Jak Produkować Lepsze Utwory, Cz. 21

Kontynuujemy wątek zdobywania zleceń, promowania własnej, muzycznej sylwetki i podbijania muzycznego świata swoimi dokonaniami. Dzisiaj kolejna porcja wskazówek, które mogą Wam pomóc w przeskoczeniu Wielkiego Muru Chińskiego. No dobra, na początek może w przeskoczeniu nad ogniskiem czy nad czym tam skakać lubicie.

Głupszego wstępu chyba nie mogłem napisać, więc może przejdźmy od razu do rzeczy…

99. Profil prywatny

Dla jasności – “prywatny” w sensie “osobowy”, a nie “niewidoczny” czy “tylko dla znajomych”.

Wspomniałem w poprzednim wpisie o konieczności działania w sieci. Dziś bez tego nie ma na wielkie (właściwie na żadne) możliwości szans. Może się to nam podobać lub nie, ale tak to obecnie wygląda. W tamtym podpunkcie mówiłem przede wszystkim o naszym „muzycznym” profilu, ale wierzcie mi lub nie – to, jak wygląda nasz profil prywatny (czy to na FB, czy na LinkedIn, czy gdziekolwiek indziej), ma również spore znaczenie i wpływ na to, jak będziemy postrzegani.

Zadbajcie więc o to, aby wyglądało to poważnie. Nie muszę chyba mówić, że pewnych zdjęć nie powinno się publikować (choć młodzież powinna to już na tym etapie wiedzieć lepiej), ale to nie wszystko… Nie pozwalajcie się znajomym otagować na zdjęciach czy filmach, na których próbujecie komuś udowodnić, że potraficie wypić litr złocistego trunku jednym ciągiem czy inne tego typu “ambitne” wyzwania.

100. Bombardujcie…

W zasadzie niemożliwe jest bycie zauważonym, jeśli nic w tym kierunku się nie robi. To wydaje się oczywiste, ale czasem trzeba sobie o tym przypomnieć… Nawet, jeśli nasze prace są na najwyższym poziomie, to raczej niewielkie są szanse na to, że nagle, same z siebie zaczną do nas spływać zlecenia czy prośby o współpracę. To tak jak byśmy chcąc znaleźć pracę wystawili na jakimś portalu wpis typu “szukam pracy, zainteresowani moją osobą niech piszą na priv”… A wierzcie mi, są osoby, które tak robią i dziwią się, że żaden pracodawca się do nich nie odzywa. Trochę powagi, kochani – praca sama do nas nie przyjdzie, trzeba o nią powalczyć!

Niezmiernie istotne jest więc to, aby częścią naszej działalności była rozsądna promocja własnej twórczości. A to nie zawsze wydaje się proste do zorganizowania. Samo założenie profilu na kilku stronach jeszcze niczego nie gwarantuje. To za mało. Pasywne podejście prawdopodobnie niewiele zmieni. Może przy sporym szczęściu ktoś nas odnajdzie, ale dlaczego by temu szczęściu trochę nie dopomóc i wyruszyć do ludzi ze swoją „ofertą”? Tutaj trzeba być aktywnym i uczynić z samo-promocji regularny obowiązek.

Dlatego oprócz oczywistej obecności i działalności w sieci, powinniśmy także pracować nad relacjami “twarzą w twarz” – pojawiać się na różnego rodzaju spotkaniach, targach, warsztatach, konwencjach, szkoleniach, koncertach, imprezach muzycznych w klubach, etc. Poznawać ludzi, rozmawiać z nimi, pozostawiać dobre wrażenie i pozostawiać coś jeszcze…

101. Potęga wizytówki

Może się wydać to nieco archaiczne, ale proponuję nie ignorować tej „klasycznej” metody pozostawiania po sobie śladu. Zainwestujcie w porządnie wykonany kartonik zwięźle opisujący, co robicie i zawierający większość namiarów – telefon, email, adres www czy profil na którymś z serwisów. Zamówcie w drukarni te minimum 100 czy 200 sztuk (to są minimalne koszta) i zawsze noście przy sobie przynajmniej kilka sztuk.

Spotykając na swojej drodze ludzi z różnych działów tej machiny i wręczając im swoje wizytówki, sprawicie znacznie lepsze wrażenie niż ktoś, kto coś tam zabełkotał i kogo szybko się zapomina.

A kto wie, kiedy osoba, której subtelnie wetknęliście swój biznesowy kartonik, będzie akurat potrzebowała kogoś na zlecenie (np. w ostatniej chwili). To małe papierowe cudeńko może wtedy sprawić, że taki zainteresowany przejrzy w sieci szybko to, co macie do zaprezentowania i właśnie do Was się odezwie.

