Kolejność Działań w Tworzeniu Utworu, Cz. 6

Po emocjach związanych z ostatnią promocją kursów miksowania nadszedł czas powrócić do spraw bardziej przyziemnych, czyli na przykład do naszej sagi o kolejności działań w tworzeniu utworu.

W tej odsłonie chciałem przybliżyć Wam kwestię tego procesu w przypadku korzystania z mieszanki instrumentów wirtualnych i prawdziwych oraz wszelkich kolaboracji z innymi ludźmi, w różnych warunkach i sytuacjach.

Jednym słowem – porozmawiamy o przedstawicielach grupy numer trzy.

Natomiast w kilku ostatnich częściach cyklu i zgodnie z tym, co zapowiedziałem – zaprezentuję Wam jeden z najczęściej przeze mnie stosowanych stylów pracy z dokładnym wyszczególnieniem następujących po sobie działań, procesów i używanych narzędzi.

Zanim to jednak nastąpi, jestem Wam winien słowo wyjaśnienia…

Z każdym kolejnym zdaniem pisanym podczas tego cyklu artykułów zdawałem sobie sprawę z tego, że chyba trochę porwałem się z motyką na słońce, bo próba jakiegokolwiek kategoryzowania procesów w tworzeniu muzyki i ich kolejności była nieco szaleńczym pomysłem. Dopóki artykuły tyczyły się grupy pierwszej i drugiej, dopóty miałem jeszcze w głowie jakiś obraz sytuacji, którego próbowałem się trzymać i nie wypaść z jego ram. Ale jak przyszło do opisania grupy trzeciej, analizowania przypadków i możliwości, to złapałem się za swój mały łeb i stwierdziłem, że to przedsięwzięcie jest raczej niewykonalne.

A przynajmniej niewykonalne w takim stopniu, w jakim bym sobie tego życzył. Jednak z uwagi na to, że łatwo się nie poddaje i powiedziałem już „A”, nie pozostaje mi nic innego, jak dokończyć z honorem ten cykl, mimo iż z pewnością będzie on posiadał sporo braków. W każdym razie – starałem się jak mogłem, żeby chociaż nakreślić pewne koncepcje. A dla uzupełnienia tego obszernego tematu proponuję Wam poszczególne kwestie zgłębiać na własną rękę, bo mnie to trochę przerosło. Serio…

 GRUPA III 

Nie będę się tu nawet starał znaleźć jednego czy dwóch drogowskazów, bo jak pisałem – ogrom możliwości i kombinacji działań sprawia, że jest to niemożliwe. W każdym razie, w tej grupie znajdziemy wszystkich tych, którzy łączą ze sobą różne instrumenty (żywe i wirtualne), a ich praca raz ma charakter solo, a innym razem polega na współpracy z innymi muzykami.

Opiszę ten punkt po prostu na bazie własnych doświadczeń, bo myślę, że jest to jedyny sensowny sposób, aby nie pogubić się w tym oceanie różnych przypadków.

I może od tego ostatniego przykładu zaczniemy:

WSPÓŁPRACA Z INNYMI

I tu porozmawiamy o dwóch przypadkach:

1/ Na odległość

Niejednokrotnie zdarzyło mi się robić z kimś utwór na odległość i jest to ciekawa bestia sama w sobie. Część partii nagrywam ja, inne mój „wspólnik”. W zależności od projektu i wizji, zazwyczaj na początku powstaje jakaś sekcja rytmiczna, czyli bębny (żywe lub wirtualne) i bas – co by się całość trzymała kupy. Potem, w zależności od przypadku, dogrywamy gitary (zwykle na przemian) i na końcu wokale. Gdzieś w międzyczasie pojawiają się w tle smyki, pianino czy inne syntezatory. W większości przypadków wokale robione są na samym końcu.

