Kolejność Działań w Tworzeniu Utworu, Cz. 2

W poprzedniej części wprowadziłem Was w temat kolejności działań w procesie tworzenia utworów i zaproponowałem umowny podział na 3 grupy przypadków. Mam nadzieję, że takie podejście pomoże Wam nieco w lepszym orientowaniu się w temacie i łatwiej odnajdziecie się w gąszczu dostępnych opcji.

Dzisiaj natomiast przyjrzymy się już konkretnym działaniom (i ich kolejności), jakie możemy podejmować w zależności od tego, do której grupy możemy siebie samych (lub dany projekt) zakwalifikować.

Zanim to jednak zrobimy, zobaczmy, które etapy pracy nad kawałkiem można uznać za wspólne dla wszystkich przypadków:

Pierwszą i niewątpliwie najważniejszą rzeczą wspólną dla każdego utworu jest:

Pomysł na piosenkę

Nie da się ukryć, że tutaj wszystko się zaczyna – musimy przecież zdecydować, jakiego rodzaju będzie to utwór… Wiadomo, że większość z nas tworzy w jakimś określonym gatunku, więc ten aspekt jest dość jasny (choć warto też czasem próbować swych sił w innych klimatach), ale powinniśmy ustalić czy ma to być numer szybszy, agresywniejszy, mocniejszy, weselszy, czy może wolniejszy, spokojniejszy, bardziej miękki, smutny i melancholijny, a może trochę mroczny lub po prostu taki zwykły, ze średnim tempem, bez żadnego ekstremum – mimo, iż ciągle w ramach naszego stylu. Słowem – ustalamy rodzaj, tempo, klimat, nastrój i charakter.

Od tej „reguły” jest też jedno odstępstwo, które totalnie obala jakiekolwiek zasady i mówi o tym, że podchodzimy do sprawy zupełnie bez przygotowania i myślenia o końcowym rezultacie – to taki pomysł na „twórczą samowolkę”. Chwytamy za jakikolwiek instrument czy syntezator i zaczynamy się „bawić”, aż coś sensownego zacznie z tego wychodzić, a potem wokół tego budujemy resztę instrumentarium. Również i tej metody polecam czasem spróbować, bo kto wie? A nuż tkwi w nas nieodkryty talent improwizacyjny…

Powiem Wam szczerze, że czasem w tym punkcie tkwi największy kop i „power”…

Ze swojego podwórka (i jeszcze czasów końcówki liceum) pamiętam, że wpadła mi kiedyś do głowy jakaś fraza wokalna z konkretnym tekstem. I już wiedziałem, że trzeba z tego zrobić kawałek. Urwałem się z ostatnich dwóch lekcji (nie mówcie nikomu) i podczas półgodzinnej drogi do domu oraz dzięki uprzejmości spółki pt. PKP, która mnie tam dowiozła – zdołałem napisać cały tekst, ułożyć do niego melodię i wystukać odpowiedni rytm dla perkusji na mega-wygodnych, plastikowych, czerwonych siedzeniach w przedziale klasy 2. pociągu podmiejskiego (choć mam wątpliwości czy akurat to oznaczenie klasy powinno być liczbą jednocyfrową)…

Dotarłszy do domu, odpaliłem Fruity Loops (tak to się kiedyś nazywało w okolicach wersji 3.), szybko wstawiłem kilka klocków, żeby mi stukały jakieś bębny, nagrałem na gitarze akustycznej w prostym DAW dwa akordy na krzyż i zacząłem nucić cały tekst do mikrofonu. Po niespełna godzinie większość partii roboczych siedziała w programie, a ja czułem się artystą spełnionym. Ileż mi to dało energii, to ciężko opisać. W nosie miałem brzmienia, perfekcyjne wykonanie, miks czy inne, wtedy dla mnie abstrakcyjne pojęcia – chciałem po prostu jak najszybciej zarejestrować cały pomysł.