Niby drobnostka, ale przecież często z takich małych rzeczy buduje się coś większego. Szczerze polecam mieć wizytówki zawsze w kieszeni, bo nie znacie dnia, ani godziny…

102. Nie bombardujcie…

Żeby skontrastować punkt 100., muszę Was również uczulić na drugą stronę medalu… Bo można w kwestii samo-promocji oczywiście przesadzić – jak ze wszystkim. Także w świecie muzycznym istnieją pewne granice i choć możemy mieć najlepsze intencje, to jeśli zabraknie nam umiaru i wyczucia – bardzo łatwo możemy osiągnąć efekt odwrotny od zamierzonego.

I to niezależnie od tego, jaką formę kontaktu będziemy przyjmować. Ciężko mi tu podać konkretne liczby czy częstotliwość maltretowania kogoś swoją osobą, bo to trzeba po prostu indywidualnie ocenić zdrowym rozsądkiem. Ale zapewniam, że wysyłanie komuś 20 maili i drugich tyle wiadomości głosowych w ciągu jednej doby, prędzej załatwi Wam pozew o nękanie niż jakiekolwiek zlecenie muzyczne.

To samo tyczy się wstawianych postów na portalach typu FB. Ktoś, kto 8 razy dziennie wypisuje jakieś niezrozumiałe bzdury związane z niepowodzeniami kuchennymi czy robi i wrzuca zdjęcia swoich goleni albo bluzga co trzecie słowo i non-stop doprasza się o „lajkowanie”, sam sobie strzela samobója.

Sam miałem do czynienia z takim „agresywnie promującym” człowiekiem, który nigdy na blogu nie napisał ani słowa komentarza i nigdy mi się nie przedstawił, za to regularnie wysyłał mi przez formularz kontaktowy linki do swoich (chyba) produkcji. Bez słowa wyjaśnienia. Bez „dzień dobry”. Bez niczego. A w ankiecie dla nowych subskrybentów, w każdej rubryce (w każdej!) powklejał po kilka linków do swoich wypocin i jakichś swoich przedziwnych artykułów, które niby coś o muzyce i sprzęcie mówiły. Zdecydowałem temu człowiekowi nie odpisywać, bo czułem i miałem obawy, że kontakt zwrotny wywoła tylko lawinę kolejnych wiadomości, z których i tak wiem, że nic twórczego by nie wynikło. Takie rzeczy się od razu wie i czuje w bebechach…

Mam więc nadzieję, że widzicie różnicę między rozsądną (konkretnie nakierowaną oraz spójną) formą promocji, a pustym i niezbyt mądrym spamowaniem jak tylko się da. Bo efekt jest naprawdę odwrotny.

I tą nieco dziwną anegdotą przechodzimy do ostatniego punktu dzisiejszego wpisu, którą jest:

103. Sztuka mówienia „nie”

Może to trochę rozumowanie na opak, tzn. odmawiać, gdy staramy się o zdobycie zlecenia, ale pozwólcie, że wytłumaczę.

Wiem, że czasem powiedzieć „nie” wcale nie jest łatwo, ale zdarzy się, że będzie to najlepszym wyjściem z sytuacji. Jak wiemy, nie każdy jest asertywny, szczególnie jeśli chodzi o akceptowanie zleceń związanych z czyjąś pasją, a już w ogóle, gdy są to zlecenia poważne i za pieniądze (bo przecież sporo ich będzie w formie „nic nie dostaniesz, ale będziesz miał zamiast tego szansę na promocję własnego wizerunku” czy coś takiego).

Jednak będą co jakiś czas takie przypadki, gdzie po prostu trzeba będzie się dyplomatycznie z danego „gigu” wyplątać. Powody mogą być różne – nie wyrobimy się z terminem, nie czujemy się pewnie w danej stylistyce, wiemy, że nie podołamy temu zleceniu, bo przewyższa ono nasze obecne możliwości, nie odpowiada nam wysokość wynagrodzenia czy inne w stylu bardzo ciężko pracuje nam się z daną osobą, nie nadajemy na tych samych falach czy może otrzymany materiał jest niestety na bardzo niskim poziomie i wiemy, że nic sensownego z tego nie będzie.

Jakie by te przyczyny nie były, nie bójcie się odmawiać. Nie ma w tym nic złego. Jeżeli rzeczywiście czujemy (czy nawet jesteśmy pewni), że to nie jest coś, co chcemy zrobić, po prostu grzecznie danej osobie podziękujmy za rozważenie naszej osoby i podajmy powód (najlepiej szczery). To o wiele lepsze i dojrzalsze niż podjęcie się takiej pracy ze świadomością (albo co gorsza – pewnością), że jej nie podołamy albo będziemy się niepotrzebnie męczyć. Wyjdziemy wtedy na niepoważnych ignorantów, z którymi dany osobnik już się nigdy w podobnej kwestii nie skontaktuje. A jeśli ktoś nie będzie w stanie zaakceptować naszej konkretnej, szczerej i kulturalnej odmowy, to prawdopodobnie nie była to osoba warta współpracy.

