Kilka Żelaznych Zasad…

Poznając jakikolwiek temat z zakresu nagrywania, miksowania czy ogólnie pojętej produkcji muzycznej z reguły natykamy się na szereg zależności, warunków, różnych sytuacji czy wyjątków.

Zauważyliście to na pewno i u mnie kiedy podejmuję się opisania jakiejś kwestii związanej z produkcją muzyki w domowym studio.

Często podkreślam, że niemal wszystko determinowane jest przez szereg konkretnych czynników w danym przypadku – jedne rzeczy są zawsze zależne od innych…

Tę tezę jak najbardziej nadal podtrzymuję, ale ostatnio sobie pomyślałem, że warto by było zebrać kilka takich żelaznych reguł związanych z realizacją, które generalnie sprawdzają się zawsze w naszej pracy czy samym podejściu do niej.

Proponuję się ich trzymać, bo odstępstw tutaj raczej nie znajdziecie…

W związku z tym, poniżej przedstawiam Wam listę pięciu zasad, które, moim zdaniem, można uznać za niezniszczalne:

1. Za dźwięk odpowiada człowiek, a nie maszyna

Tę regułę można przedstawić różnymi słowami i na różne sposoby – “liczy się człowiek, a nie sprzęt”, tak jak “ważny jest kierowca, a nie pojazd”, “sprzęt sam nie gra” czy w końcu znane nam motto festiwalu Soundedit – “I Am The Sound” (“Jestem Dźwiękiem”). Te i kilka podobnych haseł łączy jedna rzecz, która jest niezmienna od dawna i taką pozostanie na wieki.

Najważniejszym elementem i ogniwem łańcucha produkcyjnego w muzyce był, jest i będzie człowiek (ucho, doświadczenie i podejmowane decyzje…). Czy mówimy o zdolnym realizatorze, czy też o utalentowanym muzyku – to w człowieku tkwi największa potęga i to od niego będzie zawsze zależał finalny rezultat. Choćby proces miał jeszcze 83 fazy przez jakie przejdzie dźwięk, na końcu i tak najważniejszy okaże się nasz, ludzki wkład.

Żaden kawałek sprzętu, pakiet wtyczek, mikrofon lub przedwzmacniacz z najwyższej półki, interfejs za tysiące złotych, gitara robiona na zamówienie, wielka konsoleta mikserska czy pomieszczenia za miliony dolarów i cały szereg innych elementów – nie będą znaczyły nic, dopóki nie zajmie się tym odpowiedni człowiek.

Łatwo zrzucać winę na wszystkie martwe przedmioty wokół nas, ale ani razu nie spojrzeć w lustro, prawda? “Nie wychodzi mi, bo nie mam dobrych wtyczek” albo “Gdybym miał droższy mikrofon to moje wokale by od razu brzmiały lepiej” – wyznania z takiej kategorii zbyt często pojawiają się wśród amatorów homerecordingu i szczerze mówiąc, jest to trochę smutne, bo bardzo odbiegające od rzeczywistości.

Dopóki nie pojmiemy, że to od nas samych zależą wyniki, że trzeba długo i ciężko pracować nad warsztatem, dopóty będziemy się dziwić i nie rozumieć, dlaczego mając ten sam sprzęt co jakiś tam kolega czy inny znany producent, nie osiągamy tak dobrych wyników jak oni. Jeśli zaakceptujemy fakt, że to my sami często jesteśmy największymi wrogami własnych produkcji, to świat od razu zacznie się zmieniać na lepsze – bo i na lepsze zaczniemy zmieniać się my.

Dlatego zawsze jak zabrniecie w kozi róg, to zapytajcie samych siebie – “Co JA mogę zrobić, żeby to brzmiało lepiej?”. A potem zacznijcie to robić (trening słuchu, analiza utworów i wyciąganie wniosków, nauka aranżacji, melodii, harmonii, rytmiki, praca nad jak najlepszym wykonaniem, techniki studyjne, metody pracy z ludźmi i cały ten kramik).

