Kolejność Działań w Tworzeniu Utworu, Cz. 7

W tym oraz trzech kolejnych artykułach z tego cyklu przedstawię Wam swoją wizję pracy i to, jak zazwyczaj postępuję podczas tworzenia nowego utworu.

Postaram się w miarę szczegółowo opisać czynności, które wykonuję podczas pisania, nagrywania, edytowania, miksowania oraz masteringu swoich utworów.

Żeby przedstawić jeszcze lepszy obraz całej tej sytuacji, będę również przytaczał kilka nazw narzędzi, instrumentów i wtyczek jakimi zazwyczaj się posługuję podczas produkcji.

Mam nadzieję, że będzie to interesujące podsumowanie tego przydługiego cyklu, a podane przeze mnie informacje w mniejszym bądź większym stopniu przydadzą się Wam podczas tworzenia własnych piosenek.

Pusta sesja…

Każdy zapewne zna ten ból, gdy odpala nowy, pusty projekt w DAW, a ten gapi się na nas nieubłaganie mówiąc: „No zrób coś!”. Chwytamy za jakiś instrument, syntezator, rompler, sampler czy cokolwiek innego, ale wszystko brzmi dennie, słabo i bez polotu. Mało to inspirujące warunki do twórczej pracy.

Z tego względu osobiście nie lubię za bardzo siadać do DAW bez absolutnie żadnego pomysłu. Klikałbym bezwiednie presety w syntezatorze, kręcił bez celu gałkami i pewnie dałbym sobie po jakimś czasie spokój. Wprawdzie kilka razy coś tam się z takiego ślepego dłubania urodziło, ale to były raczej szkice, których nigdy nie skończyłem i o których już dawno zapomniałem. Po jakimś czasie się po prostu się przekonałem, że nie jest to sposób tworzenia odpowiedni dla mnie.

Jak zazwyczaj tworzę kawałki?

Zdecydowanie bardziej wolę chwycić gitarę do ręki zanim w ogóle odpalę program. Popróbuję kilku rzeczy, riffów, zagrywek, akordów, gdzieś w tle ponucę kilka melodii i wtedy zazwyczaj wskakuje mi do głowy coś, co może być warte dalszego rozwinięcia. Oczywiście nie zawsze tak się zdarza, więc bywa, że kończę taką sesję refrenem od „Mniej Niż Zero…”, chowam gitarę do pokrowca i po raz setny sobie powtarzam, że trzeba było iść do polityki, bo tam przecież nawet nieudacznicy mają szansę osiągnąć jakiś sukces…

Jeśli jednak już coś z tej gitary wymęczę i uznam, że jest to warte zapamiętania, to zwykle dokonuję szybkiej rejestracji pomysłu telefonem i zapisuję co i jak w tabulaturze (mam bardzo słabą pamięć, więc muszę). Innymi czasy inspiracja uderzy mnie w środku miasta czy na przystanku i wtedy też staram się to w jakiś sposób zanucić do telefonu (ku uciesze przechodniów). W każdym razie – taki zapisany później pomysł staram się przekuć na utwór już w spokojnym zaciszu mojej pracowni, gdzie rozmyślam o całokształcie tego ledwo powitego dzieła i planuję co i jak.

Czasem też jest tak, że mam jakiś bliżej niesprecyzowany motyw w głowie, bez konkretnych patentów i wtedy po prostu podpinam gitarę i mikrofon, włączam sobie nagrywanie (bez żadnego metronomu) i ono sobie wędruje przez pół godziny, a ja w tym czasie gram, co mi się wydaje, że grać powinienem. Potem odsłuchuję raz całości i jeśli coś znajdę – zostawiam i próbuję wokół tego budować dalej.

W każdym razie, nie o tym w sumie miałem pisać – o inspiracjach jeszcze na Zakamarkach porozmawiamy, bo przygotowuję i o tym kilka tekstów.