Ale nie zawsze tak jest. Mam też na koncie projekty, które wyglądały z goła inaczej – otrzymywałem coś w rodzaju szkicu (powiedzmy gitara akustyczna + wokal) i wokół tego trzeba było zbudować resztę – ułożyć bębny w romplerze, dograć bas, jakieś chórki, dodatkowe rzeczy. Po skończonych nagraniach zabierałem się za miks i ewentualny mastering. To tak w wielkim skrócie.

Acz dwie najważniejsze rzeczy, na które podczas takiej pracy warto zwrócić uwagę, to:

  • komunikacja
  • logistyka

Ja miałem ten przywilej, że współpracowałem na odległość (i nadal współpracuję) z ludźmi, których w większości dobrze znam osobiście, dlatego rzadko kiedy dochodzi tu do nieporozumień. Jeśli zdarzy się Wam sytuacja, w której praktycznie nie znacie danej osoby (czy powiedzmy wynajmujecie jej usługi nagrania jakiegoś instrumentu) to warto by było przed podjęciem współpracy przedyskutować swoje wizje, oczekiwania, upodobania, warunki i cały ten bałagan. Wszystko po to, żeby uniknąć później niejasnych sytuacji i żeby obie strony były z takiego projektu zadowolone.

Jeżeli zaś chodzi o logistykę czy powiedzmy stronę techniczną, to przy dzisiejszych możliwościach Internetu możemy w zasadzie zrobić wszystko w kwestii współpracy i dzielenia się plikami czy sesjami na danym etapie. Od najzwyklejszego załadowania plików na którąś ze stron hostujących dane (polecam tutaj wetransfer.com) przez różne „chmury” (np. dropbox.com, copy.com) aż po wyspecjalizowane rozwiązania, które integrują się bezpośrednio z naszymi DAW-ami (np. Gobbler).

Udostępnianie drugiej osobie plików typu „work in progress” w oddzielnych folderach, z wyszczególnionymi datami i opisami znacznie uporządkuje taki tryb pracy i pozwoli śledzić rozwój utworu. Dodatkowo, możliwość bezproblemowej komunikacji przez Skype czy inne tego typu narzędzia też tu znacznie pomaga.

2/ Na miejscu (stacjonarnie)

Oczywiście mowa o współpracy “twarzą w twarz”.

I tutaj paleta możliwości jest dłuższa niż Nil. Nasz współpracownik (lub współpracownicy) mogą parać się graniem sesyjnym na żywych instrumentach w studiu (i tam rejestrować dla nas partie), mogą to być nie wychodzący z domu koledzy o wielkim arsenale wtyczkowych instrumentów, miłośnicy analogowych syntezatorów, czy ktokolwiek inny – wedle życzenia i upodobania. Jeśli chcemy ich zaprosić do współpracy, to oni będą potrzebowali mieć „do czego” grać, rzecz jasna. Raz, że inaczej ciężko będzie im coś nagrać “od czapy” nie znając tempa, tonacji, etc. – to jest oczywiste. A dwa – z reguły ktoś taki (szczególnie nieznajomy) chciałby najpierw się zorientować z kim (z artystą na jakim poziomie) ma do czynienia. Dlatego warto mieć już jakąś porcję materiału przygotowaną. I warto, aby była ona dość dobrze przygotowana, bo właśnie to będzie w głównej mierze decydowało o przyjęciu przez niego naszej propozycji lub nie.

Podsumowując to w wielkim uproszczeniu – chcąc współpracować z kimś, kto ma nam dograć jakieś partie, miejmy już porządnie zarejestrowaną część swoich partii. Nasz współpracownik dokłada wtedy jego 3 grosze, my to dodajemy do projektu, ewentualnie dogrywamy jeszcze ostatnie ślady, konsultujemy, rozmawiamy, poprawiamy i jak wszystko gra – możemy przejść do miksu, a potem do masteringu.

PRACA SOLO

Ta forma nie będzie się zbytnio różniła od przypadku opisanego w grupie 2 (B), poza oczywistymi różnicami w rodzaju instrumentów (tu dojdą żywe). Kolejność ich rejestracji, jak i następne etapy mogą być w zasadzie takie same – poza tymi elementami, na które trzeba zwrócić szczególną uwagę i które opisałem dokładnie przy okazji omawiania grupy 2, czyli głównymi różnicami w możliwościach audio i MIDI w sensie kolejności (i możliwości) działań.

