Jak Produkować Lepsze Utwory, Cz. 28

Małymi krokami zbliżamy się do końca tej sagi… Po ostatnich wskazówkach z zakresu programowania partii MIDI przyszedł czas zająć się już przedostatnim działem, który przewidziałem w tym cyklu. Przez trzy następne artykuły będziemy przyglądać się kwestiom:

  • podejmowania decyzji w rozpoczynaniu i tworzeniu utworów
  • czerpania inspiracji oraz
  • umiejętności kończenia projektów

Jednym z motywów przewodnich w tych aspektach pracy będą… ograniczenia. Wbrew temu, co uważa wielu młodych producentów i z czym trudno im się pogodzić, one akurat potrafią być bardzo mocno mobilizujące.

Żyjemy w świecie nieskończonych opcji i miliarda możliwości, dlatego coraz trudniej jest się nam nie pogubić wśród wszystkich dostępnych wariantów. I tyczy się to czegokolwiek – wtyczek, instrumentów, mikrofonów, programów, technik, etc. Żeby móc zachować zdrowy rozsądek i doprowadzać swoje projekty do końca, warto sobie czasem samemu ustalić pewne limity i tychże się trzymać.

Nie mówię, że mamy w ogóle wszystkie opcje porzucić i produkować muzykę w totalnie ascetyczny sposób, ale już sama chwila zastanowienia nad tym i przesiew tego, co ważne, a co trochę mniej, powinna nakierować nasze myślenie na nieco inne tory.

A jak zaczniemy tę filozofię wprowadzać małymi krokami w nasz styl pracy, to szybko zauważymy, że produkujemy więcej, szybciej i skuteczniej…

133. Zbuduj jeden folder dla jednego projektu

To coś na zasadzie eksperymentu, który mocno polecam sprawdzić. Można go interpretować na wiele sposobów, ale jego ogólny zamysł jest taki, aby na czas tworzenia (kompozycji czy aranżacji) danego utworu stworzyć jeden folder, w którym znajdą się tylko te elementy (np. paczka sampli), z których będziemy korzystali w danym kawałku.

Załóżmy, że mowa o samplach perkusyjnych – wybieramy jakiś jeden zestaw (stopa, werbel, hi-hat, crash, tomy), zapieramy się wtedy mocno i obiecujemy sobie, że nie będziemy szukać innych brzmień i tylko z tych, które wcześniej tam wrzuciliśmy, staramy się zbudować całą ścieżkę bębnów.

Inna możliwość – zobowiązujemy się do użycia tylko jednego syntezatora w konkretnej piosence, niezależnie od tego, jakie brzmienia chcemy uzyskać. Żeby się nie rozpraszać, robimy kilka śladów z tym synthem i za jego pomocą obiecujemy sobie zrobić zarówno basy, jak i lead-y, smyki czy cokolwiek innego sobie chcemy. Zmuszamy się do tego, aby nie odpalać innych instrumentów wirtualnych.

To powinno wymusić na nas większe skupienie, nauczyć determinacji, dociekliwości i samozaparcia. Może się to wydać niektórym dziwne, ale są to równie istotne umiejętności, co chociażby prawidłowe ustawienie kompresora na stopie…

134. Zgrywaj/zamrażaj i trzymaj się wcześniejszych decyzji

Kolejne ograniczenie, które możemy wziąć na warsztat i zamienić je na naszą korzyść, wynika z ograniczeń obliczeniowych komputerów. Zazwyczaj narzekamy na to, że przy większej ilości wtyczek czy instrumentów wirtualnych, nasze maszyny dostają czkawki, trzeba zwiększać bufor audio, żeby odtwarzanie działało płynnie i bez trzasków, ale to z kolei zwiększa latencję i utrudnia dogrywanie kolejnych partii – wszyscy doskonale to znamy.

Wiemy również, że jednym ze sposobów obchodzenia tego ograniczenia, jest zgrywanie partii MIDI dla instrumentów na ślady audio i wyłączenie instrumentu, żeby odzyskać trochę mocy obliczeniowej. Boimy się “finalizować” taką partię, bo może za jakiś czas będziemy chcieli coś w niej jeszcze zmienić – czy to wykonanie, czy brzmienie danego modułu i trzeba będzie potem do tego wracać, dokonać poprawek i ponownie zgrywać. Zajmuje to czas i wytrąca z rytmu. I tutaj, nieco wbrew logice – tkwi całe piękno tej metody.