Szukajcie powodów niepowodzeń przede wszystkim u siebie i nad nimi pracujcie. Wtedy macie większą szansę na jakikolwiek sukces 🙂

2. Miks będzie tak dobry, jak dobre są ślady

Nie jeden raz mówiłem o tym, aby przykładać jak największą wagę do śladów źródłowych, bo to jest przecież nasz punkt wyjścia, jak fundament dla budynku. I nie ma znaczenia, czy mówimy o nagrywanych mikrofonami instrumentach lub głosach czy o programowanych wewnątrz instrumentów wirtualnych partiach MIDI.

W obu przypadkach (w każdym przypadku) rzeczą kluczową jest możliwie najlepsze wykonanie, dobrane brzmienie i pomysł – wszystko jeszcze u źródła, zanim zaczniemy nagrywać! Totalną pomyłką są niechlujnie zrobione nagrania i nadzieja na to, że “pan akustyk” to poprawi, bo “teraz wszystko można w komputerze”… Jasne, bardzo dużo można, ale jest to zawsze kosztem czegoś innego (np. nienaturalnego, sztucznego brzmienia), że o straconym czasie nie wspomnę. I jeszcze jedno – “dużo” nie oznacza “wszystko”, tak na marginesie. Naprawdę są granice… 🙂

Równanie, strojenie czy ogólnie mówiąc – edycja śladów jest rzeczą pracochłonną i niestety nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty. Rzeczywiście w dzisiejszych czasach można bardzo wiele zdziałać i w pewien sposób “podratować” nawet marne ślady, ale to nadal będą marne ślady – tyle, że swoją miernotę będą miały nieco ukrytą. Zasada jest prosta – jeśli celujemy w światową klasę, to pierwszorzędne ślady są podstawą!

Bo sto razy lepiej, prawdziwiej, naturalniej i bardziej przekonująco zabrzmi porządnie nagrana ścieżka, której nie będzie trzeba ciąć, przesuwać, poprawiać, zmieniać niż taka, z którą się trzeba będzie męczyć. Również czasowo (a czasem też i finansowo) wyjdzie to wiele korzystniej. I tylko takie ślady miksuje się naprawdę z przyjemnością, reszta to zazwyczaj męczarnie.

Dlatego gorąco zachęcam do wyćwiczenia partii (czy to instrumentu, czy własnego głosu) i wstrzymania się z jej nagraniem do momentu, aż nie uznamy, że opanowaliśmy ją do perfekcji. No, a przynajmniej do 95% perfekcji… Instrument (czy nasz głos) też musi być w nienagannej formie!

Potem trzeba się przyłożyć do wyboru odpowiedniego typu mikrofonu, jego pozycji względem źródła, zadbać o warunki w pomieszczeniu, optymalne poziomy nagrania, ogólny klimat, emocje i wykonanie. A dopiero na samym końcu martwimy się o konkretne modele sprzętu w torze nagraniowym (patrz punkt pierwszy). Taka mniej więcej jest kolejność i hierarchia.

Jeśli pracujemy z kimś, to też istotne, aby relacje między nami były odpowiednie – jak muzyk i realizator nie “klikają” na tych samych falach, to taka sesja będzie trudna i ten fakt będzie miał odzwierciedlenie w jakości nagranych ścieżek…

3. Mniej oznacza lepiej

Wszyscy mamy tendencje do przesadzania, także w dziedzinie produkcji muzycznej. Czy będzie się to tyczyło ilości wirtualnych instrumentów, czy ilości posiadanego sprzętu, czy ilości nagrywanych ścieżek albo “warstw” jednego instrumentu czy w końcu ilości plug-inów w łańcuchu obróbki każdej ścieżki, itd. Długo można by wymieniać…

Zwykle ze wszystkim przesadzamy. A dzieje się tak dlatego, że:

  • możemy, bo mamy ułatwiony dostęp do wielu narzędzi
  • pokładamy nadzieję, że “więcej” (śladów, warstw, wtyczek) załatwi nasze problemy
  • nie potrafimy odpowiednio korzystać z prostych narzędzi, jakie mamy pod ręką

Fakt, że czasem, ale bardzo sporadycznie i może deczko więcej niż by rozsądek podpowiadał – “za dużo” się sprawdzi, ale będzie to zazwyczaj w skrajnych przypadkach (gdy powiedzmy chcemy jakiś ślad przemielić kilkoma specjalnymi efektami, bo szukamy czegoś nietuzinkowego). Natomiast w zdecydowanej większości do osiągnięcia celu wystarczy absolutne minimum procesorów/ścieżek/szeregu innych rzeczy.