Pomijam już, że do dziś nie usiadłem, żeby ten kawałek skończyć, a sesja już dawno gdzieś przepadła, ale mocno mi się ten dzień wrył w pamięć i ciągle sobie obiecuję, że któregoś dnia zamienię wersję demo na prawdziwą…

Ale znów poniosła mnie dygresja. Wróćmy.

Druga rzecz wspólna dla większości przypadków to:

Wstępne wyobrażenie brzmienia/brzmień

W tym miejscu i w oparciu o wcześniej sprecyzowany pomysł możemy się zastanowić jakiego rodzaju instrumentów użyć – np. ostrych leadów czy ciemniejszych padów, gitary elektrycznej (i jakiej) czy akustycznej, agresywnej perkusji czy stłumionych bongosów, fortepianu czy elektrycznego pianina, etc. Będzie się to tyczyło zarówno elementów głównych, prowadzących, jak i tych pobocznych czy okolicznych. Inna rzecz, to zdecydowanie o tym czy w ogóle chcemy w swoim utworze jakiekolwiek elementy perkusyjne, czy chcemy mieć wokal, czy robimy sam ‘instrumental’. Wszystkie tego typu rzeczy.

Tutaj wstępnie decydujemy o kształcie utworu i jego zamierzonym brzmieniu. Wiadomo, że wszystkiego nie da się z góry przewidzieć i będą pojawiały się w trakcie pracy pomysły na zmiany oraz modyfikacje. Ale przynajmniej zaczynamy już z jakąś wstępnie sprecyzowaną wizją, co zdecydowanie pomoże nam iść w jakimś konkretnym kierunku.

Co z czym się je?

Istotną rolę będzie tu również odgrywało pewnego rodzaju obycie i osłuchanie, estetyka i wyczucie muzyczne. Nie wszystkie instrumenty i brzmienia będą do siebie pasowały, więc ciężko z góry i „na sucho” to przewidzieć, ale myślę, że jak ktoś już trochę w temacie siedzi, to wie o tym (i od razu słyszy), iż pewne rzeczy po prostu do siebie nie pasują i pasować nigdy nie będą.

To taki poboczny wątek trochę, bo z czasem uczymy się inaczej (lepiej) słuchać, analizować i wyciągać wnioski. Dlatego głowa do góry. Jeśli nie popełniacie jakiejś totalnej gafy (np. nie chcecie grać grind-core’a na harfie), to są duże szanse, że będzie dobrze. Dobór odpowiednich instrumentów i brzmień to naturalny proces, przez który przechodzi każdy muzyk uczący się sztuki tworzenia spójnych dźwięków.

Podsumowując – wiemy już, co chcemy zrobić (jaki utwór) i jak ma on mniej więcej brzmieć. Przyszedł więc czas przyjrzeć się temu, jakimi krokami to zrealizować w poszczególnych przypadkach (grupach) oraz co konkretnie będzie się działo dalej.

 GRUPA I 

Przypomnę, że zaliczamy tu muzyków w studiu (A) oraz jednoosobowe projekty (B) – w obu przypadkach zakładające użycie tylko prawdziwych instrumentów.

Dzisiaj omówimy podgrupę A:

Kto grał kiedyś w zespole wie, że to dość skomplikowany twór z milionem zmiennych, dlatego jak macie jakieś swoje doświadczenia w tworzeniu wewnątrz takiej „rodziny”, to dzielcie się nimi w komentarzach. Ja opiszę sprawę ze swojej nieobiektywnej perspektywy.

Zespół często pisze utwory na próbach – razem, jak jeden organizm. Ten proces może się zacząć od niezobowiązującego czy rozgrzewającego jammowania, podczas którego wpadnie coś interesującego i muzycy zaczynają taki motyw rozwijać aż zbudują z niego utwór. Na starcie tak naprawdę nikt nie ma ściśle określonej wizji – po prostu się gra. Może być też tak, że poszczególni członkowie samodzielnie przynoszą własne pomysły z domu i na próbie się je gra, sprawdza, modyfikuje, upiększa, etc.

