Jak Oceniać Własną Twórczość, Cz. 3

Dziś przyszedł czas zakończyć odpowiedź na pytanie Przemka o sposoby obiektywnej oceny własnej twórczości.

W dwóch poprzednich wpisach omówiłem stronę techniczną problemu oraz wyjaśniłem kłopoty, jakie można napotkać z nie do końca idealnym systemem odsłuchowym w naszym studiu, a w tej części wpisu postaram się poruszyć kwestię psychologiczną oraz… “dziennikarską” całej tej układanki. Tak, dziennikarską. O tym za chwilę.

Nie jestem oczywiście żadnym profesorem psychologii, więc nie będę udawał, że wiem o ludziach i ich zachowaniach coś więcej niż przeciętny Kowalski, ale bazując na tym, co już widziałem i słyszałem oraz czego sam doświadczyłem w zmaganiu się ze swoimi i czyimiś kawałkami, uknuję kilka teorii, które być może pomogą zagubionemu Przemkowi, Wam oraz mi samemu spojrzeć tej bestii braku obiektywizmu głęboko w oczy i poznać całą prawdę… 🙂

III. Myślenie redaktora i korektora

Mam tutaj na myśli osoby, które zajmują się szeroko pojętym redagowaniem, a później korektą (czy edycją) tekstu, który ma zostać przekazany do publikacji. Możecie pomyśleć, jakim cudem dziennikarstwo może mieć związek z naszym polem działania. A jednak, może. I ma. Nawet większy niż by się nam mogło wydawać…

Nie bez powodu każdy tekst, który ma się ukazać w czasopiśmie, gazecie czy w innym medium, jak chociażby portal w Internecie, musi przejść przez ręce redaktora, a później jeszcze korektora (ale nie EQ, tylko osoby, która dokona ostatnich korekt). Autor tekstu mógł w nim umieścić mnóstwo “zbędnych” informacji, “szumu” lub czegokolwiek innego, co mogłoby być niezgodne z wizją czy profilem danego medium. Lub być po prostu szmirą…

Zadaniem redakcji jest takie wyedytowanie materiału, aby pozbyć się elementów, które uznane będą za niepotrzebne, nadmierne, niewskazane, nie wpasowujące się do reszty – jak na przykład własne, cięte komentarze autora czy inne treści, które chciał przekazać/przemycić.

Wszystko po to, aby końcowy materiał skupiał się wyłącznie na temacie, przedstawiał kręgosłup całej opowieści bez zbędnych “krzaków”, niedomówień i tym podobnych. O błędach interpunkcyjnych czy ortograficznych chyba wspominać nie muszę? I jak już taki tekst zostanie ociosany ze wszystkich niezwiązanych z tematem treści oraz wyczyszczony z brudów – dopiero wtedy jest gotowy do zaprezentowania czytelnikom. Zaczynacie widzieć związek z produkcją muzyki?

Po co ta cała analogia?

Otóż po to, aby uświadomić sobie, że próba obiektywnej oceny naszej twórczości musi się wiązać z chwilową zmianą podejścia i myślenia o niej. Trzeba nam na chwilę wyjść ze swojego normalnego bąbelka artysty i zacząć myśleć tak, jak myślałby “zimny” redaktor (bądź później korektor), którzy wymagają od autora (artysty) skupienia się na tym, co istotne, a nie wrzucania do jednego dzieła wszystkiego, co tylko przyjdzie mu do głowy.

Dlatego takie zimne i analityczne spojrzenie z daleka na nasz utwór (bez wczuwania się w słowa, przekaz, piękne brzmienia instrumentów, emocje, etc.) pozwoli nam surowym okiem dostrzec wszelkie niedociągnięcia i wyczyścić brudy.

A jak by to wyglądało w praktyce?

  • Myśląc kategoriami artysty czy kompozytora możemy uznać, że nasz utwór by nie istniał, gdyby nie ta piękna zagrywka na syntezatorze. A może w rzeczywistości wcale jest to tam niepotrzebne i zasłania linię wokalną?
  • Możemy uznać, że zaprogramowanie partii smyków i dęciaków, które rozłożymy na 16 ścieżek to najlepszy ruch aranżacyjny, na jaki wpadliśmy. A może w rzeczywistości partie te kolidują z pulsem utworu?
  • Możemy uznać, że czwarty dubel wokalu jest dokładnie tym, czego potrzebujemy do odpowiedniego pogrubienia głosu. A może w rzeczywistości każda kolejna jego warstwa przynosi tylko więcej szkód?

Takich pytań mogą pojawić się dziesiątki (jak nie setki) w trakcie całego procesu tworzenia czy miksowania i zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo wyjść z siebie i nagle myśleć o swoim dziele na zimno, bez emocji i przywiązania. Ale jak najbardziej jest to możliwe, trzeba po prostu trochę poćwiczyć. A jak?