Wszystko w pogotowiu…

Dobrze w tym miejscu (na czas sesji nagraniowej w samotności) mieć każdy instrument (czy to gitara, czy klawisz, czy sterownik MIDI) w zasięgu ręki – gotowy i podłączony. Wszystko po to, aby w razie uderzenia fali inspiracji móc bez kłopotu zarejestrować nasz nowy pomysł. Nie ma nic gorszego, jak powiedzmy podczas tworzenia ścieżek organów z instrumentu wirtualnego, wpadniemy na genialną partię gitarową, ale okaże się, że “wiosło” jest w hermetycznym pokrowcu, w szafie na drugim końcu domu, kable gdzieś na dnie szuflady pod świąteczną bielizną, piec u kolegi, który jest na urlopie w Sieradzu czy jeszcze jakiś inny „utrudniacz twórczej produktywności”.

Zanim byśmy się tym wszystkim zajęli i przygotowali gdzieś zapuszkowaną gitarę i piec do nagrania, wena by już nas dawno opuściła i co najwyżej nagralibyśmy kilka ostrych słów przez mikrofon celem stworzenia ujścia dla naszej frustracji. Nie powiem, bo i taki ślad można by później w nieco bardziej kreatywny sposób wykorzystać, ale my dziś nie o tym.

Jeśli chodzi o kolejność działań…

Rejestrujemy partie (surprise, surprise…) według swoich upodobań i wygody – nie ma tu twardych reguł. Następnie całość miksujemy (o ile nie wymaga wcześniejszej edycji) i poddajemy masteringowi (samemu lub przez kogoś innego). W sumie prosta i oczywista rzecz.

Co jeśli nam brakuje jakiegoś instrumentu?

Na co jednak radzę zwrócić uwagę i co może być zajęciem bardzo fascynującym (i nie do końca pracą w trybie samotnika) to jeśli nie posiadamy jakiegoś prawdziwego instrumentu, który widzielibyśmy w naszym utworze ani jego wirtualnego odpowiednika – zawsze warto pomyśleć np. o wynajęciu studia na kilka godzin czy na cały dzień i zarejestrowaniu tam takiego cuda.

Weźmy za przykład zestaw perkusyjny – ciężko go postawić w domu i grając nań nie wyprowadzić z równowagi domowników czy sąsiadów. Szczególnie, jeśli tak jak ja – zbyt dobrze w te bębny uderzać nie potrafimy. To by mogło obudzić w niektórych sąsiadach dziwne instynkty i zapędy, więc trzeba ostrożnie… A jeśli swoimi produkcjami celujemy w naturalne brzmienia, to nie ma lepszego sposobu, jak nagranie prawdziwej perkusji w studiu. Pisałem wcześniej o współpracy on-line, ale w ramach współpracy stacjonarnej możemy przecież „wypożyczyć” kolegę bębniarza i zaciągnąć go do studia na te parę godzin, żeby nagrał nam bębny urywające nie powiem co…

Tak nagrana perkusja zawsze zabrzmi lepiej niż jakikolwiek, nawet najlepszy rompler perkusyjny. Co ciekawe – nawet w gatunkach zwykle kojarzonych z samplowanymi czy sztucznymi bębnami, taki żywy zamiennik potrafi nieźle “zagadać”. Kiedyś otarł mi się o uszy jakiś numer hip-hopowy, gdzie były nagrane normalne, prawdziwe bębny i brzmiało to z resztą instrumentów (wirtualnych) i nawet niezłym raperem za mikrofonem – kapitalnie! Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak się nazywał ten kawałek, dlatego jeśli kojarzycie – dajcie znać.