Przyjmijmy w tej chwili, że mam już jakiś pomysł na utwór i chcę go zrealizować. Oto jak najczęściej to u mnie wygląda:

BUDOWA

Siadam z kartką i obmyślam całokształt utworu – od aranżu, przez brzmienia, aż po instrumentarium. Decyduję, co będzie najważniejsze, ale rozważam także o dodatkowych elementach otaczających te główne, a czasem nawet myślę o specjalnych efektach (bom nad wyraz niecierpliwy). Myślę, czy ewentualnie nie zmodyfikować w jakiś sposób budowy (może dłuższy refren, może druga zwrotka krótsza o połowę, może jakiś przerywnik, bridge, solo, cokolwiek), żeby mieć możliwie najmniej pracy i przeszkód do pokonania później.

To wszystko wykonuję oczywiście przed rozpoczęciem nagrywania. Jak ustalę co mam grać, gdzie i jak – zabieram się za ustawienie instrumentu, sprzętu i siebie…

Nie będę ukrywał, że zdarzyło mi się po fakcie zmienić zdanie co do jakiegoś elementu aranżacji, ale na szczęście była to partia MIDI (którą lekko pozmieniałem i dałem w inne miejsce). Są to jednak zwykle sytuacje sporadyczne i generalnie staram się trzymać przyjętej na samym początku struktury.

Teraz do rzeczy (i do kolejności):

NAGRANIA

Zwykle, jako pierwszy ślad nagrywam gitarę – akustyczną lub elektryczną (zależy na której oparty jest utwór, rzecz jasna). Natomiast nie robię tego do bezdusznego metronomu, tylko wcześniej ładuję do Addictive Drums jakiś prościutki rytm, bo gra mi się do bębnów znacznie lepiej niż do jakiejś „pikającej kuleczki”. Partia bębnów będzie oczywiście później zmieniona, w tej chwili stanowi jedynie zamiennik “clicka” i przewodnik po zawiłym świecie grania równo…

Po nagraniu prowadzącej gitary, robię jej dubla (ale nie zawsze) i nagrywam pilotażowy wokal. Możecie spytać, dlaczego tak wcześnie. Otóż dlatego, że lubię mieć wokal w sesji już na samym początku, bo jak później będę dokładał kolejne instrumenty (te nieco mniej istotne, bardziej ozdobne), to nie chcę żeby wchodziły one w drogę wokalowi (w sensie aranżacyjnym). Moim zdaniem znacznie lepiej jest ułożyć partie instrumentów dodatkowych w takich miejscach, aby nie pojawiały się zawsze tam, gdzie frazy wokalu – coś na zasadzie kontrapunktu (raz wokal, raz instrument). Nie dość, że będzie to się lepiej trzymało kupy, to jeszcze później w miksie nie będzie trzeba się aż tak z maskowaniem częstotliwości zmagać.

A dlaczego jest to wokal „pilotażowy”? Ano dlatego, że nagrywałem go raptem do samej gitary i nie wiem jeszcze jak zabrzmi cały utwór (w sensie intensywności i odczuwanych zmian), a słowa są raczej niesprecyzowane i nucę o przeróżnościach w stylu ody do sznurówek czy o ulubionych potrawach – dlatego zostawię finalne nagranie wokalu na moment, gdy już całe instrumentarium będzie zrobione i właściwe słowa napisane. Dzięki temu będę mógł nagrać sensowną partię wokalu w kontekście rozwijającego się kawałka, czyli reagując na to, co dzieje się w aranżacji. Polecam sprawdzić, jeśli ktoś nigdy nie próbował.

Perkusja

Następnie zabieram się za bębny (zwykle z Addictive Drums, czasem EZdrummer, a jak mam więcej czasu – zamawiam usługę nagrania bębnów on-line albo organizuję czas na rejestrację bębnów w lokalnym studiu). Potem nagrywam bas (prawdziwy albo z Triliana, XPand-a, Vacuum Pro lub Loom-a) i całą resztę instrumentów, większość z VST, ale nie zawsze – czasem dodaję ukulele, dzwonki, tamburyno, grzechotki, marakasy, klaskanie czy inne odgłosy, które ze mnie czy z różnych przedmiotów wychodzą. Z reguły odbywa się to na zasadzie „najważniejsze na początku, poboczne na końcu”.

