Tworzenie Utworów Metodą IMM, Cz. 1

Jakiś czas temu obiecałem Wam opisać pewną metodę tworzenia utworów, która gwarantuje, że każda sesja, do jakiej usiądziemy, będzie produktywna. Ba, to mało powiedziane – będzie turbo-mega-hiper produktywna. Jeśli odpowiednio się do niej wcześniej przygotujemy i w trakcie tworzenia będziemy się trzymać kilku prostych zasad, to nie dość, że wyprodukujemy z siebie tonę muzyki – dodatkowo będziemy się przy tym świetnie bawić.

Pamiętacie, jak w pierwszej części serii o przełamywaniu blokady w tworzeniu przyjąłem założenie, iż tak naprawdę “writer’s block” nie istnieje, a wszelkie zaniki weny, to tylko wytwory naszej głowy? I że muzykę zawsze w sobie nosimy, nawet jak wydaje nam się, że nic nie potrafimy danego dnia nagrać, wykonać, zmiksować? A w późniejszych częściach mówiłem o tym, żeby nie baczyć na bezsensowną krytykę, wierzyć w siebie, nie obawiać się porażki czy ulegać jeszcze innym, wewnętrznym słabościom?

Jeśli tak to świetnie, bo metoda, o której porozmawiamy dzisiaj, traktuje te właśnie założenia jako bazę do rozpoczęcia przez nas procesu twórczego. Wydaje się nielogiczne? Mamy coś skomponować mimo niepewności, totalnej blokady, strachu przed oceną, itd? Tak, o to dokładnie chodzi. W takim momencie mamy właśnie zacząć komponować i nagrywać…

Jeszcze nie raz będziecie przecierać oczy ze zdumienia czytając ten artykuł i kolejne części, bo będzie tutaj sporo niezgodnych z naszymi wyobrażeniami informacji, a najlepsze jest to, że ta metoda naprawdę działa. Ręczę za nią swoją osobą, bo przeszedłem już przez kilka takich produktywnych sesji i nadal jest mi ciężko uwierzyć, co w ten sposób można osiągnąć.

Zacznijmy więc od rzeczy najważniejszych, czyli od odpowiedzenia na pytanie – co to jest za metoda i na czym w ogóle polega?

Metoda IMM

Pełna nazwa tego przedsięwzięcia brzmi Immersion Music Method, czyli po naszemu to coś w rodzaju zanurzenia czy totalnego pogrążenia się w muzyce. Nazwa bardzo adekwatna do tej metody – jak poznacie dokładniej zasady IMM, to jej nazwa nabierze znacznie większego sensu.

IMM ma przede wszystkim na celu wyzwolenie nas od wszelkiego rodzaju “demonów” związanych z tworzeniem, które zaprzątają nam myśli i nas blokują (bo nie będzie czasu na myślenie o nich), a oprócz tego ma nam w sposób naturalny udowodnić, że niezależnie od naszego poglądu na wenę danego dnia – i tak jesteśmy w stanie napisać, skomponować, zaaranżować, nagrać i zmiksować piosenkę. Albo piosenki. Albo naprawdę sporo piosenek…

W tym poście podzielę się z Wami podstawowymi informacjami na temat IMM, czyli wprowadzę w temat i opiszę główne założenia (tak, żebyśmy wszyscy wiedzieli o czym w ogóle mowa), a na przestrzeni kilku kolejnych wpisów podam Wam wiele praktycznych wskazówek dotyczących odpowiedniego przygotowania się i postępowania w trakcie takiej sesji, czyhających pułapek, różnych wariacji czy gier związanych z tą metodą i jeszcze parę innych ciekawostek…

Na czym polega IMM?

Najprościej rzecz ujmując, Immersion Music Method polega na szybkim i hurtowym tworzeniu utworów. Bez nadmiernego rozmyślania, wchodzenia w szczegóły, analizowania, oceniania siebie czy nawet katowania się wewnętrznym głosem mówiącym coś w stylu “to na pewno nie jest dobre” i tak dalej. Po prostu nie będzie na to czasu. I bardzo dobrze!

Teraz najlepsza część, w którą sporo osób może nie zechce na początku uwierzyć. Chodzi wyłącznie o nowe utwory, od zera. Bez niczego, co było wcześniej skomponowane, napisane, gdzieś tam nagrane czy wymyślone. Mają to być stuprocentowo nowe kompozycje! A im więcej ich zrobimy, tym lepiej. Wydaje się szalone? Phi… Czytajcie dalej.