Łączenie różnych stylów/gatunków/kombinacji…

Inny przykład, z większą ilością żywych brzmień, to chociażby utwór „Georgio by Moroder” z płyty Random Access Memories grupy Daft Punk, gdzie przenikają się wszelkie brzmienia i instrumentarium. Znajdziemy tutaj zarówno sztuczne bity, jak i potężną prawdziwą perkusję, różnej maści syntezatory (Moog), prawdziwe gitary, smyki, organy itp. Taka mieszanka brzmień naturalnych oraz wirtualnych robi naprawdę piorunujące wrażenie (i w takim wykonaniu, bo sam G. Moroder to geniusz). Polecam tego uważnie posłuchać i spróbować sobie wyobrazić, jak strasznie kiepsko by to chodziło, gdyby przykładowo te bębny czy gitary na końcu były programowane… Pominę już, jak dynamicznie (i inaczej niż większość rzeczy obecnie) brzmi ten album, bo to dyskusja na inną okazję…

A wszystkim tym, którzy na co dzień obracają się wyłącznie w grupie drugiej (całość wirtualnie i w DAW), proponuję kiedyś spróbować zastąpić sztuczne bębny czy bas – prawdziwymi. Będzie to nie tylko urozmaicenie i nowe doświadczenie, ale i genialna zabawa. I nauk z tego również parę da się wyciągnąć. I w drugą stronę – wszystkim miłośnikom naturalnych i prawdziwych instrumentów polecam czasem sięgnąć po nad wyraz sztuczne brzmienia perkusji, syntezatory czy inne efekty kojarzone zwykle z elektroniką.

Możecie spytać, w jaki sposób w takim razie łączyć te wszystkie brzmienia i jaką przyjąć kolejność działań. I moja najrozsądniejsza odpowiedź jest taka, jak w przypadku opisanej wyżej stacjonarnej współpracy z innymi – ma być tak, ażeby było po prostu do czego grać i odpowiednio reagować na zmiany w utworze.

A jeśli chodzi o mieszanie stylów (powiedzmy mnóstwo elektroniki przeplatanej żywymi instrumentami), to tu panuje dowolność – zależy, jaki utwór robimy, z kim (lub sami), kto ma pomysł nań, od czego chcemy zacząć i w którą stronę numer zaprowadzić. Tutaj jest w zasadzie najwięcej możliwości i nawet nie będę próbował ich rozpisywać na grupy, podgrupy i warianty, bo się to mija z celem. Jakimkolwiek…

Jedyną sensowną i nie zbijająca z tropu rzeczą jaką mogę tu zaproponować jest to, żebyście mieli z tego jak najwięcej frajdy i zabawy! No może jeszcze jedna rzecz – nie wszystko w muzyce ma i musi być “poprawne”, od pewnych koncepcji można odejść, robić rzeczy inaczej, łamać zasady – ale najpierw trzeba ich trochę poznać, rzecz jasna. Tutaj nic nie jest z góry narzucone i nie zakłada się, że istnieje jeden, prawidłowy sposób na wszystko – tak jak z tytułem niniejszego cyklu…

Podsumowanie

I tak mniej więcej klaruje się sytuacja w Grupie III. Choć „klaruje się” to raczej stwierdzenie trochę mylące i na wyrost, bo ciężko wyjaśnić coś, co ma tysiące różnych postaci. W każdym razie, próbowałem… Mam nadzieję, że wyszło z tego coś z sensem.

A Was zapytam o taką rzecz – macie w swoich projektach styczność tylko z żywymi instrumentami czy bazujecie wyłącznie na tych wirtualnych? Obracacie się raczej w “zamkniętym kręgu” czy może właśnie łączycie różne style i typy instrumentów?

Zakończenie

Obiecałem, że na samym końcu cyklu opiszę jak to wygląda konkretnie w moim przypadku i słowa zamierzam dotrzymać. W kolejnych częściach pokażę Wam przykładową kolejność działań w tworzeniu nowego utworu z mojego prywatnego podwórka. Opiszę również pominięte wcześniej z oczywistych przyczyn („bo każdy robi inaczej”) szczegóły na temat kolejności działań w procesie miksu i masteringu najczęściej przeze mnie stosowane.

