Jak Pozbyć Się Blokady w Tworzeniu, Cz. 3

W przedostatniej części serii o tym, jak pozbyć się blokady w tworzeniu przyjrzymy się jeszcze dwóm bardzo ważnym aspektom.

Ich zrozumienie i opanowanie pomoże Wam w sposób szybszy, prostszy i bardziej naturalny oraz, co najważniejsze, w zgodzie z własnym sumieniem docierać do celu.

Wiem, że sagi miały być trzy części, ale postanowiłem jeszcze dopisać kilka akapitów i w rezultacie zrobiło się prawie dwa razy więcej tekstu niż oryginalnie planowałem, czyli standard u mnie…

W kolejce czeka więc jeszcze część czwarta.

IV. Odporność na krytykę

Zwykle mówimy o dwóch rodzajach krytyki – konstruktywnej i tej mniej konstruktywnej, której niestety obserwujemy więcej… Bardzo łatwo komuś po prostu “pojechać”, zmasakrować, wyśmiać, obrazić i generalnie wystawić negatywną ocenę czyjejś pracy. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie pewna anonimowość w sieci i ogólnie przyjęty nurt “hejtowania” są na porządku dziennym. Zdarzy się nawet, że obsmarowany zostanie nie tyle nasz utwór, co wręcz my sami, a to już w ogóle nie ma nic z krytyką wspólnego i nie oszukujmy się – zakrawa na absurd…

I tym rodzajem opinii (albo przejawem frustracji, zazdrości czy niskiej samooceny autorów obelg) w ogóle nie powinniśmy się przejmować. Spore grono ludzi próbuje tym sposobem podbudować własne ego i odczuwa sporą frajdę z tego, że komuś “pociśnie”, wytknie różne rzeczy, jakie jego/jej zdaniem są do bani w naszym utworze (czyli generalnie… wszystko). Takie zjawiska naprawdę powinny nam latać koło nosa, bo świadczą one głównie o poważnych problemach zdrowotnych ludzi, którzy w ten sposób komentują naszą pracę i starania.

Mało tego, jako artyści jesteśmy mocniej niż inni (czasem za mocno) na krytykę wyczuleni i nawet jedno złe słowo potrafi nas unieruchomić twórczo na długi czas. Wpadniemy w kolejną blokadę, bo “ktoś napisał złego coś”. Ale czy nie uważacie, że to trochę bez sensu? To tak jak balibyśmy się wyjść na ulicę, bo komuś mogą się nie spodobać nasze buty czy kapelusz. A co nas to w sumie obchodzi? To ta osoba ma problem, nie my. Może lekko sprawę upraszczam tym porównaniem, ale z drugiej strony – po co ją niepotrzebnie komplikować? Pewna mądra głowa powiedziała kiedyś, że jak chce się uniknąć krytyki, to najlepiej nic nie robić, nic nie mówić i być nikim.

Wtedy na pewno mielibyśmy spokój z wiecznymi malkontentami, wiadomo. No, ale my chcemy robić, chcemy mówić i chcemy kimś być. Dlatego poniżej przedstawię Wam najlepsze rady, jakich można udzielić, aby się po prostu w takiej sytuacji nie dać:

  • zaakceptować fakt istnienia krytyki (tej dobrej i tej złej) i przejść z tym do porządku dziennego
  • zrozumieć, że nigdy nie zadowolimy wszystkich
  • przyjąć do wiadomości, że zawsze znajdą się przeciwnicy naszych prac (choćbyśmy nawet byli gwiazdami największego formatu)
  • nauczyć się odróżniać sensowną krytykę od pustych słów malkontentów
  • ignorować frustratów
  • robić swoje i iść do przodu!

To w istocie bardzo proste i oczywiste rzeczy, ale czasem trudne do wdrożenia – zdaję sobie sprawę. Wierzcie mi jednak, że trening w tej kwestii naprawdę czyni mistrza.