Naprawdę nie musimy nagrywać 6 śladów głównego wokalu, żeby zabrzmiał on grubo i tłusto. W rzeczywistości (i jeśli się nie przyłożymy), każda kolejna warstwa będzie tylko coraz bardziej szkodzić.

Naprawdę nie musimy posiadać kilometrowych list z plug-inami czy setek syntezatorów wirtualnych, bo raz, że z nich w ciągu życia nie zdążymy skorzystać i nie zdołamy ich wystarczająco dobrze poznać, a dwa, że im taka lista dłuższa, tym nasz paraliż coraz większy – “I które EQ ja mam teraz wybrać…?” Lepiej ograniczyć ilość opcji, a te pozostawione poznać dogłębnie niż upatrywać rozwiązania w kolejnych piętnastu korektorach…

Naprawdę nie musimy w ramach jednego projektu upychać 64 czy 120 ścieżek, bo niby dopiero wtedy kawałek zabrzmi w pełni. Im więcej śladów, tym więcej konfliktów, większe ryzyko maskowania się częstotliwości, problemów z fazą, chaosu w brzmieniu i niezrozumiałej aranżacji. Rezultatem tego jest kawałek bez żadnego punktu skupiającego, bez zmian dynamicznych, bez polotu i najzwyczajniej – bez sensu.

Największą sztuką jest takie zaaranżowanie utworu, by każdy element spełniał jakiś cel i nie wchodził w drogę innym instrumentom. Tego trzeba się po prostu uczyć. Ten proces nie polega na odpaleniu dwunastu wirtualnych samograjków, nagraniu jak największej ilości warstw każdej ścieżki i wrzuceniu na wszystko tony wymyślnych wtyczek z kolorowymi pokrętłami.

Często bowiem kluczem do dobrego utworu jest to, czego NIE zrobimy i przed czym się powstrzymamy…

4. Wełna mineralna JEST najlepszym materiałem do adaptacji akustycznej

Nie potrafię zliczyć, ile razy dostawałem wiadomości od zaskoczonych czytelników, absolutnych nowicjuszy w dziedzinie home-recordingu (a co dopiero adaptacji), że ja o jakiejś wełnie piszę, skoro oni wszędzie, cytuję: “w każdym profesjonalnym studiu” – widzieli tylko pianki. A u kolegów i ich znajomych producentów to nawet wytłoczki po jajkach, które “bardzo dobrze działają”.

Nie jeden elaborat o (nie)skuteczności samych pianek napisałem, na słowo wytłoczki reaguję już niemal alergicznie, więc rozwodził się tu nad tym zbytnio nie będę – polecam po prostu przeczytać moje artykuły z kategorii Adaptacja Akustyczna, a potem rozejrzeć się po prawdziwych studiach, a nie tylko tych u ziomków w piwnicach. Dodatkowo, można odwiedzić strony firm zajmujących się profesjonalnym przystosowywaniem pomieszczeń pod względem akustycznym i poczytać trochę o procesie i o używanych materiałach.

A na deser można jeszcze poszperać w różnego typu publikacjach (z badaniami i pomiarami włącznie), które są dostępne w sieci za darmo i na własne oczy zobaczyć, jaki materiał przoduje w adaptacji akustycznej pomieszczeń. Oczywiście wełna nie będzie tam jedyna, ale bez niej ta gra nie ma w ogóle sensu, bo ona jest tutaj podstawą!