A jak wygląda proces rejestracji gotowego pomysłu już w studiu?

Jestem zdania, że zanim w ogóle pójdzie się do studia nagrywać, powinno się najpierw nagrać dany utwór z próby, usiąść i wspólnie go posłuchać, zdecydować o tym, jak ma on finalnie wyglądać, etc. Często jest tak, że to co muzykom się wydaje, w rzeczywistości (i przesłuchane na spokojnie) brzmi zupełnie inaczej. Podczas takiej analizy wyjdą sprawy aranżu, ewentualnej zmiany budowy, dobranych instrumentów (typu jaka gitara, wzmacniacze, jakie bębny, naciągi, talerze, etc). Warto takie rzeczy jeszcze przed wejściem do studia skonsultować (najlepiej z kimś doświadczonym), żeby przyjść z możliwie najlepiej sprecyzowaną wizją. No, ale to już temat przedprodukcji (pre-produkcji), który również polecam zespołom i nie tylko – mocniej zgłębić. Można zacząć TUTAJ.

W studiu

Ja zawsze polecam nagrywanie “na setkę” (wszyscy grają jednocześnie – jak zespół), rolą realizatora jest zajęcie się logistyczną i techniczną stroną, a artyści mają po prostu jak najlepiej zagrać swoje nowo-powstałe dzieło. Całość rejestrowana jest oczywiście wielośladowo (każdy sygnał na oddzielny ślad w DAW). Robi się zwykle kilka podejść i wybiera najlepsze. Jeśli zespół był przygotowany, to w zasadzie jest po sprawie. Ale…

Tu jest bardzo dużo różnych „ale”, bowiem pisząc o zespole, że jest przygotowany, mam na myśli „naprawdę przygotowany”! Jak ktoś zapomina partii, co chwilę się myli, nie trzyma tempa, nigdy wcześniej nie nagrywał do metronomu czy cokolwiek innego, to takie nagrywanie może zająć wieki, bo co każdy błąd trzeba wszystkich zatrzymywać i zaczynać od nowa. Polecam rzucić okiem na TEN i na TEN artykuł, które mówią szerzej o takich przygotowaniach i uczulają na sprawy z tym tematem związane. Muzycy wchodzący do studia (czyt. „napalający się” na studio) powinni się z tymi dwoma tekstami zapoznać koniecznie. Tym bardziej, że cytuję tam wypowiedzi osób znacznie bardziej doświadczonych ode mnie na tym polu.

Przyjmując jednak, że ten warunek jest spełniony (nieźle przygotowani muzycy), po zarejestrowaniu „setki” można ewentualnie dograć jakieś dodatkowe ścieżki czy w ekstremalnym przypadku – podmienić którąś z istniejących już w nagraniu partii. Jeśli zaś w studiu nie ma dedykowanego pomieszczenia do nagrywania wokalu, to ten warto nagrać osobno – a na setkę niech grają na początku sami muzycy (ewentualnie z pilotem wokalisty, który sobie siedzi w reżyserce i śpiewa kolegom do słuchawek). Różnie być może, każdy lubi inaczej.

Drugi wariant, to tzw. pół-setka, czyli zarejestrowanie jednocześnie kilku, ale nie wszystkich instrumentów – np. perkusji z basem czy pianina z basem albo czegokolwiek innego, co nam pasuje. Przynajmniej część śladów zagra spójniej czy będzie z nieco lepszym „groove-m”, „vibe-m” czy „feel-em”…  – you hafta love ponglish 🙂