Zacznę może od rzeczy dla niektórych niewyobrażalnej, ale sprawę trzeba w pewnym momencie postawić jasno i powiedzieć sobie:

1.”Basta – aranż i nagranie są już skończone”

Od tej pory mamy zakaz dodawania czegokolwiek. Jeśli już będziemy chcieli coś zmienić, to poprzez ODJĘCIE jakiegoś elementu, a nie dodawanie kolejnego.

Takie podejście pomoże w tym, aby fundament utworu lepiej się prezentował, bez zbędnych rozpraszaczy, które nic ciekawego mogą wcale do utworu nie wnosić. Nie bójcie się zabierać z piosenki elementów, które mają zerowy lub znikomy wkład w całość – nawet na etapie miksu zawsze można jakiś ślad czy fragment wyciszyć. Odejmowanie to też jest ważny zabieg aranżacyjny…

2. Od początku…

A jeśli w ogóle brak w utworze elementów, które by zwracały uwagę czy “ciągnęły” cały numer do przodu, to może zamiast nieudolnych prób miksowania tego projektu lepiej byłoby spróbować zrobić go od nowa? Tyle, że inaczej… Z nauczką wyciągniętą z poprzedniego podejścia, rzecz jasna.

3. Skończ wreszcie…

Często mamy nieznośną tendencję do zbyt namolnego i niekończącego się kręcenia – a to jakąś gałką od syntezatora, a to brzmieniem konkretnej symulacji wzmacniacza czy pre-delayem we wtyczce pogłosowej. I tak do upadłego. Potem robimy siedemnastą wersję miksu, a i tak nadal nie jesteśmy zadowoleni. Prawdopodobnie najlepsze wersje pojawiły się w okolicy trzeciej lub czwartej, więc powinniśmy się wtedy zatrzymać i sprawdzić, ale byliśmy oczywiście zbyt mocno “wkręceni” w kolejne poprawki. I tak minął tydzień…

4. Pozbądź się schematów i uprzedzeń

Chodzi o to, aby traktować każdy utwór indywidualnie. Co z tego, że zwykle robimy przesterowane bębny albo dajemy jakiś tam konkretny kompresor na wokal – do końca życia i własnej muzycznej kariery chcemy tak samo robić? Gdyby każdy redaktor patrzył najpierw na poprzednie dokonania swoich podopiecznych i oceniał artykuł po nazwisku autora jeszcze przed przeczytaniem pierwszej linijki, to pewnie dziennikarze by już dawno wyginęli.

Dobry redaktor zawsze zobaczy postęp i oceni tekst, jego zawartość, dynamikę, zachowanie zasad, stronę techniczną, wizualną i każdą inną. I tak samo powinniśmy postępować my – skupiać się na tym, aby przede wszystkim kawałek był dobry, a nie na rzeczach typu: “co powiedzą ludzie”, “nigdy tak nie robiłem”, “tego nie jestem pewny”, “czy mogę zrobić tak a tak” i masa tego typu niepewności.

Zawsze lepiej spróbować czegoś nowego (nawet jak ma nam nie do końca i za każdym razem wyjść) niż w kółko jechać starym, przetartym śladem. Taka moja opinia – Wy możecie mieć oczywiście inną.

I jako ostatni…

IV. Element Psychologiczny

Bynajmniej nie planowałem proponowania komuś psychoanalizy czy terapii behawioralnej. To po prostu taka wesoła i zarazem smutna kwestia – dlatego ją tak nazwałem. Wesoła, bo według mnie, jako gatunek ludzki za bardzo wszystko bierzemy do serca i przejmujemy się opiniami innych, a smutna dlatego, że zawsze istnieje przecież ryzyko, że akurat dany kawałek nam po prostu nie wyszedł…

Nikt z nas nie jest doskonały (choć niektórym tak się może wydawać), nawet mistrzom zdarzają się słabsze utwory, a czasem nawet małe gnioty. Nie każda piosenka ma po prostu potencjał do tego, by podbijać serca fanów i jest to najnormalniejsza rzecz na świecie.

Jedyne (i bardzo zdrowe) lekarstwo na taką sytuację, to po prostu zakończyć dany projekt (w najlepszej postaci, do jakiej potrafiliśmy go doprowadzić) i zostawić go w spokoju. Niech spoczywa – na wieki albo ewentualnie na inny, dogodniejszy czas. Moim zdaniem wyjdziemy znacznie lepiej na rozpoczęciu zupełnie nowego projektu niż na niekończącym się kręceniu i poprawianiu tego starego, z którego i tak nie jesteśmy zadowoleni.

Zakończenie

Wiem, że trochę mnie poniosło z odpowiedzią na to jedno pytanie, ale chciałem ugryźć temat z każdej strony i pokazać, że tu bardzo wiele czynników wchodzi w grę. A do całej tej masy warunków dochodzi jeszcze indywidualizm każdej jednostki, preferencje, gusta, nastrój danego dnia, zjedzony posiłek i pogoda.