Natomiast naszemu profesjonalizmowi w rzetelnej odpowiedzi odmownej może dopomóc to, że polecimy kogoś innego (ale koniecznie sprawdzonego i w danej chwili dostępnego) i zapewnimy, że jest on tak samo dobry (albo i lepszy) niż my sami tudzież lepiej się odnajduje w danej stylistyce. Oczywiście wcześniej musimy go zapytać o zgodę. No, ale tego chyba nietrudno się było domyślić?

A skoro w temacie promocji i współpracy i tak troszkę poza artykułem…

Chciałbym polecić Wam dwie strony (a właściwie – dwie osoby), które warto obadać.

Jeśli szukacie producenta porządnych podkładów/beatów, to z całą odpowiedzialnością polecam Wam sprawdzić możliwości Krzysztofa, który już trochę w temacie siedzi i ma naprawdę pokaźne doświadczenie oraz portfolio:

FLOBEATZ

A dla wszystkich tych, którzy nie mają możliwości nagrania prawdziwych bębnów (ale takowych potrzebują), podrzucam link do mega-utalentowanego i przemiłego gościa o imieniu Max, który Wam nagra bębny takie, jakie sobie wymarzyliście – czy to “z ręki” w MIDI, czy w wielościeżkowym audio (sam korzystam z jego usług, więc wiem):

WantDrums.com


Oto przedostatni zestaw porad z tego zakresu. W kolejnym odcinku podam Wam jeszcze kilka wskazówek, dzięki którym powinna nam nieco wzrosnąć świadomość na tym polu.

  1. Aktualny etap cyklu ma akurat spore pokrycie z artykułami, które niedawno miałem okazję przeczytać na portalu MusicTech, pozwolę sobie podrzucić linki dobarwiając artykuł dodatkową wiedzą, mam nadzieję że nie zostanę podany do sądu jako niezdrowa konkurencja? 😀 Korzystając z okazji dodam jeszcze coś, co powtarzałem od daty powstania zakamarków – świetna robota. Niezbyt dysponuję w życiu czasem na regularny odzew w komentarzach, natomiast konsekwentnie czytam kolejne nowinki. Bloga od lat rekomenduję każdemu zaraz obok Pensado’s Place, szczególnie osobom mającym kłopoty z językiem angielskim. No to lecą linki razem z pozdrowieniami 🙂

    http://www.musictech.net/2015/07/11-tips-profile-building/

    http://www.musictech.net/2015/07/12-demo-tips/

    • Dzięki za linki i dobre słowo. Pozew sądowy już Ci wysłałem 🙂

  2. Dobrze, a czy mógłbyś polecić konkretne portale na których siedzą między innymi Ci “Odkrywcy/Łowcy Talentów”? I ogólnie do promowania swojej twórczości.
    No ja wiem jedynie o
    -Soundcloud
    -Youtube
    -Myspace
    -FB,Twitter,Insta – (to już raczej dodatek wiadomo)

    Ale może oprócz tych portali są jakieś inne warte uwagi miejsca,gdzie warto mieć konto?

    PS.Ostatnio znany dość producent EDM opisał temat “jak się przebić żeby dotrzeć do czołowych labelów”
    To polecał dołączyć też do jakieś grupy producentów np.EDM zależnie do czego kto dąży,oczywiście wirtualnej grupy :), dzielić się swoją muzyką zbierać opinie i opiniować innych. No i siekać jak najlepsze tracki rozsyłając gdzie sie tylko da :D, a później to raczej zanim my się zainteresujemy labelem to on zainteresuje sie nami.
    Wysyłając demo nie koniecznie musimy wydać track, ale np.ktoś znany może odtworzyć go na swoim Radio-Show i to pomaga w promo.

    • Oprócz tych popularnych, które wymieniłeś – Reverbnation, Bandcamp, Spotify, Last FM, Reddit Music. Dobrze też mieć wlasną stronę (polecam skorzystać z bulidera na http://www.wix.com) i przede wszystkim graj koncerty.
      To, że trzeba siekać jak najlepsze kawałki to raczej oczywiste 🙂 Nie każdemu się uda przebić. Oprócz umiejetności, cieżkiej pracy i wytrwałości, potrzeba też odrobiny szczęścia…

Zostaw komentarz