Jeżeli jednak jest tak, że zespół w ogóle nie potrafi zbyt dobrze ze sobą grać, to oprócz oczywistej rzeczy, jaką jest trening do upadłego (lub zajęcie się ziołolecznictwem…), można pójść inną drogą i nagrywać ślady pojedynczo, jeden za drugim – powiedzmy, że najpierw bębny, potem bas, gitary, klawisze i wokale – kolejność naprawdę jest tutaj dowolna. Zwykle też pierwszej osobie nagrywającej (powiedzmy bębniarzowi) potrzebny będzie tzw. „pilot”, czyli inny muzyk (np. gitarzysta), który będzie grał perkusiście do słuchawek, co by ten orientował się, gdzie dokładnie w utworze się znajduje, bo nie każdego rajcuje granie do „plastikowej pikaczki”…

Pod mikroskopem

Patrząc na proces nagrywania w studiu od strony mikro, dojdziemy do tysiąca innych czynności, które są wykonywane w międzyczasie – rozkładanie i podpinanie kabli, ustawianie statywów, rozstawianie elementów (przesłon akustycznych) oddzielających muzyków, łączenie różnych urządzeń, ustawianie i szukanie brzmienia, zbieranie poziomów, ustalanie miksów słuchawkowych dla muzyków, nagrywanie próbnych podejść, rozwiązywanie nieoczekiwanych sytuacji (zawsze coś się sypie), picie kawy i palenie fajek czy co kto tam lubi. Słowem kwadryliard rzeczy, z których każda ma wpływ na uzyskane rezultaty. I to wszystko jeszcze przed rozpoczęciem jakichkolwiek nagrań właściwych…

Jeśli więc chodzi o kolejność, to w wielkim skrócie i uproszczeniu (bo inaczej się nie da i za dużo jest czynników) – najpierw długi etap przygotowań, potem wejście do studia i nagrywanie, następnie miks, na końcu mastering.

I w tym miejscu przychodzi mi jeszcze na myśl pewna zasada, o której pojęcia nie ma wiele osób, których dolne kończyny nigdy nie przestąpiły progu studia, a o której krążą mity i legendy. Przez tych samych nowicjuszy powtarzane, nota bene…

Co liczy się najbardziej?

Otóż moi drodzy – proces nie wygląda tak, że przychodzą muzycy, podpinają instrumenty w pół godziny i nagrywają cały materiał jak leci, a potem inżynier ślęczy nad utworem przez 8 dni, żeby coś z niego stworzyć. Niestety spora grupa młodych ludzi tak to sobie wyobraża – że muzycy idą po sesji nagraniowej do domu, a realizator wyciąga z szuflady tajemnicze narzędzia albo co gorsza – magiczny pył i posypuje nim nagrane ścieżki, które muszą teraz leżakować przez dany okres – czy jakaś inna paranoja.

Inżynier pracuje nad tym, co dostał i jeśli dostał słabe partie, to utwór będzie brzmiał słabo, ewentualnie „średnio”, jeśli zechce mu się tracić cenny jego czas na równanie ścieżek, strojenie wokali i usuwanie różnych brudów czy poprawianie jeszcze innych niedociągnięć. Natomiast przy dobrze ogranych (przećwiczonych) partiach, które zostały odpowiednio nagrane – praca realizatora nabiera większego sensu, bo jego zadaniem jest lekkie wypielęgnowanie i tak już imponującego kwiatu.

Ogromna, zdecydowana większość leży po stronie przygotowań muzyków (przed nagraniem i w dniu nagrania). Można wręcz rzec, że to jakieś 80% sukcesu. Choćby muzycy mieli spędzić w studiu 6 godzin albo nawet cały pierwszy dzień tylko na ustawianiu sprzętu, dobieraniu brzmienia i pracy nad tym, aby jak najlepiej wszystko zagrać, to ZAWSZE taki materiał finalnie zabrzmi sto razy lepiej niż zagrane niechlujnie z byle jakim brzmieniem partie i pokładanie nadziei w realizatorze, który ma z łajna uzyskać diament. To jest takie bardzo mocne wyostrzenie zasady, że naprawdę najbardziej w całym procesie liczy się SYGNAŁ U ŹRÓDŁA.