Niemniej jednak od tej bardziej realizatorskiej strony można powiedzieć, że liczy się w obiektywnej ocenie własnej twórczości kombinacja tych wszystkich czynników, które opisywałem w ostatnich trzech artykułach.

Im więcej kwestii technicznych będzie rozwiązanych poprawnie, nasze dźwięki odpowiednio przeanalizowane i potwierdzone na wykresach i miernikach, nasz system odsłuchowy nie będzie nam wciskał kitów, a my sami będziemy potrafili na chłodno i konsekwentnie ocenić nasze dzieło i nie zawahamy się przed usunięciem elementów zbędnych – tym automatycznie odbiór naszej piosenki będzie lepszy. Przez innych i przez nas samych. I to się sprawdzi prawie za każdym razem.

No chyba, że już u źródła nasza kompozycja będzie do bani, bo i tak niestety czasem bywa 🙂

Trzeba z tym żyć i ruszać dalej!

Tako rzecze ja, Igor.

  1. Alan_Z.W.Z

    Bardzo dobry wpis. A propos schematów, własnie od kilku dni mam chwile braku że tak powiem weny. Odpalam Fl Studio/Pro Tools’a wszystko co zagram, poskładam, nic mi się nie podoba bit nie ma tego czegoś co mogłyby sprawić, że głowa sama chodzi góra-dół 🙂 Brak pomysłów na akordy a, o perkusji (loop) już nie wspąmnę. Co może być tego przyczyną? Próbuje wszystkich sposobów i nic nie nawraca mnie na poprzednią drogę na której, jak że tak powiem robiłem bity, które bitami można nazwać. A nie popeline, jak od kilku dni. Proszę o porady na brak weny. Czy może poprostu zrobić sobie przerwe z 2-3 tygodnie i nie tykać wgl. DAW ?

    • Różnie ludzie działają a już szczególnie Ci kreatywni. Moim zdaniem masz ‘odwrócony trigger’. Nie polecam siadać przy DAW i mówić sobie ‘a teraz coś skomponuję’ – jest to grafomania muzyczna. Zdrowa kolejność to pojawienie się pomysłu w głowie, który wyzwala włączenie DAWa, aby ten pomysł utrwalić. Później (lub od razu) można przerobić taki surowiec na 3 wartościowe minuty, które podbiją serca wiernych. Amen.

      Jeśli nic Ci po głowie nie chodzi a masz nadmiar czasu to zrób 4 serie po 30 pompek – lepiej na tym wyjdziesz i mówie to całkiem bez śmiechu.

      Dzięki Igor za trylogię 🙂

  2. Alan_Z.W.Z

    Sorki, że trochę to zagmatwałem. Chory jestem głowa zmęczona 🙁

  3. Alan_Z.W.Z

    Dzięki, za rade. Co do pompek to nie muszę. Trenuje boks 6 lat. To jestem wymeczony codziennie. 🙂 Ale wracając do tematu masz całkowitą rację z “Nie polecam siadać przy DAW i mówić sobie ‚a teraz coś skomponuję” Często mi się to zdarza.

  4. Jest jeszcze inny problem.Jak słucham tego czego słucha mój jedenastoletni syn to mam poważne wątpliwości czy uda mi się ucelować w gusta ludzi poniżej 40 roku życia. Bo trochę zawsze tak jest że media dyktują jak następny utwór ma wyglądać.Nowy człowiek się rodzi i jego uszy są ,,wychowywane“na
    czym innym niż moje.Więc ja jako twórca mogę mieć problem aby wstrzelić się w gusta szerszego odbiorcy. Tego pochodzącego z nowszego pokolenia.

    • przemo1722

      Masz rację @Piotr K, jest to dla każdego pewien “problem”. Nadążać trzeba za trendami wg. mnie. Ja mam dla Ciebie małą radę. Teraz załóżmy w muzyce elektronicznej króluje deep house, jakieś big roomy, progressive house… no różnie, cały czas to się kręci w kółko. Przesłuchaj sobie różne obecnie topowe kawałki z różnych topowych gatunków i znajdź taki który ma najwięcej wspólnego z tym co robisz. Tak abyś mógł powiedzieć sobie “Mógłbym robić taką muzę z przyjemnością!”.
      Raz, że będziesz znowu na czasie, a dwa będziesz robił muzykę taką jaka Ci się najbardziej podoba.
      Gatunków jest masa, ale przecież i w muzyce elektronicznej można usłyszeć instrumenty akustyczne, wszystko można tak pięknie połączyć.
      Rób muzykę taką jak robiłeś ale w świeżym opakowaniu 🙂

  5. Rozumiem Cię przemo.Umieć połączyć to co mi w sercu gra z tym co na zewnątrz. Czyli uwzględniając powiew swierzości.Dzięki. 😉

  6. Leaky Boat

    Świetny wpis. Nic dodać nic ująć.

Zostaw komentarz