Główna zasada tej metody brzmi – liczy się tylko ilość, nie jakość!

Że coooo…? A cóż to za herezje? Szczególnie nam, amatorom realizacji, miłośnikom pięknego, wypieszczonego brzmienia i idealnych wykonań takie stwierdzenia powinny co najmniej podrażnić nerw.

Ale nie o finalne brzmienie tu chodzi, a o wylanie z siebie jak największej ilości muzyki. Nieważne jak ona będzie brzmiała, czy wszystko będzie idealnie równo zagrane, ile będzie sekcji, jaka budowa, jak długie to będą utwory, ile będą miały instrumentów, czy będą występowały konflikty w aranżacjach, czy będzie idealny rozkład częstotliwości, dopracowane poziomy, czy milion innych, dla nas w tym momencie nieistotnych rzeczy.

Mamy po prostu się zatopić w muzyce i dać światu jak najwięcej piosenek (jakie by one nie były) w ciągu jednej sesji. Ale nie dwie czy trzy, bo to akurat pikuś (been there, done that)…

W głównym wariancie tej metody (a jest takich “gier” korzystających z IMM kilka), macie dokładnie 12 godzin (w jednym ciągu, bez przerwy czy rozbijania na części) na napisanie, nagranie i zmiksowanie dwudziestu piosenek! Nie jednej, nie dwóch – DWU-DZIES-TU!

Wiem, przeginam, ale wierzcie mi – w tym szaleństwie naprawdę jest metoda.

Dwadzieścia piosenek w dwanaście godzin?

Parafrazując klasyka polskiego kina – “Igor, a czy tobie przypadkiem na głowę sufit się nie spadł?” Może i “się spadł”, pewnie nawet więcej niż raz, ale akurat nie w tym przypadku. Ja sobie tego nie wymyśliłem. Ta metoda jest używana od blisko 15 lat przez całe społeczności (nazywają się Lożami lub Stowarzyszeniami – np. Wig Lodge czy Immersion Composition Society).

Tego typu ugrupowania początkowo tworzyły się głównie w Stanach i w Kanadzie, ale mniemam, że na tym etapie rozsiane są już prawdopodobnie po całym świecie. Nie są może tak popularne i łatwe do znalezienia, ale to jest na razie nieco mniej istotne. Przesłanie jest takie, że kto jeszcze nie słyszał o tym podejściu do robienia muzyki, naprawdę powinien te braki jak najszybciej nadrobić i albo zaimplementować do swojego standardowego procesu kilka porad z zakresu IMM, albo po prostu od czasu do czasu podjąć się całego projektu w stylu 20 w 12. O tej konkretnej grze i jej zasadach szerzej opowiem nieco później.

Dodatkowo, temat IMM został szeroko opisany w książce pt. The Frustrated Songwriter’s Handbook (polecam zakupić i przestudiować, bo jest tam tona przydatnych informacji), której autorami są panowie Karl Coryat i Nicolas Dobson – żeby nie było, że ja sobie to wszystko z palca wyssałem… 🙂 Z tej książki będę również później korzystał, przy okazji dzielenia się z Wami bardzo przydatnymi wskazówkami co do tworzenia (nie tylko stylem IMM) nowych utworów.

Jeszcze słowo w kwestii samych stowarzyszeń – to jest już trochę wyższa szkoła jazdy, bo oprócz turbo-produktywnych sesji będziemy jeszcze niejako konkurować z innymi członkami naszej grupy. Może to budzić dodatkowe lęki i stresy, ale dla kogoś, kto już się nieco zaprawił w samodzielnych bojach, będzie to bardzo dobre przejście na następny level. O lożach może zrobię w przyszłości osobny wpis, bo to naprawdę bardzo ciekawa rzecz, ale podejrzewam że nie dla każdego, przynajmniej nie na samym starcie.

