Jak Produkować Lepsze Utwory, Cz. 10

Kontynuujemy temat poprawy wydajności oraz kreatywności podczas produkcji utworu w domowym studiu. Dziś zaprezentuję Wam kolejne 5 wskazówek, które powinny uczynić Waszą pracę jeszcze bardziej płynną. Zaczniemy z grubej rury, bo dla dobra utworu musimy być czasem gotowi na drastyczne kroki…

41. Usuwanie partii

Czasem się zdarza, że nawet świetnie brzmiąca ścieżka nijak nie chce nam się wpasować w utwór. Sama w sobie jest ok, nie dudni, nie rezonuje, nie szumi i ma atrakcyjny charakter, ale po prostu nie siada nam w miksie. Możemy próbować różnych zabiegów i czasem zdarzy się, że one co nieco pomogą, ale jeżeli jakiś element nie pasuje w kontekście całości, to trzeba podjąć męską decyzję i po prostu pozbyć się takiego delikwenta. Dobro utworu jest ważniejsze od dobro jakiejś pojedynczej ścieżki…

To jest jeden przypadek. Drugi to taki, gdy mamy w całej sesji nawalone 60 śladów i dziwimy się, dlaczego brakuje nam separacji i słyszymy tylko jakąś niewyraźną pulpę zamiast klarownych ścieżek. Stara zasada mówi, że jak nie jesteś zadowolony z utworu na 24 śladach, to dodanie kolejnych dwudziestu na pewno tego nie zmieni. I to się od lat sprawdza.

Tę liczbę traktujemy oczywiście umownie, bo jak się wyłamiemy o ślad, dwa czy trzy, to przecież nie będzie tragedii. Chodzi tu przede wszystkim o to, żeby nie zaśmiecać sesji każdą ścieżką, jaka tylko przyjdzie nam do głowy (bo im mniej tym lepiej), a nie o to, że 24 ślady w sesji to jakiś sztywny wymóg i gwarant napisania hiciora.

Liczba ta po prostu nawiązuje do czasów, gdy nagrywało się na taśmę i mieliśmy wtedy po prostu ograniczoną liczbę (właśnie 24) ścieżek, które mogły zostać nagrane. I jak się okazało – nawet z takimi niedogodnościami można było nagrywać genialne utwory i płyty. Chodzi tu więc bardziej o pewną zasadę niż o konkretne cyferki.

Aczkolwiek czasem warto spróbować sobie w DAW postawić taki warunek – “zmieszczę się w 24 trackach i ani jednym więcej”. To może być ciekawa lekcja.

42. „Tylko krowa nie zmienia poglądów”

To stare przysłowie ma w naszej dziedzinie niejedno potwierdzenie. Biorąc się za inżynierię dźwięku, realizację nagrań, miksowanie, pracę z artystami i wszystko inne z tematem związane, od pierwszego do ostatniego dnia pracy – MUSIMY być zawsze otwarci na nowe (lub inne niż nasze znane, komfortowe i bezpieczne) podejście, techniki, zabiegi, gusta i narzędzia.

Bycie, jak to mówią, „konserwą” w tym zawodzie jest jak podpisanie zgody na zwolnienie według widzimisię pracodawcy (czyt. klienta). I choć bardziej jest to porada z zakresu osobistego obycia, manier i podejścia do życia, to uważam, że otwarty umysł realizatora, chęć próbowania nowego, nie zamykanie się wokół tego, co stare i sprawdzone, nie robienie czegoś tylko po swojemu, etc. – są czynnikami, które mają szansę zaprowadzić nas daleko.

Pozwolę sobie przytoczyć tu postać administratora forum dzwiek.org, Jacka Miłaszewskiego. To zdolny inżynier młodszego pokolenia, który relatywnie często zmienia swój sprzęt czy modyfikuje podejście, próbuje nowych rzeczy, testuje, zdaje z tego relacje. A to porzuca plug-iny i robi wszystko na zewnętrznych procesorach, a to wraca do wtyczek i zostawia tylko garstkę “klocków”. Swego czasu zmieniał monitory odsłuchowe szybciej niż my jesteśmy w stanie wymówić nazwę stolicy Madagaskaru.