Do domowych czy małych, projektowych pracowni wełna mineralna (“wata”, jak to mówią niektórzy nierozeznani) jest tym bardziej wskazana ze względu na swoje świetne właściwości absorbujące, których nie przebije żaden dostępny materiał. Bo w tych zwykle małych pokojach i sypialniach, żaden inny materiał nie zdziała aż tyle, aby zaatakować najważniejsze problemy (w dole i dolnym środku pasma). Pianki są w tym aspekcie bezużyteczne.

One mogą (choć wcale nie muszą) być minimalnym uzupełnieniem zestawu do adaptacji, ale podziałają tylko w nieznacznym stopniu i zrobią dobrze tylko tam, gdzie będzie specyficzny problem (np. odrobinę za dużo odbić w wyższych pasmach z uwagi na rodzaj powierzchni), a to zdarzy się bardzo rzadko, bo z reguły wełna i z tym sobie doskonale poradzi. Ale przenigdy nie traktujmy pianek, jako jedynego, a tym bardziej – głównego elementu adaptacji.

Alternatywą dla gąbek (i to całkiem rozsądną) oraz uzupełnieniem adaptacji opartej na absorberach z wełny – mogą być dyfuzory. I te stosujemy wtedy, gdy trzeba nieco opanować te ostatnie odbicia w wyższych rejestrach (czy zniwelować resztki echa trzepoczącego), bo dyfuzory zwracają część energii z powrotem do pomieszczenia, nie zabijając przy tym całkowicie jego “żywotności”.

Adaptacja to oczywiście o wiele więcej niż wełna, pianki i dyfuzja, bo są jeszcze pomiary, pułapki basowe, rezonatory, rozmieszczanie, symetria, drgania, rezonanse, mody oraz zupełnie inny dział – izolacja akustyczna i cała paleta z tym związanych rzeczy, ale my dziś nie o tym…

Jeśli ktoś będzie Was kiedyś chciał przekonać, że pianką zaadaptujecie całe pomieszczenie i będzie git, to zróbcie obrót na pięcie i odejdźcie w przeciwnym kierunku.

Bez wełny nie ma prawdziwej i skutecznej adaptacji!

5. Nikt nie wie wszystkiego…

Mówi się, że zaprzestanie uczenia się i poznawania nowych rzeczy jest niemal równoznaczne z procesem się uwsteczniania. Nie inaczej jest i w tej dziedzinie. Materiału związanego z produkcją muzyczną jest naprawdę sporo do wchłonięcia, bo zatacza on szerokie kręgi wokół wielu spraw.

I można tutaj przyjąć bardzo prostą filozofię – ten materiał trzeba po prostu poznać, a potem powtarzać i uaktualniać, ciągle dociekać nowych rzeczy i nigdy nie przyjmować postawy “wiem już wszystko i nie muszę się niczego uczyć”.

A to tylko strona teoretyczna. Druga, to oczywiście praktyka, która jest nie mniej istotna. Ba, nawet ważniejsza niż teoria, bo co innego wiedzieć, a co innego umieć. I analogicznie, stwierdzenie “wszystko już umiem” też proponuję zostawić w tyle, a zamiast tego ciągle próbować, ćwiczyć, sprawdzać i jak najwięcej praktykować. Bo zawsze będzie coś nowego, czego możemy się nauczyć.

Nie będzie istotne czy przeczytamy o jakiejś technice czy sposobie pracy w książce, podpatrzymy u innych czy usłyszymy od bardziej doświadczonych – każdy kanał ze źródłem wiedzy jest dobry (o ile oczywiście jest ono godne zaufania).

Mogę powiedzieć z własnego doświadczenia – nie jestem turbo-zawodowcem, profesjonalistą i żadnym maestro (choć niektórzy początkujący mi to na siłę próbują wmówić). Ciągle popełniam błędy, wielu rzeczy jeszcze nie wiem i nie umiem, ale ciągle staram się nad tym pracować i przede wszystkim – zawsze przeznaczam kilka godzin w tygodniu na przeczytanie kilku słów, obejrzenie kilku filmów czy na inne sposoby poszerzania wiedzy. Staram się też w wolnych chwilach wypróbowywać nowo poznane (czy dawno zapomniane) techniki i wyciągać z tego wnioski. I naprawdę widzę, jak to popłaca.