Dlatego na początek ograniczmy się może do samodzielnej sesji IMM. Ewentualnie możemy to potem rozbudować do konkurencji z bliskim znajomym, który będzie w tym samym czasie podejmował identyczne wyzwanie w swoim studiu, a po całej zabawie się spotkamy i przy dużej hawajskiej wspólnie posłuchamy owoców naszej pracy. Kupa śmiechu gwarantowana…

Teraz czas na “mięso” tej metody:

I. GŁÓWNE WYMOGI IMM

  1. Musisz posiadać podstawową wiedzę z obsługi swojej stacji roboczej (nagrywanie, przepływ sygnału, procesory, efekty, obsługa instrumentów wirtualnych, kopiowanie / wklejanie partii, etc) – aby w trakcie sesji nie tracić czasu na główkowanie jak coś gdzieś włączyć, przenieść, uruchomić. Dobrze by było, gdybyś również posiadał jakiś prawdziwy instrument i choć trochę umiał śpiewać/rapować/nucić. Wtedy masz szansę na bogatszą paletę dźwięków, a i zabawy będzie znacznie więcej. Nie musisz być wirtuozem, liczy się przede wszystkim wyobraźnia i chęci!
  2. Przygotuj się dobrze do sesji IMM dzień wcześniej (“ściągi”, sprzęt, napoje i przekąski – opiszę to dokładnie w późniejszej części)
  3. W dzień sesji miej przed sobą duży zegar / minutnik / stoper i spoglądaj na niego po każdym skończonym utworze. W grze 20 w 12 musisz skończyć średnio półtorej piosenki na godzinę – wliczając skomponowanie, nagranie, miks i eksport! Niektóre utwory czasem pochłoną ciut więcej niż godzinę, ale dla balansu zepnij się do tego stopnia, aby móc zrobić również takie, które zamkniesz w 20-30 minut (nie mów, że się nie da, bo się da – sprawdziłem to i potwierdzam). Musisz po prostu zapylać jak dziki – wprowadź się w tzw. ‘creative overdrive’! Twój pokój ma kipieć od ekscytacji, ferworu walki i dźwięków!
  4. Pamiętaj, że głównym celem jest nagranie jak największej ilości utworów, a nie majstersztyków brzmieniowych / wykonawczych. Możesz fałszować, nie grać równo, mieć stare struny w gitarze, etc. Wszystkie “boki” są dopuszczalne. Ba, możesz nawet piać, skrzeczeć, piszczeć, gwizdać i wydawać różne inne odgłosy czy “grać” dowolnymi przedmiotami dostępnymi pod ręką (nie tylko instrumentami). Masz po prostu “trzepać” numer za numerem, nieważne jak brzmiący i jaką wiadomość niosący. Oczywiście wszystko musi w jakimś stopniu przypominać muzykę, ale wiedz, że jeśli chodzi o gatunki – jesteśmy wolni, nie mamy pod tym względem żadnych ograniczeń. Z doświadczenia Wam powiem, że im dalej w głąb sesji, średnio koło szóstej godziny, człowiek czuje się tak wyluzowany, że totalnie wyłącza mu się lampka z napisem “tak się nie robi”. W takich momentach jesteśmy w stanie przekroczyć granice, do których podczas normalnego tworzenia pewnie byśmy się nawet nie zbliżyli. A wprowadzenie się w taki niecodzienny stan skutkuje, no cóż – niecodzienną kombinacją dźwięków i brzmień.
  5. Staraj się każdą ścieżkę nagrywać za jednym podejściem. Nie powtarzaj nie do końca udanych partii. Tu nie chodzi o idealny wykon, ale o liczbę gotowych piosenek na koniec dnia.
  6. Nie zatrzymuj się, żeby tracić kilka minut cennego czasu na posłuchanie tego, co już do tej pory zrobiłeś (na to będzie czas po zakończeniu sesji).
  7. Miej w myśli i na horyzoncie nagrodę na koniec dnia – będziesz miał 20 nowych piosenek! W jeden dzień! To powinno być wystarczającą motywacją. Blokada twórcza nie jest już opcją, bo wiesz, że z nią po prostu nie zdążysz (a musisz zdążyć), bo nie dostaniesz nagrody 🙂

Takie jest przesłanie oraz główne założenia tej metody. Oczywiście wypisałem w tym momencie te najbardziej ogólne, żeby Was tylko wprowadzić w temat i zachęcić do jego zgłębienia, bo naprawdę warto to poznać i przede wszystkim – spróbować własnych sił w takiej sesji.