Co do krytyki konstruktywnej, czyli takiej która w sposób rzeczowy pokazuje nam, nad czym jeszcze powinniśmy popracować, a nie jest w żadnym stopniu “wycieczką personalną” – proponuję po prostu przyjąć skromną postawę, otwartość umysłu, szczerość ze samym sobą, pokorę i świadomość tego, że ktoś chce nam rzeczywiście pomóc, bo mamy jakieś braki. I takich ludzi (oraz ich opinii) naprawdę warto słuchać. Chociażby z tego względu, że często nam samym brakuje potrzebnego obiektywizmu.

I jeszcze słowo o samym pisaniu opinii – gdyby to Wam zdarzyło oceniać czyjeś utwory. Już kiedyś wspominałem o tym (nie tylko na blogu z resztą), że można komuś wystawić laurkę na wiele sposobów. I tutaj, obok rzeczowych argumentów dotyczących samych aspektów muzycznych czy technicznych, liczyć się będą również dobrane słowa. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo duży wpływ na sam przekaz może mieć sposób budowania zdań czy ogólny ton wypowiedzi.

Naprawdę korona nam z głowy nie spadnie, jak oprócz konkretnego wypunktowania tego, co warto by było poprawić, dodatkowo taką osobę “pozytywnie wzmocnimy” (bo tak samo jak my – jest duszą wrażliwą). Może to dla niektórych z Was totalne banały, ale czasem napawa mnie grozą to, co zdarzy mi się przeczytać na niektórych forach. Nie mówię, że zawsze tak jest, ale wielu ludziom brakuje taktu, nie umieją zachęcić do dalszej pracy, na zimno piszą “Do kitu”, “Zmień to i popraw tamto, bo jest kiepskie” i koniec. Zero sformułować w stylu “To i to wyszło Ci świetnie”, “Tu i tam jest kilka rzeczy, które można zrobić nieco lepiej, ale jesteś na dobrej drodze”, itd. To naprawdę nie jest trudne, a robi ogromną różnicę…

Nawet, jeśli zetkniemy się z (u)tworem, który nie do końca trzyma jakiekolwiek standardy brzmieniowe, wykonawcze czy techniczne i rzeczywiście wszystko tam jest nie na miejscu, to zamiast bezlitośnie pastwić się nad jakimś nieszczęśnikiem, wyśmiewać go i obrażać – może lepiej po prostu delikatnie zasugerować, aby delikwent przyłożył się do przestudiowania podstaw muzyki, wziął lekcje z zakresu gry na instrumencie czy emisji głosu, a nie od razu rzucał się na głęboką wodę i publikował coś, co z pewnością mogłoby być lepiej zrobione, bo każdy przecież potrzebuje praktyki zanim coś zacznie spod jego palców sensownego wychodzić.

Ale wracając i podsumowując ten punkt – moim zdaniem, na wagę złota są opinie, które w swej treści są merytoryczne, a do tego podane w sposób kulturalny i zachęcający. Takich Wam życzę i takie też sami wystawiajcie. Świat będzie lepszym miejscem.

V. Wiara we własne możliwości

To jest ściśle związane z poprzednim punktem, a szczególnie w kwestii otrzymywania opinii pisanych w przyjaznym tonie. Nic tak bardzo nie ugruntuje wiary we własne możliwości, jak kilka dobrych słów od innych osób. Ale to tylko jedna strona medalu. Bo wiarę w to, co wiemy i umiemy, należy przede wszystkim znaleźć, wyrobić i nosić w sobie oraz najważniejsze – umieć z niej czerpać.

Według mnie, najlepiej ją po prostu stopniowo budować. Nie możemy przecież oczekiwać, że siadając pierwszy raz w życiu do stworzenia własnego utworu, nagle i samoistnie wyjdzie nam jakiś majstersztyk. Każdy kolejny, skończony utwór jest dowodem na to, że potrafimy. Z każdym następnym jeszcze bardziej umocnimy w sobie przekonanie, że zaczyna to przypominać muzykę. Jeśli będziemy konsekwentnie się rozwijać i regularnie kończyć kolejne projekty, to zanim się zorientujemy, zacznie zanikać w nas paraliż związany z tworzeniem i brak wiary w samego siebie.