Złoty Graal odnaleziony…

To, jak dobrze i z jaką energią zostaną zagrane (i jak dobrze zarejestrowane) poszczególne instrumenty jest przepustką do dalszych (zwykle niezbyt drastycznych) kroków. Nigdzie tak dobrze jak w studiu zasada “odpowiedniego źródła” nie wychodzi na wierzch. Miałem osobiście raz taką sytuację na swojej drodze, że po kilku godzinach ustawiania wszelkich parametrów, pieców, mikrofonów i innego dziadostwa, zespół zaczął grać, a ja wtedy znieruchomiałem na krześle. Zwykle coś tam jeszcze pokręcę, coś pozmieniam, zrobimy drugie, trzecie, piąte podejście, a w tamtym przypadku nie chciałem, nie mogłem, nie powinienem i na szczęście – nie zrobiłem absolutnie nic, bo tak mnie wryło w siedzenie.

Jak chłopcy zaczęli grać (przypominam – surowe ślady prosto z instrumentów, bez żadnych efektów, korektorów, kompresji), to z głośników płynął niemal gotowy utwór. To jest klasa, w takie coś powinniśmy celować… Taki materiał potem się ewentualnie tylko lekko czyści, wybiera najlepsze ujęcie (zwykle pierwsze lub drugie), robi kosmetyczny miks w postaci wyrównania poziomów, jakichś prostych filtrów tu i tam, dodaje trochę przestrzeni i w zasadzie po kilku przyjemnych godzinach (albo i krócej) można to puścić dalej już do masteringu (jeśli tego wymaga). Każdemu Was życzę choć raz w życiu takiej sytuacji! To dopiero daje ogląd na to, co to znaczy dobrze zagrany numer i że magia miksu jest w zasadzie mitem.

Można by się wprawdzie spierać (jak zawsze), że i ze słabszych nagrań jest szansa na uzyskanie niezłego miksu i po części się z tym zgadzam, bo rzeczywiście przy dzisiejszych narzędziach możemy zdziałać wiele. Ale wierzcie mi, jest to mozolna, ciężka i bardzo mało inspirująca praca nie dająca nawet w 10% takiej satysfakcji, jak przy śladach, które po prostu z marszu i u źródła już same jadą jak czołg, czyli mamy ciekawy pomysł zagrany równo, w tonacji, z jajem i odpowiednio dobranymi brzmieniami. TO jest “sekret” świetnych utworów. Przynajmniej w przypadku muzyki granej przez ludzi na prawdziwych instrumentach…

Podsumowanie

I tym pozytywnym akcentem zamykam drugą odsłonę tego cyklu. W kolejnej części przyjrzymy się temu, jakie procesy w kolejności można wykonywać pracując w domowym studiu ‘w trybie solo’, czyli omówimy podgrupę B z grupy I.

Zostawić komentarz ?

19 Komentarze.

  1. Hej, jak zwykle ciekawy wpis 😈
    Sting nagrywa “na setkę”:
    https://www.youtube.com/watch?v=65kRFMXTjhI#t=167
    P.S.
    Na zdjęciu to studio 2 (Abbey Road Studios), tak?

    • Tak, to Abbey Road. Sting i wielu innych tak nagrywa, bo jest to od lat najlepszy i sprawdzony sposób dla zespołów.

    • Troche mnie dziwi taki pogląd o najlepszej metodzie nagrywania dla zespołów. Jakoś nie wyobrażam sobie np. Rammsteina czy Depeche Mode nagrywających na setkę. Moim zdaniem tam, gdzie chcemy przepchnąć żywizne – tam setka, tam gdzie mają być szczególiki, edytowalność i dopracowanie na 101% – tam po riffach czy nawet dźwiękach. Wszystko zależy od tego czy na albumie ma być rock’n’roll czy precyzyjne wykonanie wcześniej opracowanego planu.