Fakt, że po tych kilku latach spędzonych na uczeniu się i praktykowaniu, tempo odkrywania nowych rzeczy znacznie u mnie spadło, ale nadal pojawiają się elementy, które gdzieś mi wcześniej umknęły, techniki, o których zapomniałem czy ogólnie pojęte podejście do pracy, którego jakiś czas nie praktykowałem i gdzieś się zagalopowałem w swoim myśleniu. Taka tendencja pewnie się utrzyma jeszcze bardzo, bardzo długo.

Naprawdę warto powtarzać i uaktualniać zdobytą wiedzę i ciągle ją praktykować. Z uwagi na ogrom informacji do przetworzenia, niektóre z nich po prostu nam się nie zachowają na dobre i od razu…

Zawsze lubię przytoczyć jeden przykład, aby pomóc Wam zrozumieć, jak czasem nie zauważamy swojego progresu (co może nas trochę demotywować) – posłuchajcie swoich prac sprzed roku czy dwóch lat, a później tych najnowszych. Jeśli regularnie pracujecie z muzyką (i produkcją), to taka lekcja powinna być dla Was najlepszym dowodem stałego rozwoju i motywacją do dalszej pracy.

Podsumowując

Każdy z otwartym umysłem jest świadom tego, jak wielu rzeczy jeszcze nie wie, a ci z klapkami na oczach (i zadufaniem) uważają, że już wszystko wiedzą i niczego więcej uczyć się nie muszą…

Najśmieszniejsze jest w tej prawdzie to, że jeśli by się dobrze przyjrzeć, to poza kilkoma wyjątkami – im mamy do czynienia z lepszym i zdolniejszym realizatorem lub muzykiem, tym większy jest poziom jego pokory (bo jest świadomy swoich braków i nad nimi pracuje). A ci podrzędni, pseudo-producenci, realizatorzy “z doskoku” czy niedzielni muzycy o pokorze raczej nigdy nie słyszeli, choć to oni zwykle najgłośniej krzyczą. Taka przewrotna myśl, która sprawdza się nie tylko w tej branży…

Zakończenie

Mam nadzieję, że ten wpis ugruntuje nieco Waszą wiedzę oraz uspokoi co do tego, że może nie wszystko zawsze od wszystkiego zależy i znajdą się jakieś rzeczy w tej dziedzinie, które można uznać za względnie niezmienne. Do pewnych prawd po prostu musimy przywyknąć i je zaakceptować, a cała reszta (tych wyjątków) niechaj nadal pozostaje ogromnym polem Waszych odkryć – bo tak ma po prostu być i już 🙂

Zostawić komentarz ?

26 Komentarze.

  1. Świetny artykuł.
    Szczególnie punkt drugi, który chyba znam aż za dobrze.
    Wiele dialogów mógłbym przytoczyć ale chyba najpopularniejsze są:
    “Ja- Tu, w tym miejscu się przejęzyczyłeś
    X- A to chyba jak będziesz miksował to poprawisz?”
    albo
    “Ja- Tu, w tym miejscu słychać, że zabrakło ci powietrza w płucach, i wokal jest ‘wymuszony’
    X- A to chyba jak będziesz miksował to poprawisz?”

    I w sumie nie gniewam się na nikogo, bo jestem amatorem/hobbystą, i przede mną jeszcze długa droga zanim to co robię będzie dobre, ale po kilkukrotnym wytłumaczeniu, że na komputerze pewnych rzeczy się nie zrobi, albo zrobi się ale zajmie to zdecydowanie więcej czasu niż rozwiązanie problemu u źródła, trochę ręce opadają.
    Pozdrawiam.