Nie ma lepszej metody na tworzenie piosenek niż… tworzenie piosenek. Nie ma co się zbytnio nad tym rozwodzić i rozmyślać (bo wtedy zwykle na rozmyślaniu się kończy). Nie możemy oczekiwać, że będziemy komponować coraz lepsze utwory, jeśli nie komponujemy ich w ogóle (albo tylko komponujemy w myślach). Po prostu siadamy i piszemy. Nawet, jeśli 10 kawałków nam nie wyjdzie, to jedenasty będzie już znośny. A z czasem nawet co piąty będzie się nadawał. Im dalej w las, tym więcej ładnych drzew 😉 Zaufajcie mi.

Oczywiście będą przychodzić momenty zwątpienia we własne siły, więc wtedy trzeba to po prostu przespać i przeczekać. Wiemy bowiem, że to minie i że wcale nie straciliśmy swoich zdolności – należy wtedy spojrzeć wstecz i zobaczyć, ile już nam się udało wcześniej zrobić, więc marudzenie, że “ja nie umiem, mi nie wychodzi” nie jest prawdą. Może po prostu potrzebujemy przerwy. Albo nowych inspiracji… Ale na pewno moment stagnacji nie jest znakiem, że nagle przestaliśmy umieć. No chyba, że dzień wcześniej trzasnął w nas piorun wypalając otwór w czaszce, przez który wylał się nasz cały talent na bruk…


W ostatniej (obiecuję) odsłonie tej pisaniny podzielę się z Wami kolejnymi wskazówkami oraz dorzucę parę luźnych myśli związanych z przełamywaniem własnych lęków i słabości, które chcą nas bezczelnie pozbawić twórczego działania.

Zostawić komentarz ?

14 Komentarze.

  1. Boje sie co bedzie dalej ale poki co zanosi sie na niezla encyklopedie tworczego dzialania. Zgadzam sie mocno z tym ze trzeba olewac to co pisza frustraci i robic swoje.

  2. Marcin Wojtaszczyk

    Wampiryzm emocjonalny – tak się nazywa krytyka, której celem jest bezpodstawny atak, a celem tego ataku żerowanie na emocjach ludzi. Ludzie krytykujący w ten sposób napędzają się i doładowują emocjonalnie tym bardziej im bardziej bronimy się przed nimi czy walczymy z nimi. Im więcej uwagi im poświęcamy, tym bardziej się rozkręcają. Nie karmmy wampirów emocjonalnych. Szkoda naszej energii, oddawanej za darmo.
    Krytykują również, bo przeszkadza im, że ktoś coś robi, a oni sami nie mają odwagi zacząć. Koli ich w oczy, że marnują swoje okazje, więc wyżywają się na innych, bo jest prościej zaatakować kogoś, niż skrytykować własne “ja”.
    Jest taka tendencja w ludzkiej psychice, że łatwiej wytyka się błędy innym, niż samemu sobie, i często krytykuje się u innych to, czego nie akceptujemy sami w sobie. Powodów dla krytyki, która nie wnosi do naszej twórczości nic, a jest jedynie atakiem mającym na celu doładowanie emocjonalne krytykującego jest mnóstwo, dlatego warto nauczyć się rozróżniania krytyki konstruktywnej od tej zwykłej “wampirycznej”.