    • Ogólnie masz rację 😆 Nie zawsze wszystko można tak nagrać i nie zawsze zespół (instrumentalista, kompozytor) chce nagrywać “na setkę”.

    • Wszystko jest kwestią sytuacji… Tam, gdzie chcemy mieć żywy band grający żywy numer – tam setka sprawdza się najlepiej. Jeśli celujemy w super-idealne, wręcz robotyczne brzmienie a’la Rammstein, tam precyzja (i prawdopodobnie oddzielne nagrywanie partii) ma jak najbardziej rację bytu. Tutaj reguły nie ma, kontekst dyktuje postępowanie.

  2. Nie,nie!Małe sprostowanko,przesiadam się do grupy drugiej czyli praca głównie z instrumentami wirtualnymi.Bo czy elektroniczny instrument klawiszowy można zakwalifikować do żywego instrumentu? Mam wątpliwości.

    • Myślę, że nie robi to jakiejś kolosalnej różnicy 😉

    • Zależy tylko czy będziesz nagrywał z tego klawisza sygnał audio czy komunikaty MIDI. Szczegóły w kolejnych artykułach…

  3. Rozumiem Cię,że mówisz to w kontekście realizatora dzwięku,dziś już coraz bardziej zaciera się różnica między uderzeniem młoteczka w strunę w prawdziwym fortepianie a wyzwalanym samplem w jakiejś elektronicznej maszynie.A co do midi….to już z praktykowałem,że nawet jak zgrywam sygnał z jamaszki do daw w postaci midi i podstawiam potem jakiś dobry wirtualny zamiennik to zawsze ingeruję w velocity ponieważ ten parametr w orginale jest dość ubogi pod względem zróżnicowania.Dobrze to widać np. między bębnami z Kontakta zapisanymi już w midi a śladem midi z mojej yamahy.Różnicę nie tylko słychać ale na midi to nawet widać.

  4. Co do pomysłów na piosenkę, dzisiaj na próbie miałem taką sytuację że tak po prostu zacząłem wykręcać brzmienie w massivie. Perkusiście się to spodobało i powiedział żebym przytrzymał jakąś dłuższą nutę. Zaczął grać na perkusji. Później dołączył się gitarzysta i tak powstał kawałek. Teraz już tylko wokalista układa tekst 😛

    • Tak długo jak coś się sprawdza, trzeba z tym iść dalej. Możliwości (i kolejności działań) jest całe multum, dlatego warto podążać za tym, co dyktują nam jelita 😉

  5. U mnie jest tak że jak zaczynam nagrywać kawałek to jeszcze nie wiem jak się on skończy. Bo to zależy od tego jak mi będzie grał pomysł od którego zaczynam, a aby go dobrze ocenić muszę go nagrać, bo mam tylko 2 ręce, a efekt zależy od tego jak zagadają różne ścieżki grające razem. Tak więc zazwyczaj muszę położyć kilka śladów aby zobaczyć czy ma to sens, a jak ma to pracuję nad dalszym ciągiem.

    Jedna przestroga:

    Łapię się czasami nad tym, że nie mogę zdecydować się która wersja jest lepsza, np czy lepiej zabrzmi przejście: ti du du, czy ti du, więc gram raz tak, raz tak żeby każde rozwiązanie zawrzeć w kawałku – błąd. Od tego robi się bałagan i brzmi to potem trochę jak takie urozmaicanie na siłę.

    • Mi granie raz tak, raz tak się w 95% sprawdza. Dotyczy to jednak ‘mniej waznych’ elementów dzieła. Kiedys to samo zrobilem z refrenem bo mialem 2 pomysly i to był jedyny raz kiedy stwierdziłem niespójność. Jeśli idzie o przejscia perkusyjne czy warianty melodyczne to ten sposob poleci kazdy, kto nadmiernie uspójnił (zPOPował) swoje ostatnie kawałki i widzi ze po 10 przesluchaniach są nudne.

