Kolejność Działań w Tworzeniu Utworu, Cz. 3

Ostatnio zapoznaliśmy się z przedstawicielami pierwszej grupy (i pierwszej podgrupy), czyli muzykami nagrywającymi w studiu. Opisałem Wam kilka wstępnych etapów powstawania utworów w takim właśnie środowisku i skończyliśmy w zasadzie w momencie, gdy ślady zostały zarejestrowane – oby jak najlepiej.

Etap miksu oczywiście uprościłem, a mastering wręcz pominąłem. Ciężko przecież byłoby opisać krok po kroku te etapy, bo ilu inżynierów, tyle koncepcji na miks – co już doskonale wiemy.

Nie da się opisać dokładnie czyjegoś stylu i sposobu działania oraz myśli, które przechodzą przez jego głowę podczas wykonywania takiego zadania. Ale żeby nie zostawić Was totalnie na lodzie w kwestii miksu (a później masteringu), pod koniec tego cyklu opiszę po prostu swój styl pracy w tym zakresie.

I to będzie musiało Wam wystarczyć (choć i tak nie będzie to stanowić żadnej wytycznej, a tylko opisywać moje prywatne preferencje).

To, jak pracuje dany inżynier miksu, a później masteringu, zależy wyłącznie od jego koncepcji oraz śladów, z jakimi będzie miał do czynienia, więc nie widzę sensu w porywaniu się na takie opisy. Z resztą, od ładnych kilku lat rozmawiamy na Zakamarkach o różnych technikach i sposobach pracy nad miksem oraz masteringiem więc już ten fakt powinien dać Wam do myślenia.

Zanim jednak dojdziemy do tych etapów, przenieśmy się na grunt domowych pracowni i zobaczmy, jak może wyglądać cały proces powstawania piosenek w takich warunkach. Omówiliśmy poprzednio kilka rzeczy wspólnych dla wszystkich grup (czyli Pomysł i Dobór Brzmień), więc aby trzymać jakąś sensowną kolejność, przyjrzymy się kolejnemu etapowi w życiu amatora home-recordingu grającego na prawdziwych instrumentach, czyli nagrywaniu żywych instrumentów w domowym studiu.

 GRUPA I (B) 

Taki muzyk jest oczywiście zmuszony nagrywać wszystko osobno i po kolei, bo ma przecież tylko 2 ręce i 2 nogi, więc w danym czasie jest w stanie obsłużyć z pełną uwagą maksymalnie jeden instrument. Chociaż nie powiem, czasem jednoczesne nagranie np. wokalu z gitarą akustyczną też się świetnie sprawdzi, bo będzie po prostu spójniejsze (jest to jedno wykonanie) niż nagranie tych śladów osobno (bo to dwa oddzielne wykonania).

Tylko w jakiej kolejności to nagrywać – co po czym?

Kolejny raz powtórzę (bardzo nie odkrywczo), że panuje tu pełna dowolność. Zależy, co chce nasz muzyk mieć w tym kawałku. Jeśli ma to być prosty kawałek na pianinie i wokal plus jakieś grzechotki, to raczej powinien zacząć od instrumentu prowadzącego, czyli pianina. Dograć głos, a na końcu dorzucać jakieś „upiększacze”.

Jeśli jest multiinstrumentalistą i posiadaczem wszystkiego, co trzeba, a w zamyśle ma „pełny” utwór z całą sekcją i mnóstwem instrumentów (jakby był zespołem), to proponowałbym zacząć od elementu rytmicznego, potem ewentualnie bas i reszta instrumentów, a na końcu wokal i jakieś poboczne rzeczy. Aczkolwiek wiem, że niektórzy lubią wokal nagrywać o wiele wcześniej, powiedzmy po zarejestrowaniu bębnów i basu (czy ewentualnie jeszcze jednego elementu harmonicznego, np. pianina).

Jak mówię – robimy tak, jak nam pasuje. Dobieramy instrument, brzmienie, pozycjonujemy mikrofon (lub wpinamy się kablem bezpośrednio w wejście instrumentalne), ustawiamy poziomy i możemy zaczynać. A w kwestii kolejności nie ma tutaj wytycznych mówiących o tym, że jakaś mandolina musi być nagrana jako siódma, a wokal dopiero po wszystkich instrumentach i koniecznie po godzinie osiemnastej albo na czczo w deszczowy, wtorkowy poranek. Sami jesteśmy panami własnego losu i tylko od tego, z czym czujemy się komfortowo, zależy kolejność nagrywanych śladów.

I tak dotrzemy do miejsca, w którym będziemy mieć zarejestrowane wszystkie nasze ślady audio – zarówno jako muzycy z zespołu, jak i samotni multiinstrumentaliści. Co więc dzieje się dalej?

Powróćmy teraz na sekundę do Grupy I A, czyli przypadku zespołów.