  1. Senior Bass

    Ja zazwyczaj korzystam z sampli, pojedyńczych uderzeń stopy, werbla, hatów itp.
    Do tego jeszcze dochodzi wokal, a tak to raczej wszystko wirualne instrumenty lub symulatory 🙂

    No porwałeś się z motyką bo tak naprawdę co muzyk to jakaś inna metoda pracy, nie ważne czy ktoś robi sam całość, czy jest tylko opiekunem/producentem projektu czy poprostu jakiś zespół sobie działa osobiście…
    To tak jakby zapytać się kucharza ile soli dodaje do zupy i w którym momencie… są punkty wspólne ale i soli nigdy nie będzie co do ziarenka tyle samo a i też sól z różnych firm i kopalni pochodzi.. 😀

    • Wiadomo… A do tego jeszcze później dochodzą gusta smakoszy (słuchaczy), którym nigdy w stu procentach nie dogodzisz, bo jeden lubi naleśnika z pesto, a drugi z Nutellą 😉

  2. Jak zwykle artykuł extra. 😀 Ja właśnie bawię się w ten sposób używam trochę wirtualnych instrumentów bębny,bas, synth,lead, potem dokładam żywą gitarę w zależności od sytuacji elektryczną lub akustyka (jak uznam że jestem za słaby na tej gitarze – bo jestem klawiszowcem proszę kolegę o dogranie partii) potem miksuję i tak dalej.Uważam że mieszanka VST i żywych instrumentów daje b.fajne efekty.
    Ale mam również propozycję dla Forum zróbmy rynek wzajemnych usług.Typu dogram żywą gitarę lub klawisze (typ muzyki) sposób wymiany plików do dogadania. Myślę,że wszyscy z tego skorzystamy.

    • Jest to jakiś pomysł. Rozważę.

    • bardzo słuszna koncepcja, szczególnie że czasami ciężko znaleźć np kogoś kto mógłby dograć partię na instrumencie na którym sami niekoniecznie virtuozujemy;)

  3. Super artykuł zresztą jak i cały cykl:)
    Z racji że jestem gitarzystą to zawsze sam pomysł zaczyna się najczęsciej od gitary, natomiast po stworzeniu w głowie ogólnego schematu utworu nagrywanie zaczynam od perkusji (wirtualnej). Następnie dokładam partie żywych gitar i wirtualny bas aby zgrać wstępnie całość. Następnie przesyłam partię bębnów do zaprzyjaźnionego basisty, który nagrywa bas u siebie w domu – zawsze dostaje wolną rękę:) I tak powstaje prawie kompletny utwór, dalej dogrywam tylko jakieś smaczki, czasami delikatne klawisze w zależności od klimetu utworu. Co do wokalu to na razie numery są instrumentalne więc wiadomo że jeśli znajdzie się wokalista to wokal będzie dorany na samym końcu…
    Pozdrawiam wszystkich którym tworzenie i praca w domowym studio sprawia ogromną frajdę:)

  4. Ja robię dużo coverów, żywa gitara i wokale + VSTi. Współpracowałem też z kilkoma osobami na odległość. Najczęściej prosiłem o “dośpiewanie” wokali tam, gdzie nie czułem się na siłach sam 🙄 Wysyłałem gotowe, lub prawie gotowe ścieżki w wave i otrzymywałem ścieżki wokalowe, które “wklejałem” do projektu, jak np. tu gdzie zaśpiewał znajomy…Fin 🙂
    https://soundcloud.com/rufinmusic/sgt-pepper-lonely-heart-club
    Bywało też tak, że dostawałem np. gitarę akustyczną + wokal w jednym pliku i nie najlepszej jakości… 🙄 i dorabiałem do tego resztę, np. tu:
    https://soundcloud.com/rufinmusic/ha-ha-emiliana-torrini-cover

Zostaw komentarz