    • Mnie się kiedyś pewien wokalista zapytał czy mogę mu jakąś wtyczką akcent angielski poprawić, bo on gdzieś słyszał, że tak się da… 🙂

    • Igor, to niech śpiewa po polsku, a “ta wtyczka” zamieni mu piękny angielski… 😈

  2. Hej,

    Dziękuję Igor za fajny wpis. Ileż ostatnio zaliczyłem lekcji pokory. Już nie mówię, że “uczę się na błędach”, a “uczę się popełniać błędy”…

    A z ciekawostek. Ktoś zadał mi takie pytanie: “czy jakąś wtyczką można nałożyć na mój wokal brzmienie wokalisty X z zespołu Y ?”

    Pogody ducha !

    • Oj, dużo trzeba błędów popełnić, by dojść do pewnych prawd i zrozumieć, że niektórych rzeczy po prostu zrobić się nie da. Pogody, odwagi i mądrości!

  3. Jeśli chodzi o “mniej znaczy więcej”: proszę o artykuł dotyczący wtyczek określanych jako transient designer/shaper. Sprawa nie jest nowa, niby jest już sporo materiałów w sieci, niemniej mi brakuje w nich praktycznego podejścia. Jeśli dobrze rozumiem, taka wtyczka – w zależności od ustawień – działa jako kompresor lub ekspander, ale czy to oznacza, że stosujemy ją zamiast wyżej wymienionych? Czy też w łańcuchu z nimi?

    • Nie do końca działa tak samo jak kompresor lub ekspander. Można ją stosować w połączeniu z powyższymi.

    • Tym bardziej zachęcam, aby w wolnej chwili opisać, jak stosować w praktyce 😛

  4. Leaky Boat

    Igor. Jak zwykle w sedno 🙂 Muszę powiedzieć że będąc na studiach o realizacji mam raczej poczucie że systematyzują mi tam wiedzę jakiej nabyłem czytając tego bloga (i inne też, żeby nie było 🙂 ) niż uczą czegoś nowego. A co do angielskiego w wokalach to myślę że programiści od Gtranslate już nad tym pracują 😀

    • to pogoń ich jak masz jakiś kontakt do nich, bo czekam niecierpliwie na międzynarodową karierę 😀

    • Ponoć GTranslate już bardzo dobrze zamienia język bułgarski na starogrekę (z dialektem attycko-jońskim co prawda, ale i to dobre na start). No i wymowa restytuowana w łacinie jest już kolejna na liście. Tylko czekać 😉 Angielski to taka popelina…

  5. Trociniak

    Tak jak koniec roku jest najlepszy do podsumowań swoich dokonań, tak początek następnego jest czasem, gdy możemy na świeżo ruszyć z robotą i nie przejmować się tym, co było wcześniej. Po przeczytaniu tego artykułu postaram się na nowo wcielić te zasady w swoją praktykę 🙂

  6. Jak zwykle trafił pan w sedno tarczy 😛 Ale dobrze, że piszesz takie rzeczy, bo człowiek przez rok grzebania o tym zapomina a tu proszę jaki piękny reset na początek roku.

  7. O! Zapamiętam znaczenie I`m sound. Platwormy DAW dla początkujących powinny być wyposażone w jeden trak audio,jeden aux,jeden kompresor,korektor itd. 😕

    • Coś w tym guście – same podstawowe narzędzia powinny wystarczyć.

  8. ”Często bowiem kluczem do dobrego utworu jest to, czego NIE zrobimy i przed czym się powstrzymamy…”
    Pozwoliłem sobie skopiować i zapisać to genialne zdanie.
    Wiele rzeczy o których mówisz Igorze jest bardzo uniwersalnych nie odnoszą się tylko do muzyki ale do całego życia.. To wręcz filozoficzne wywody w muzycznym kontekście 🙂