Materiał po nagraniu oddawany jest do miksu (czasem też do edycji celem wyrównywania, dostrojenia wokalu czy innych zabiegów, pozbycia się nieudanych śladów), aczkolwiek realia często są takie, że to inżynierowie miksu muszą się takimi rzeczami zajmować. W każdym razie, nagrane (możliwie jak najlepiej) ślady trafiają do osoby, która ma za zadanie dołożyć wszelkich starań, bo utwór zabrzmiał możliwie najlepiej.

W trakcie tego procesu kluczowa jest odpowiednia komunikacja między zespołem a realizatorem – tak, aby obie strony były zadowolone. Nie będę tu się rozpisywał o różnych zawiłościach tych relacji, bo to czasem jest materiał na dobrą tragikomedię (szczególnie w przypadku nierealnych oczekiwań niedoświadczonych zespołów…). Nam wystarczy w tym miejscu wiedzieć, że spod rąk (i uszu) inżyniera miksu wychodzi gotowy twór, który ma zadowolić muzyków.

O tym, co i jak po kolei można w procesie miksu wykonywać i jakie są podejścia i techniki pisałem kiedyś TUTAJ. Dowiecie się stamtąd jak i gdzie miks zaczynać, na co zwracać uwagę, jakie procesy aplikować po sobie, jak zakończyć miks, etc. Etap miksowania można uznać wręcz za osobne dzieło artystyczno-techniczne i nie sposób go opisać w jednym wpisie. Dlatego mocno polecam zapoznanie się z każdym artykułem, jaki opublikowałem na blogu w kategorii „miksowanie”, bo sprawa jest naprawdę mocno złożona i jest całe mnóstwo czynników warunkujących nasze decyzje i działania.

Dodatkowo, jeśli ktoś chciałby zobaczyć na filmie, jak w moim przypadku wygląda miksowanie utworu krok po kroku z nagranych śladów audio, to zachęcam do zapoznania się z kursami video dostępnymi TUTAJ (miksowanie utworu rockowego) i TUTAJ (dwa kursy pokazujące sesję miksowania dwóch różnych kawałków hip-hopowych).

Na początek jednak odsyłam do wspomnianego wpisu o różnych podejściach, co by uświadomić niektórym, że (po raz kolejny) nie ma jednego sposobu na „właściwe” wykonanie miksu. Metod i sposobów jest kilka i każdy to wykonuje tak, jak mu najbardziej pasuje.

Na końcu całego łańcucha zdarzeń, po właściwym miksie, pojawia się oczywiście mastering i voila – utwór można uznać za skończony.

I wracamy do Grupy I B

W przypadku naszego samotnika w domowym studiu kolejność działań po nagraniu jest zasadniczo taka sama. Jeśli postarał się przy nagrywaniu śladów – nie trzeba ich edytować i można przejść do miksu. I w tym miejscu często pojawia się sporo problemów, bo jeśli do nagrywanych śladów nie dokładano wystarczających starań, to proces miksu może być dość uciążliwy i utrudniony. Mówię o tym dlatego, że zazwyczaj młody muzyk, któremu brakuje doświadczenia, będzie nieco błądził w gąszczu wszystkich nazw, wtyczek, połączeń, guzików i suwaków.

Jeszcze pół biedy, jeśli ma on jako takie pojęcie o miksowaniu, ale wiadomo, że jest to sztuka, której opanowanie zajmuje trochę czasu, a naszemu muzykowi zwykle zależy na jak najszybszym ukończeniu pracy i puszczeniu kawałka w eter. Dlatego w takich sytuacjach można rozważyć przekazanie śladów do miksu bardziej doświadczonej osobie, która zajmuje się tym na co dzień.

Dla jasności – te sposoby i podejścia do miksu, o których mówię w zalinkowanym wcześniej artykule mają jak najbardziej zastosowanie również w przypadku naszego samotnego wojownika.

Jak miks będzie już wykonany (przez nas lub przez osobę z zewnątrz) – przychodzi czas na ostatnie szlify w procesie masteringu, czyli zadbanie o odpowiedni balans pasmowy, dynamikę, poziom głośności i kawałek jest w zasadzie gotowy do publikacji.

Czas na Waszą interwencję!

Przedstawiciele Grupy 2 (B), wszyscy samotnicy nagrywający w domu prawdziwe instrumenty – ujawnić się! Wiem, że trochę Was tutaj jest i życzyłbym sobie tego mocno, abyście podzielili się swoimi metodami pracy oraz kolejnością działań podczas tworzenia utworu. Od czego zaczynacie? Co zwykle robicie po kolei? Z czym macie największe problemy i jak sobie z nimi radzicie?