Tuż przed zgraniem (czy “zamrożeniem”) takiej ścieżki, upewnijmy się, że jest to na daną chwilę najlepsze, co mogliśmy wymyślić i wmówmy sobie, że po zgraniu, nie da się już do tego powrócić. Zobowiązujemy się (przed sobą) nie wracać do oryginalnego śladu, więc po dopieszczeniu partii zgrywamy ją na audio i ruszamy dalej.

W kolejnych etapach działamy tak, jakby ten zgrany ślad był jedynym, jaki posiadamy – bez dostępu do źródła. To jest jedyne, co mamy i musimy z tym żyć. Takie podejście nauczy nas pewnej odpowiedzialności i będzie nam łatwiej iść do przodu, a nie rozwodzić się godzinami nad jedną partią…

135. Wprowadź się w nastrój

Zanim rozpoczniemy pracę nad nowym projektem, warto przez kilka czy kilkanaście minut posłuchać muzyki w stylu w miarę zbliżonym do tego, w jakim zwykle tworzymy. Dobrze by też było, gdyby tą muzyką było coś nowego, czego wcześniej nie słyszeliśmy, bo to prawdopodobnie wciągnie nas bardziej niż coś, co znamy na wylot.

Raz, że taka “nowość” oczyści nam nieco głowę, a dwa, że może zainspirować do czegoś mniej schematycznego niż zwykle – np. wykorzystania nietypowego brzmienia, rytmu, struktury utworu lub budowy melodii. Czasem jest tak, że jeden malutki element potrafi nam tak mocno zakiełkować w głowie, że jesteśmy w stanie wokół niego zbudować całą piosenkę.

Dlatego posłuchanie dwóch czy trzech obcych nam wcześniej kawałków może być bardzo ciekawym fundamentem do stworzenia czegoś świeżego.

136. Dodaj utworowi ciężaru

Napotkamy czasem na sytuację, że podczas tworzenia utworu (szczególnie w klimatach elektronicznych) będziemy odczuwać brak “masy” czy ciężaru albo odpowiedniego “tąpnięcia”. Szkic naszego utworu pasuje nam muzycznie i aranżacyjnie, ale braknie mu po prostu dobrego kopa.

Jedną z prostszych metod na dodanie naszej produkcji konkretnej porcji witamin, jest obniżenie niektórych elementów w tonacji – zaczynając od stopy. Proponuję wtedy wyciszyć wszystko poza śladem stopy i zacząć obniżać wysokość dźwięku (dowolną wtyczką typu pitch-shift) aż odczujemy, że w którymś momencie stopa uderza ze znacznie większą siłą niż wcześniej. Chodzi nam o to, aby bardziej tę stopę poczuć niż wyraźnie słyszeć jej wybrzmiewanie. Poza tym, zawsze możemy później dołożyć drugą próbkę stopy – oryginalną z wyraźniejszym sustainem i klikiem, a tę pierwszą przerobioną traktować bardziej jako sub-basowy czołg i dobrać między nimi odpowiednie proporcje.

Potem, wedle uznania możemy chwycić (lub nie) pozostałe partie melodyjne i też je globalnie (ale delikatnie) obniżyć, np.o 1-2 półtony. Wszystko tak, aby miało to oczywiście muzyczny sens.

Jeśli natomiast chodzi o przypadek, gdy pracujemy z muzyką graną na żywych instrumentach, to po prostu spróbujmy zagrać i nagrać dany utwór o pół tonu lub cały ton niżej i porównajmy rezultaty.

Jest to jedna z szybszych i łatwiejszych metod dodania kawałkowi masy bez potrzeby sięgania po jakieś wtyczkowe “upiększacze”, wtyczki generujące częstotliwości sub-basowe, czy inne harmoniczne, etc. One wszystkie mają oczywiście rację bytu, ale dlaczego nie spróbować uchwycić odpowiedniego ciężaru już u źródła…?

137. Nie bądź narcyzem i pracuj szybko

Nie byłbym sobą, gdybym czasem nie dodał odrobiny karykatury i pikanterii do swoich myśli. W tym punkcie chodzi o to, aby nie zakochiwać się z wzajemnością w dopiero co stworzonej partii i nie słuchać jej namiętnie przez 20 minut opiewając swój geniusz.

Nawet, jeśli jest ona rzeczywiście nad wyraz piękna i genialna, proponuję ruszać dalej i nie wpadać w pułapkę obsesyjnego myślenia o tym, co było (czy już jest) – mimo, iż to relatywnie nowa partia, to jednak jest już nagrana. Zamiast tego, całą pozytywną energię i podekscytowanie proponuję przełożyć na te nadchodzące partie.


I na dzisiaj tyle. W kolejnym artykule będziemy kontynuować wątek tworzenia, inspiracji i skutecznego doprowadzania projektów do końca.

Zostaw komentarz