    • Ja miałem na myśli nie przejścia perkusyjne a przejścia w riffie, nieprecyzyjnie się wyraziłem. Nie mówię że nigdy tak nie można robić, bo w tej materii chyba nie istnieje coś takiego jak zawsze i nigdy, ale wg mnie lepiej się sprawca pewna powtarzalność, bardziej wchodzi w ucho i nie chodzi mi o zPOPowienie tylko o siłę przekazu 🙂

  6. Witajcie! CO do grupy 1 to z pewnością się w niej znajduję 😀 I cieszę się z tego bo nie ma to jak bawić się muzyką w większym gronie. Niż siedzieć samemu przed kompem z VST’ami. To jak picie do lustra ;P Ok więc w skrócie. U nas gitarzysta przynosi pomysły od ponad 10 lat robi kawałki do kapeli i są według nas fajne. Więc jak już coś przyniesie to wybieramy co się podoba i dorabiamy perkę i bas wspólnie we 3. Niestety wokalistka nie bierze większego udziału w tworzeniu a szkoda. Jest można powiedzieć demokracja w kapeli. Aranżacje robimy wspólnie, dużo samokrytyki 🙂 Przeważnie perkusista pisze teksty i omawia partie wokalne z wokalistką. Może mało spotykane rozwiązanie ale tak już jest. Wokalistka nie ma czasu więc gdyby miała napisać coś albo ułożyć to byśmy nie mieli teraz połowy materiału. No więc tak to wygląda. Chodzi głównie na krytykowanie siebie i innych przyjmowanie tej krytyki i nauczenie się tej jakże trudnej sztuki kompromisu. To właśnie daje finalne brzmienie kapeli, połączenie umysłów 3 muzyków, z których każdy ma równy wkład w tworzenie kawałów. Teraz powoli zabieramy się do nagrywania. Postanowiliśmy robić to na setkę żeby nic nie oszukiwać i brzmieć tak jak live. Taka jak by płyta live 😀 No i męczymy się. Bas, perkusja i gitara. Mikrofony na stopę werbel i 2 overhead’y dwa mikrofony na gitarę jeden na bas + linia z basu. No i kombinujemy. Na razie dokonaliśmy około 200 nagrań 4 kawałków i nieugięci, wiecznie nieusatysfakcjonowani, wciąż coś kręcimy zmieniamy i nie ustajemy w dążeniu do celu 🙂 Dla zespołu tym bardziej ważny jest nie sam cel ale droga do niego prowadząca. Ciągłe nagrywanie i odsłuchiwanie pokazało to czego wcześniej nie słyszeliśmy. Okazało się że są rzeczy nad którymi trzeba popracować np. Może za niedługo uda się coś wypuścić 😀 pozdro

  7. ” A nuż tkwi w nas nieodkryty talent improwizacyjny…”

    nóż…

  8. soundslab

    Kto w 2018? ;>
    Blog niesamowicie sensowny i wciągający, tyle tu ciekawostek, że chciałoby sie rzucić wszystko i czytać i chłonąć tą wiedzę. Ja niestety jestem z grupy niesklasyfikowanej, czyli tej ‘produkującej’ frazy wokalne. Przez lata trochę się tego nazbierało i chciałabym chociaż kilka lepszych pomysłów doprowadzić do stanu używalności.
    Wydaje mi się, że na początek spróbuję opanować któryś z polecanych przez Pana Igora programów, po wstępnym rozpoznaniu celuję w Presonus Studio One 3 Prime lub Zynewave Podium Free. Plus oczywiście lektura bloga 🙂
    Niniejszym moje postanowienie noworoczne zostało upublicznione, czarno na białym, więc nie ma zmiłuj.
    Termin realizacji: 7-14… lat :]

Zostaw komentarz