Przez kilka najbliższych wpisów (nie chcę mówić ile dokładnie, bo nie wiem, ile mi wyjdzie tekstu) będę Was coraz bardziej wprowadzał w IMM, bo to arcyciekawa rzecz jest. Oprócz tego, będę cały czas podrzucał nowe wskazówki i sztuczki, które będą karmiły Waszą produktywność. Tu jest jeszcze naprawdę dużo do napisania!

Widzimy/słyszymy/czytamy się wkrótce!

A tak na marginesie – ktoś z Was się kiedykolwiek zetknął z IMM? Albo jeszcze lepiej – może znajdzie się tu śmiałek, który już grał w 20 w 12?

Zostawić komentarz ?

12 Komentarze.

  1. Marcin Wojtaszczyk

    Po takim – udanym – maratonie, okłamywanie samego siebie, że nie potrafi się być produktywnym byłoby raczej chamskim kłamstwem 😛
    Fajny sposób na to, żeby po wszystkim poanalizować to co wyszło i znaleźć schematy, w których utknęliśmy. Pewnie się będą powtarzać, bo nie ma wiele czasu w takiej sesji na myślenie, tylko czucie i płynięcie z tym, co w nas sami utrwaliliśmy dotąd. Fajny artykuł, dzięki!

    • Zgadza się. Wtedy już nikogo nie oszukasz 🙂 A żeby wymknąć się utartym schematom, warto w trakcie takiego maratonu spróbować swoich sił w innym gatunku niż zazwyczaj tworzymy. Będzie o tym więcej w kolejnych częściach.

  2. Tkwię w “niemocy” twórczej od dawna i fajnie właśnie, że na bieżąco się pojawiają na Twoim blogu artykuły o przełamaniu tej blokady.
    IMM wydaje się szalony, ale na pewno spróbuję 😉

  3. Zabawny zbieg okoliczności. Nigdy nie słyszałem o tej metodzie, a ostatnio z dwójką moich znajomych, wpadliśmy na podobny pomysł, z tym że my chcieliśmy zrobić 18 kawałków w 24h w kooperacji. Jenak po przeczytaniu tego wpisu, sądzę, że te 24h da nam za dużo czasu do zastanawiania się i wprowadzania poprawek. Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy z tego cyklu. Pozdrawiam.
    PS. trzeci nagłówek “Główna zasada tej metod brzmi” chyba literówka 😉

    • Naprawdę warto podjąć takie wyzwanie. Literówka poprawiona – dzięki za czujność.

  4. kubiakowski

    😉 Ciekawe, czy w ramach tej metody własnie John Frusciante jak nagrywał John Niandra LaDes and Usually Just A T Shirt 😉
    ps.
    Późniejsze produkcje Johna F uwielbiam, ta powyżej – nie bardzo. A solową jego twórczość poznałem Igor dzięki Tobie, jak 100 lat temu, lub 100 wpisów temu wspomniałeś o tym jak ciekawie zmiksowane jest Curtains)
    pzdr

    • Ciężko zgadnąć czy Fru się przy nagrywaniu Niandry posiłkował tą metodą, ale można snuć takie przypuszczenia po tym co tam jest i jak to brzmi 🙂 Słuchanie tej płyty niewątpliwie jest wyzwaniem. Też preferuję jego późniejsze dokonania. Począwszy od To Record Only Water For Ten Days już jest miód.

  5. Metoda niewątpliwie ciekawa – aż chyba spróbuję jeśli tylko będę miał 12h wolnego 🙂

    Mam tylko jedno zasadnicze pytanie (nie wiem może głupie) – co dalej? Zostajemy z 20 kawałkami powiedzmy że średniej jakości – chodzi o to żeby potem wziąć najlepsze na warsztat, rozbudować, nagrać jeszcze raz? 🙂

    • Przede wszystkim chodzi o uświadomienie sobie, że potrafimy tworzyć, nawet jak nam się wydaje, że nie mamy “weny”.
      A potem jak najbardziej możesz wziąć kilka najlepszych na warsztat i je rozbudować. Będę jeszcze o tym pisał.

  6. Czy głównym założeniem metody jest praca samodzielna? Czy są warianty kooperacyjne? 🙂

    • Jak kto sobie woli. Możesz sam, możesz z kimś. Ale najfajniej jest “konkurować” z inną osobą czy nawet ekipą.

Zostaw komentarz