  9. Witam wszystkich. Jestem tu zupełnie nowy, ale odwiedzam ten blog od dłuższego czasu i cenię wysoko Twoje zaangażowanie i merytoryczne podejście do tematu. Podoba mi się również Twoja dbałość “językowa”, no ale dosyć tego cukrowania. Przejdę do rzeczy. W związku z tym czym się zajmuję (komponowanie i nagrywanie “do szuflady”) nasuwają się czasem jakieś pytania. Czytam oczywiście Twoje porady Igorze, ale zaglądam również do komentarzy, bo czasem i tu pojawiają się dość oryginalne pomysły. Nie zetknąłem się jednak jak dotąd z zagadnieniem utrzymania takich samych proporcji głośności pomiędzy ścieżkami w sesji masteringowej jak w miksie. Chciałbym uniknąć sytuacji, w których miks się dobrze “klei” natomiast po zaaplikowaniu w sesji masteringu na ścieżce stereo kilku wtyczek (saturacja, kompresor multiband, korektory i limiter), poziom głośności podnosi się, ale proporcje między instrumentami kompletnie się rozjeżdżają. Być może Igorze poruszyłeś już to zagadnienie wcześniej, ale niestety nie mogłem się tego doszukać. Będę wdzięczny za informacje. Z chęcią też podzielę się jakimiś refleksjami związanymi z tematem mojej zabawy z muzyką i DAW. Pozdrawiam Artur
    P.S. Pracuję na Studio One v2 pro, nagrywam “z ręki” Yamaha Motif ES 6, Korg TR61, Roland Juno Gi, Kurzweil PC361, Audiobiox 44VSL, Korg D1600MkII, bas GMR, gitara Fender Strato RW SBB, czasem egzotyczne instrumenty butelki, naczynia kuchenne, puszki wypełnione rozmaitościami… itd

    • Jak rozjeżdżają Ci się proporcje po masteringu, to znaczy, że nie został on prawidłowo wykonany (prawdopodobnie przesadziłeś z kompresją i saturacją). Mastering to nie jest łatwy proces i sporą sztuką jest go tak wykonać, aby zachować oryginalny zamysł miksu.

  10. 😉 Dziękuję Igorze. Szkopuł w tym, że miks “klei się” dobrze, tzn. proporcje głośności pomiędzy ścieżkami są w sam raz. Szczyty miksu są w okolicach -6bB. W zasadzie wydaje się, że wystarczy zwiększyć tylko głośność i będzie ok. No i tu pojawiają się schody i to kręte. Przy zastosowaniu podstawowych narzędzi (delikatna korekcja jakichś pasm, limiter ustawiony na podbicie ok 3dB, ewentualnie jakaś kompresja wybranych pasm) rozjeżdżają się poziomy między ścieżkami, tzn. instrument, który w miksie grał sobie cicho (taki był zamysł) w sesji masteringowej wychodzi “z cienia”. Staram się w miksie nie “dobijać” instrumentów nadmierną kompresją i nasyceniem, bo to nie zawsze wychodzi na dobre samemu brzmieniu, jednakże podczas zgarnia miksu jest ok, a po zaimplementowaniu kilku procesów mających tylko “wyszlifować” miks zaczyna się “jazda”. Może wcześniej spotkałeś się z takim problemem masterując kawałki powierzone Ci przez klientów? Jak sobie wtedy radzisz? ❓

    • Podtrzymuję to, co napisałem wcześniej – sztuką jest w masteringu nie spartolić tego, co wypracowano podczas miksu i wymaga to po prostu wprawy i dobrych narzędzi i warunków odsłuchowych. Tylko tak można sobie z tym radzić.

    • Przyjrzyj się dobrze tej swojej “delikatnej korekcji i kompresji jakichś pasm”, a najlepiej wyłącz po kolei i wtedy sprawdź poziomy, które Ci uciekają… 😆

  11. MariuszUK

    Dzisiaj jest już rzadkościa znalezienie luki w tym (ogromnie nasyconym)szeroko pojętym rynku – ale Twoja strona wspaniale się w tę lukę wpasowała.
    Prawdziwa przyjemność – wertowanie tych artykułów.
    Tak trzymaj (and, for crying out loud, don’t you ever stop!)
    Pozdrawiam,

Zostaw komentarz