Wszystko dlatego, że facet ma otwarty umysł i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że istnieje pierdyliard różnych opcji i nigdy nie ma na nic jednej, najlepszej recepty. A bycie gotowym na zmiany, poznawanie nowego i przystosowywanie się do innych niż zawsze, komfortowych warunków – potrafi kolosalnie wpłynąć na nasz rozwój. Słyszeliście kiedyś o tym, że podróże kształcą? To taka sama sytuacja…

Ja od samego początku bloga tłukę wątek pt. „to zależy, nie ma jednej recepty”, bo im szybciej każdy to zrozumie, tym wszyscy na tym lepiej wyjdziemy. Dlaczego o tym? Bo wiem, że jest wśród nas spore grono czytelników wspomnianego forum (prawdopodobnie raczkujących w temacie), którzy żyją w przeświadczeniu, że jak będą używać tych samych plug-inów czy narzędzi, co jakiś inny, bardziej doświadczony realizator, to automatycznie osiągną tak samo dobre wyniki.

Najwyraźniej nie słyszeli nigdy o czymś takim, jak czynnik ludzki… Tymczasem, któregoś pięknego dnia Jacek oświadcza, że znalazł jeszcze fajniejszą wtyczkę od poprzedniej i z tamtą starą (którą oczywiście bardzo chwalił) się rozstaje. W tym momencie chorda młodziaków załamuje ręce, bo przecież właśnie wydała wszystkie oszczędności na plug-in, który jednak nie okazał się być „tym najlepszym”. I takich sytuacji było kilka…

Ale wracając – nie zamykajcie się na inne poglądy, sposób podejścia do sztuki, interpretacje, wizje artystów (mimo, iż czasem są absurdalne), nie bójcie się wyjść ze swojej “bezpiecznej bańki”.

I dla zrównoważenia – nawet mimo podanego przykładu zaślepienia z podążaniem za jakimś wzorcem, pozwólcie się też czasem ponieść sugestiom innych ludzi, zaufajcie im. Myślenie, że „tylko ja mogę mieć rację” albo bycie kimś w stylu: „Cześć, jestem Olek i wiem lepiej.” to automatyczne skazanie się na porażkę. Szczególnie w przypadku produkcji muzyki. To dziedzina sztuki jest. Znaczy się – zazwyczaj taką jest…

43. Stare sztuczki

I teraz coś z drugiej strony barykady… Pamiętajcie o tym, że nawet jeśli jakiś trik czy sztuczka była wykorzystana już setki razy, to nadal możemy ją przemycić do swojego utworu. Tym bardziej w sytuacji, gdy akurat bardzo do danego kawałka pasuje. Nieważne czy będzie to podniesienie tonacji ostatniego refrenu, brzmienie jakiegoś syntha czy basu lub jakakolwiek inna, utarta metoda.

Jeżeli coś w danym kontekście się sprawdza, to należy podążać tym tropem. Poza tym, nie należy bać się „starych” trików, bo skoro wszyscy teraz korzystają z tych „nowych”, to nasz stary rupieć może okazać się w ich gąszczu nowością (odgrzaną, bo odgrzaną, ale dawno nie słyszaną).

Porównajcie to sobie chociażby z trendami panującymi w świecie mody. Zauważcie, że cyklicznie wracają do łask jakieś retro elementy z różnych, minionych epok. I choćby nie wiem co, w takim przypadku, takie stare jest uważane w pewnym sensie za nowość…

44. Ufanie własnemu instynktowi

To jest jedna z najbardziej cennych wskazówek, jakie sam kiedyś otrzymałem (i nawet na Zakamarkach kiedyś się nią podzieliłem). Gdyby się tak poważnie zastanowić, to podczas produkcji… często się za dużo zastanawiamy. Czy wybrać taki instrument, czy takie brzmienie (zrozumiałe, jak się ma bibliotekę brzmień rzędu 3TB, prawda?), czy może zaaranżować tutaj więcej partii, a tam mniej, jakiego mikrofonu użyć na tych skrzypcach, czy dać wokal deczko ciszej lub głośniej, ile kompresji na basie, jakie ustawienie pogłosu… Przecież tego jest cała masa.