Jak wszystkie partie są już na miejscu, robię sobie przerwę i wracam po jakimś czasie, żeby odsłuchać całości i zdecydować, czy ma ona w ogóle ręce i nogi. Pamiętajcie, że dobry aranż, oznacza szansę na dobry miks – taki surowy kawałek jeszcze przed miksem powinien przypominać piosenkę. Jeśli tak nie jest, nie ma sensu zabierać się za miks, bo prawdopodobnie i tak nic dobrego z tego nie wyniknie…

Jeżeli nie jestem zadowolony z nagrań, jestem zmuszony do nich powrócić i poprawić co należy, co czasem oznacza nagranie jakiejś partii od nowa – nie lubię tego robić (bo kto lubi?), ale to tylko pokazuje, jak ważne jest to, żeby jeszcze przed nagraniami sobie dobrze wszystko przemyśleć, prawda? Że o odpowiednich ćwiczeniach i próbach nie wspomnę…

EDYCJA

Przyznaję się bez bicia, że nie jestem wirtuozem żadnego instrumentu, mimo iż na kilku co nieco zagrać umiem, a i czasem coś zaśpiewam. Ale do ideału mi w tej sztuce niestety daleko, co oznacza, że czasem jestem po prostu zmuszony sięgać po różne narzędzia naprawcze, przykrywające moje niedociągnięcia wykonawcze. Wiem, że może to wyglądać na lekką hipokryzję z mojej strony, bo na okrągło mówię o odpowiednim przygotowaniu do nagrań, ćwiczeniach, jak najlepszym wykonaniu, itp., a często w swoich własnych produkcjach muszę się posiłkować jakimiś narzędziami edycyjnymi. No cóż, aż tyle talentu nie mam, a na regularne ćwiczenia niestety już brakuje czasu, dlatego sprawa ma się tak, a nie inaczej.

Ale jedno, za co jestem sobie wdzięczny, to fakt, że jak jeszcze nie miałem na twarzy zarostu, a czasu zawsze było wręcz w nadmiarze – grałem w domu po kilka godzin dziennie, co zaowocowało tym, że w obecnych czasach nadal wiem jak chociażby prawidłowo trzymać instrument i wydobyć z niego podstawowe dźwięki 🙂

W każdym razie, sprawa z edycją zazwyczaj wygląda u mnie tak:

  • Gitara Akustyczna

Zazwyczaj staram się unikać jak ognia jej edycji, bo lubię w grze naturalne niedociągnięcia (o ile są minimalne, oczywiście). Podobne zdanie mam na temat jej kompresowania, ale o tym może kiedy indziej. W każdym razie, dla spokoju sumienia sprawdzam jak mi poszło – słuchowo i wizualnie i jeśli gdzieś przedarł się jakiś ‘babol’, to wyrównuję go ręcznie. Zdecydowanie unikam automatycznych rozwiązań rozciągających bądź zacieśniających audio, bo mają one zwykle bardzo niekorzystny wpływ na brzmienie. Szczególnie w tak bogatym harmonicznie instrumencie.

Jeśli mi w ogóle nie pójdzie, to po prostu nagrywam raz jeszcze (i jeszcze…), aż do skutku. Także staram się, aby nagrać całą ścieżkę bez przerywania, doklejania fragmentów i tak dalej. Co nie oznacza, że nie sięgam i po takie metody (szczególnie, jeśli jest to tylko ostatni, wybrzmiewający chwyt na zakończeniu…).

Aczkolwiek zawsze staram się o jedno, pełne wykonanie od początku do końca, bo brzmi to po prostu prawdziwiej i spójniej. Takie doklejanie fragmentów potrafi czasem lekko odstawać od reszty, bo jesteśmy niejako w innym trybie (bez odpowiedniego „flow” całości), mogliśmy przypadkowo inaczej usiąść względem mikrofonu, coś poruszyć, odsunąć, przekręcić. A takie detale (szczególnie inna pozycja względem mikrofonu) potrafią sporo zmienić w brzmieniu rejestrowanego instrumentu. Tego raczej chcemy unikać.