Chciałbym, żeby ta część cyklu oraz kolejna (z przedstawicielami trzeciej grupy mieszającymi instrumenty prawdziwe i wirtualne) miały dodatkową wartość w postaci krótkich opisów Waszych własnych doświadczeń. Byłoby to niezmiernie ciekawym dodatkiem do moich monologów. Na pewno macie sporo własnych przemyśleń i uważam, że Wasz wkład w ten cykl byłby nieoceniony. Nie krępować mi się tu, proszę! Ja oraz inni na pewno bardzo chętnie o tym przeczytamy, a może nawet zaaplikujemy jakieś ciekawe podejścia do własnych projektów.

Podsumowanie

I tak ogólnie wygląda sytuacja z grupą pierwszą. W kolejnej odsłonie przyjrzymy się temu, jak podejść do tworzenia kawałka będąc przedstawicielem grupy drugiej.

  1. no ja instrumentów żywych nie nagrywam, ale jestem niezmiernie niecierpliwy co do opisu grupy 2 😀

  2. Maciej Sobczak

    Ja o kolejności samodzielnego nagrywania. Otóż skoro i tak część (wszystkie?) ścieżki będą nagrywane w kilku podejściach, to może sprawdzić się nagranie najpierw wszystkich ścieżek w dowolnej kolejności a potem dogrywanie kolejnych podejść dla każdej ścieżki na zasadzie “N-1”. Czyli mamy już wszystkie ścieżki nagrane raz, być może wymagające poprawek i na takim materiale nagrywamy znowu. To nam daje większy komfort, bo np. wokalista może się poczuć jakby śpiewał z całym zespołem (bo wszystkie inne ścieżki już są), pałker też nie gra w próżnię, tylko słyszy grę wszystkich innych instrumentów, itd. Pierwsza seria pewnie będzie ułomna, ale już od drugiej serii mamy efekt gry na setkę, nawet jeśli wszystko i tak robi jeden amator w swoim domu.

    • Podobny sposób stosuję kiedy nie wiem jak rozplanować mix a prawie zawsze robię tak przy aranżu wokalu. Nagrywam ‘cokolwiek’ i ustawiam ścieżki, wpinam efekty itp. Po kilku chwilach łapię co się sprawdza a co nie. Wtedy ładuję możliwie poprawne ślady i voila.

      Plusy:
      – zabawa
      – nabywanie doświadczenia
      – świadomość przetestowania wielu opcji i wybrania najlepszej

      Minusy:
      – czasochłonność
      – w “prawdziwym” studio: kasochłonność
      – skłonność do wiecznego poprawiania wszystkiego
      – przyzwyczajenie do nagrywania lichych podejść (to sie poprawi, to sie wyrówna..)

  3. Ja zaczynam od gitary. Cóż, bębniarzem nie jestem więc grając na gitarze wpadam na różne pomysły i to właśnie do nich dorabiam resztę.

    Najczęściej po prostu przy luźnej improwizacji zagra mi się jakiś fragment który odróżnia się od reszty, sprawia że fajnie mi się go gra i słucha (ostatnio zdarzyło mi się to przy wieczornym brzdąkaniu na sucho na gitarze elektrycznej). Wtedy czym prędzej odpalam DAW, ustawiam pierwsze lepsze brzmienie i czym prędzej nagrywam żeby pomysł się z głowy nie ulotnił. Brzmi to co prawda strasznie, bo ani brzmienie, ani wykonanie nie powala, ale chodzi tylko o zapisanie pomysłu.

    A jak jest już zapisany pomysł staram się go rozwijać, jakieś dalsze motywy, czy harmonie, często dogrywam je tuż po nagraniu tego pierwszego pomysłu. Do tego na szybko dorabiam jakąś perkusję. Jest nierówno, krzywo, niedokładnie, ale takiego pilota zazwyczaj zgrywam do urządzenia przenośnego i potem w wolnym czasie odsłuchuję aby zorientować się co w ogóle mi wyszło i co chcę z tym zrobić.

    I gdy już koncepcja się pojawia to siadam do nagrywania, czasami z samym metronomem, ale częściej z tą wcześniej na szybko skleconą perkusją, bo z perkusją gram o wiele bardziej równo niż z samym klikiem. I gdy już jakaś część kilku partii jest gotowa to znowu zrzucam do urządzenia przenośnego i znowu wałkuję to dzieło. I tak krok po kroczku, minuta po minucie powstaje kawałek. W trakcie nagrywania zazwyczaj na raz pracuję nad wszystkimi ścieżkami gitary i perkusją na raz, inaczej nie wiedziałbym jak kawałek brzmi i jak chcę aby brzmiał w następnej minucie. A jak już mam nagrane gitary, jako taką perkusję to nagrywam bas (tak naprawdę oryginalnie jestem basistą a nie gitarzystą). Potem gdy już wszystko gra i trąbi poprawiam kosmetycznie ewentualnie perkusję i kawałek nagrany.

Zostaw komentarz