Jestem zdania, że jak znajdziemy coś, co działa, to od razu to wykorzystujemy i przechodzimy dalej. Nie zastanawiamy się nad tym, czy jak byśmy przeszukali pozostałe brzmienia, to znaleźlibyśmy coś nieco lepszego. Życia by nam nie starczyło, jak byśmy za każdym razem chcieli wypróbować wszystkie dostępne opcje w każdym aspekcie produkcji.

Dlatego zwykle trzeba podążać za swoim pierwszym instynktem i uwierzyć w słuszność swojej decyzji (co nie oznacza, że nie powinniśmy co jakiś czas eksperymentować, bo to kwestia balansu). Wiadomo, że łatwiej nam będzie się w tym zbiorze poruszać wraz ze zdobywanym doświadczeniem, ale bardzo ważne już na starcie jest wyrobienie sobie nawyku do działania pod wpływem tego, co nam podpowiada serce/głosy w głowie/bulgotanie w żołądku, bo z reguły to są najlepsze decyzje…

45. Rób sobie prz—erwy

Tego chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć ani nikogo do tego przekonywać. To jedna z najlepszych metod na zwiększenie wydajności. Nie będę się tu rozwodził zbytnio, bo akurat w tej chwili sam potrzebuję przerwy (piszę trzeci artykuł z rzędu bez wytchnienia). Polecam zrobienie w tym czasie czegoś zupełnie nie związanego z tematem. Telefon do babci, kanapkę z pasztetem, spacer z kotem czy żonglowanie zapałkami – cokolwiek Was tam relaksuje…

Wiadomo, nic tak nie podziała jak świeże powietrze, więc może najlepiej pójść sobie kupić lizaka czy śmieci wyrzucić powolnym krokiem. Po powrocie na pewno ruszycie ze zdwojoną siłą.

Podsumowania nie będzie, bo sam właśnie idę do sklepu. Wracam za cztery dni 🙂

  1. Bardzo mądry artykuł. Dwa przykłady:punkty 41 i 42 Lechu Janerka robiąc płytę Fiu Fiu przy pierwszym podejściu, cały materiał, nie pojedynczą ścieżkę ale całą płytę wywalił do kosza i wszystkie piosenki nagrał od początku. Czym przy tym jest rezygnacja z jakiegoś instrumentu w piosence. Punkt 43 pośledźcie płyty różnych wykonawców na przestrzeni dziejów i znajdźcie “cytaty” produkcyjne. Właściwie od czasu Sierżanta Pieprza i Pet Sounds po drugiej stronie wielkiej kałuży, cały czas wykorzystuje się przeróżne producenckie sztuczki. Nie ma co pękać, one od lat działają.
    Że zacytuję klasyka – Igor, po raz kolejny trafiasz w sedno tarczy 😉
    Pozdro!

    • “Sedno tarczy” powiadasz? 🙂 No to rzeczywiście klasyką pojechałeś!

  2. Sama prawda :mrgreen:
    Przypomniała mi się rozmowa na jakimś forum, z kimś kto uparcie twierdził, że bas, stopa, werbel MUSZĄ BYĆ ZAWSZE W ŚRODKU.

    • Coś za szybko mi opublikowało… 🙄
      Nie przekonywały go przykłady znanych utworów, gdzie te instrumenty były nawet skrajnie w panoramie i że ważne, żeby wszystko “grało” 😈

    • Czasem zamiast słuchania niektórych ludzi lepiej posłuchać muzyki 😉

  3. Świetnie na słuch działa szum różowy, polecam przez min 15 s słuchać szumu różowego i dalej wrócić do miksu.

Zostaw komentarz