, aby najpierw wszystko nagrywać i zostawić miksowanie wszystkich utworów na koniec etapu nagrań, co przy dwudziestu utworach będzie oznaczało ponad 3 godziny samych miksów z rzędu. Ja zdecydowanie w tym przypadku skłaniam się ku pierwszej technice, bo pozostawienie miksów na koniec dnia jest dokładaniem sobie dodatkowego ciśnienia, gdzieś tam z tyłu głowy będziemy czuli coś w stylu: “Ok, mam już 15 kawałków, zostało mi tylko 2 godziny, a jeszcze muszę wszystko zmiksować.” Brrr… – mnie by to przerażało 🙂 Jest to bowiem niepotrzebny czynnik stresujący i trochę odciągający nas od głównego założenia.

Parę słów na zachętę…

Jeśli nigdy nie próbowaliście zasiadać do sesji w stylu 20 w 12, to pewnie pomyślicie, że powinienem czym prędzej zmienić dilera/pigułki/lekarza. Też tak sądziłem, gdy po raz pierwszy się na tę metodę natknąłem. Więc proszę bardzo, powątpiewajcie ile dusza pragnie, ale wierzcie mi, że te cele są jak najbardziej możliwe do osiągnięcia. Ja wprawdzie do 20 kawałków jeszcze nie dotarłem, ale bodajże za trzecim podejściem miałem po jednej sesji zrobionych utworów kilkanaście.

Co ciekawe – im dłużej pracowałem, tym bardziej wyzwolony się czułem i coraz lepsze (dziwniejsze, nietypowe) pomysły przychodziły mi do głowy. Można powiedzieć, że rozkułem swoje kajdany konwencji, czułem, że wszystko jest dozwolone (bo rzeczywiście jest), a muzyka sama ze mnie wypływała. Ciężko tu mówić o wysiłku (nawet organizm, mimo pracy na wysokich obrotach – nadal nie krzyczał o finał), to raczej było jak wydzielanie się hormonów szczęścia, którego doświadczają biegacze (podobno, nie wiem, nigdy mi z tym nie wyszło).

Inna sprawa, że taka sesja jest naprawdę niezapomnianą przygodą, tym bardziej, jeśli możecie w nią zaangażować znajomego muzyka, kumpla z zespołu czy innego kuzyna. Konkurencja (oczywiście taka zdrowa) dodatkowo wzmaga w nas motywację (“będę od niego/niej lepszy”), a ile potem jest śmiechu po zakończeniu i wspólnym odsłuchiwaniu, to ciężko opisać.


Tak jak już wspominałem – bardzo dużo ciekawych rzeczy można (i trzeba) jeszcze w tym temacie dopisać. Dlatego w następnej części przyjrzymy się kilku sposobom na przyspieszenie (i tak już turbo-szybkiej) pracy, poznamy sposób na to, aby nie utknąć w połowie nagrywania bez pomysłu na to, co zrobić dalej, a na deser podzielę się z Wami anegdotką o tym, jak to perfidny los chciał mi zepsuć trwającą sesję IMM i co mu za to zrobiłem!

  1. Piotrek R

    Jeżeli dobrze pamiętam jest takie coś jak “prawo Parkinsona” które mówi że człowiek pod presją czasu pracuje wydajniej.

    Polecam miksowanie z minutnikiem. Np po 10 minut na kolejne etapy naszej pracy.

    • Jak najbardziej polecam. Z resztą, wspomniałem już o tym wcześniej by mieć nad sobą eidoczny bat czasowy i często nań spoglądać. To naprawdę motywuje i utrzymuje odpowiednie skupienie na celu gry!

    • A wszystko sprowadza się do zasady pareto – i tak 80% najważniejszych (czyli potem rzucających się w “uszy”) rzeczy zrobimy w 20% czasu 🙂

      Przesadny pedantyzm przydaje się tylko przy sprzątaniu mieszkania przed przyjazdem teściowej 😉

    • Hahahaha!

  2. Hej, w cz. 1 podałeś dwie strony. Jedną główną, drugą z konkretną lożą. Jednak z tego co widzę to ta główna, ze spisem wszystkich loży jest nieaktualizowana od 2006 roku. Czy istnieją gdzieś takie loże, czy to już umarło?

    • Niestety nie śledzę tego na bieżąco. Jak odkrywałem kiedyś IMM, to była to relatywnie świeża sprawa.

  3. Tak szczerze to zazwyczaj robię kawałki tą metodą 😀 Nie 20 dziennie, ale jak najdzie mnie na muzykę to zwyczajnie siadam, odpalam bit, piszę tekst na kolanie, odpalam majka i to nagrywam, szybko bo wena ucieka. Potem często powtarzam procedurę 2-3 razy i puszczam jeden ze zrobionych tracków do sieci 😀

  4. bylasobienuta

    Ja zdecydowanie powinienem zastosować tą metodę, gdyż spędzam nad utworami mnóstwo (zbyt wiele) czasu.Podoba mi się ten pomysł i jestem ciekawy efektu. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć jakie wyniki przynosi powolne dłubanie zapraszam tutaj
    http://maciejchilinski.pl/

Zostaw komentarz