  • Bębny

Te akurat nie dotyczą poprawy mojego wykonania, bo na tym instrumencie grać zbytnio nie umiem i perkusji nie posiadam (ale jak mam okazję zasiąść za jej sterami to zawsze zagram te swoje 3 rytmy na krzyż…). Z racji moich wątpliwych umiejętności gry na perkusji czasem zlecam innym osobom nagranie partii dla potrzeb jakiejś produkcji. W takim przypadku i jeśli zachodzi potrzeba (tylko wtedy), równam je nieco w Pro Tools za pomocą Elastic Audio albo Beat Detective (jeśli wymagają sporo pracy), a czasem robię to ręcznie – gdy do poprawy jest tylko kilka sporadycznych uderzeń.

Jeśli zaś używam perkusisty wirtualnego, to albo odgrywam część partii na padach MIDI i potem kwantyzuję to wykonanie, a następnie lekko randomizuję (zgodnie z tym, co pokazałem NA TYM FILMIE), albo korzystam z wbudowanych w rompler gotowych rytmów (z reguły zagranych przez prawdziwych bębniarzy na perkusji elektronicznej) i ewentualnie lekko je edytuję, celem lepszego dopasowania do swojego utworu. I najczęściej są to akcenty stopy, nutki-duszki na werblu, przejścia, układ hi-hatów.

Z reguły nie ma przy tym za dużo pracy, bo staram się już na początku dobrać taki groove, który jest możliwie najbliżej mojemu wyobrażeniu partii bębnów w danym utworze. A że bibliotekę takich ‘beatów’ mam dość pokaźną, to z reguły znajduję coś bardzo bliskiego moim wizjom w niedługim czasie.

Tutaj, rzecz jasna, nie ma raczej mowy o poprawkach w stylu równania timingu, bo z uwagi na „ludzkie” wykonanie tych rytmów, naturalne i delikatne odchyły od siatki występują i tylko dodaje to całości realizmu. Oczywiście inna sprawa, gdy celujemy w jakiś elektroniczny czy inny bit, który ma być sztywno z siatką – wtedy nie ma zmiłuj i bezlitośnie równamy każde uderzenie.

Ciąg dalszy nastąpi…

Następne w kolejności będą bas oraz wokal i im przypisane czynności edycyjne, ale o tym (oraz o początkach miksu) porozmawiamy w kolejnej części tego cyklu.

  1. A można cię gdzieś posłuchać? 🙂

  2. Zupełnie jak byś opisywał moją pracę (z małymi wyjątkami) 😈

  3. U mnie też całkiem podobnie 🙂
    Tyle że do swoich kawałków sam komponuję bębny, a do coverów ściągam w MIDI, randomowa kwantyzacja, pół-randomowae velocity i potem AD 🙂

    Co do edycji ścieżek zagranych samemu – do nie dawna używałem albo efektów podłogowych do rejestracji gitary, albo symulacji z PODFarm i nagrywałem gitary z prawie gotowym brzmieniem. Ostatnio przekonałem się do impulsów i nagrywam gitarę “czystą”. Dużo łatwiej się ją edytuje (więcej widać!), ale też artefakty od stretcha jeżeli się pojawią to po dopaleniu późniejszymmi efektami (disto/overdrive) znikają/maskują się. Oczywiście stretch rozsądny to MAX 110%, najlepej tam gdzie dźwięk już “gaśnie” 🙂

    To takie moje spostrzeżenia 🙂

    PS. Record i pół godziny jammu – przyjemna metoda, dopóki sie tego recorda nie wyłączy i nie zacznie odsłuchiwać a potem zastanawiać jak to przepisać na tabulaturę 🙂 Dla mnie najbardziej znienawidzone zajęcie tworząc swój kawałek – przelewanie dźwięku na cyferki. Z coverami jest zupełnie na odwrót 😉

  4. Myślałem że tylko ja nie pamiętam po kilku dniach od nagrania jak zagrałem ostatnio wymyślony patent gitarowy :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Zostaw komentarz