  3. Zastanawiam się, czy w sztuce jest coś takiego, jak konstruktywna krytyka czy dobre rady ? O ile zaakceptowałbym tezę w sferze dotyczącej techniki czy warsztatu “muzyka”, o tyle w sferze twórczości, wg mnie taka krytyka nie istnieje, co najwyżej określiłbym takie dictum, opinią. Słuchając nawet największego badziewia, zastanawiam się czy właśnie tak “widział” swoje dzieło “kompozytor”, może ewentualne niedoróbki były zamierzone itd. Moją ewentualną krytyką jest jedynie to czy utworu posłucham raz jeszcze, czy pozostanę na pojedynczym odtworzeniu. A historycznie, ilu zostało przez krytykę skreślonych, by w uszach przeciętnych słuchaczy przetrwać latami i wykonywane przy ogniskach, czy po latach, ich utwory brane na warsztat przez “artystów” z wyższej półki. ( “Kolorowe jarmarki” na ten przykład ).
    Są także utwory, które po latach wyciągnięte z “lamusa” podbijają świat mediów muzycznych. Jeszcze takie jedno spostrzeżenie. Nawet największy kicz, kit i woda na młyn odwetowców, puszczane kilka razy dziennie w radiu, tv, wbija się do uszu i człek mimowolnie zaczyna pewne fragmenty nucić. Są także produkcje, których nie usłyszymy, bo Sony, Emi, ich nie akceptuje i te przepadają lub potrzebują setek wykonań na koncertach by dotrzeć do słuchaczy. ( Nie pamiętam,ale tak chyba było z grupami, które nie nagrywały, a jedynie wykonywały swą muzykę. By po latach stać się potęgą vide Pink Floyd, a na początku krytyka była spora oraz określenia muzyczne podziemie itp. )
    Stąd moja teza jest taka: sztukę, muzykę się podziwia, odbiera, akceptuje lub nie, bez wyrażania krytyki. Chciałbym poznać liczbę krytyków, których wypowiedzi totalnie rozminęły się z “prawdą”, chyba tysiące 🙂

    • Istnienia krytyki nie da się zaprzeczyć, bo czy chcemy czy nie – pojawiać się będzie. Ale sęk w tym, jak ją potraktujemy i co z tym zrobimy (lub nie).

  4. Jeszcze taki dodatek. Osobiście bawię się w nagrywanie tego co sobie wymyślę lub co mi się przpelęta. Jest to totalne nic, ale mnie się podoba i o to właśnie chodzi. A jednocześnie mając świadomość jakości czy wartości tego co sobie nagram, cieszy mnie fakt, że chyba najsłabszy utworek był odsłuchiwany setkami razy i parę razy ściągnięty 🙂 Niech sobie krytycy gadają co chcą 🙂

  5. Po przeczytaniu tego wszystkiego zdejmuje beret z głowy. Naprawdę! Bo ludzie to nie worek kartofli,każdy z nas ma inną wrażliwość i przeszłość.A komunikując się z kimś poprzez internet tylko ( a tak często jest ) bardzo łatwo o mylną ocenę.

  6. Czytajac ten artykul wzielo mnie na wspomnienia 🙂 Przypomnialo mi sie jak jakieś 10lat temu majac swoja strone www zamieszczalem tam wlasne utwory. Bylem jeszcze na etapie poszukiwan wiec byly tam utwory typu techno, trance, ambient. Dwóch hejterow ostro pojechalo po mnie 🙂 Piszac ze to co robie jest bez sensu. Komentujac kawalek ambientowy ze to techno to jakieś gò… No còż trochę sie zrazilem. Ale tak jak piszesz Igorze – grunt to robić swoje i dążyć do celu. U mnie trwalo dlugo zanim znalazlem styl muzyczny w którym odnalazlem sie – jakies 14lat 🙂 A marzenie o nr 1 w World chillout charts zajelo mi 16 lat:) Dlatego pamiętajcie malymi kroczkami do celu!

  7. Znaczna część tego co tu napisałeś pokrywa się z moją obecną sytuacją, zwłaszcza punkt pierwszy tego artykułu. Co do samego oceniania, to jest to bardzo ciężkie.

    • Bo przede wszystkim obija się to o nasze subiektywne odczucia. Dlatego nie powinniśmy brać każdej opinii zbyt mocno do serca…

  8. Dawno tu juz nie wchodzilam, a jednak sie przydalo! Kompozycje na zaliczenie wiec tyleee pracy przede mna. Co do tworzenia, dobrze jest czasem podzielic zadania kto co robi, aktualnie w jednym z zespolow tworzymy w taki sposob, ze muzyke pisze Declan, slowa doklada z automatu Matty, harmonie tworzy Ciaran i jakos wychodzi! Jesli ma sie osoby, ktore w danych zadaniach sa swietne, warto o tym pomyslec, a wychodzi przyzwoita kompozycja :))

Zostaw komentarz