Wejściowy Tor Audio, Cz. 4

W poprzedniej części tego cyklu obiecałem podzielić się z Wami garścią informacji dotyczących tego, w jaki sprzęt z trochę lepszej półki można się przykładowo (czyt. niekoniecznie) zaopatrzyć nie narażając się przy tym na wielkie kredyty czy, o zgrozo – bankructwo.

Dodatkowo, wprowadzę też kilka uwag, które powinny pomóc Wam w podjęciu decyzji, uczulić na kilka spraw i uspokoić w kwestii ogólnie pojętego wejściowego toru audio.

Na sam koniec podam kilka konkretnych przykładów mikrofonów, które moim zdaniem są warte inwestycji, a w ostatniej części wpisu podzielę się swoimi typami co do pozostałych elementów w torze wejściowym audio.

Zacznijmy od kilku uwag…

Zdarza się, że ktoś opatrznie rozumie moje słowa, a potem z tego rodzą się nieporozumienia. Może to kwestia nadmiernego wyczulenia danej osoby, może to kwestia mojego nieumiejętnego tłumaczenia i argumentacji… A może to jedno i drugie po trochu. W każdym razie, rezultat jest zazwyczaj taki, że muszę ponownie takiemu zainteresowanemu tłumaczyć to samo, co napisałem w artykule, tylko innymi słowami…

Jedną z takich kwestii jest właśnie sprzęt. Nie potrafię zliczyć, ile razy napisałem na łamach Zakamarków, że nie jest on elementem najważniejszym i że o wiele bardziej liczą się inne aspekty tworzenia muzyki i sami muzycy… Nawet cały wstęp niniejszej serii poświęciłem tej właśnie kwestii, do licha ciężkiego! Nie wystarczyło to jednak do tego, żeby co niektórzy automatycznie wywnioskowali, że według mnie, sprzęt w ogóle nie ma znaczenia.

Naprawdę dziwię się, że muszę to tłumaczyć, ale kochani – jest ogromna różnica między stwierdzeniem, że sprzęt czy jego klasa jest sprawą drugorzędną, a tym, że nie ma on w ogóle żadnego znaczenia (choć w wielu przypadkach on akurat naprawdę nie ma znaczenia, bo wszystko inne, co istotne – leży i kwiczy). Dlatego powtarzam wielokrotnie, aby przede wszystkim skupiać się na kwestiach muzycznych i artystycznych, bo to one są decydujące dla ostatecznego wyniku. Słuchacz słucha albo dobrego kawałka, albo kawałka chłamu i nie obchodzi go, czy do nagrań użyto mikrofonu firmy A czy B. Z resztą, nie będę tego setny raz prostował, bo oczekuję, żeby zainteresowani tematem próbowali jednak czytać w większym skupieniu i przede wszystkim – ze zrozumieniem.

A teraz wprost

Sprzęt oczywiście ma znaczenie. Ba, miewa nawet ogromne znaczenie. Ale dla naszych nagrań zacznie robić dopiero coś dobrego, jak damy mu odpowiednią pożywkę, materiał, piosenkę. Jeśli nie mamy dobrze napisanego, zaaranżowanego i wykonanego utworu, to sprzęt z najwyższej półki sprawi jedynie tyle, że… wypolerujemy kupę. I jakim high-endem byśmy tej kupy nie przejechali, to nadal będzie ona kupą. Jeśli ta powtarzana w kółko i wszędzie analogia nie jest dla Was wystarczająco przekonująca, to ja się poddaje…

Albo po prostu przerwę swe marudzenie i wrócę do tematu…

Jeżeli w takim razie postaramy się o spełnienie „tych najważniejszych” warunków i dodatkowo będziemy mieli okazję skorzystać z wyższej klasy sprzętu, to wtedy możemy dopiero mówić o możliwości konkurowania z profesjonalnymi nagraniami.

Jest taka pewna zależność, która mówi, że na wyższej klasy sprzęcie (niekoniecznie najdroższym i „najlepszym” na rynku) odpowiednio zbudowany i wykonany utwór zarejestrowany w nienajgorszych warunkach akustycznych ma szansę zabrzmieć podobnie, jak ten nagrany na nieco niższej, średniej klasy sprzęcie, ale w profesjonalnym studiu. Natomiast coś, co dla obu przypadków jest wspólne i bez czego żadna z opcji nie ma racji bytu – to wykonanie dobrej kompozycji na najwyższym możliwym poziomie. To jest element decydujący. I jeśli jest on zaliczony, to możemy zacząć się uczyć upiększania dobrych śladów lepszym sprzętem. Taką kolejność proponuję, a nie odwrotną. Szukanie winy w sprzęcie czy pokładanie tylko w nim nadziei, gdy to my jesteśmy winni – nie nauczy nas lepszego grania, śpiewania, wyczucia, ekspresji, pasji, ciężkiej pracy, treningu i wkładania w doskonalenie siebie całego serca.

Kolejna uwaga – choć chyba już nie powinienem. Ale ponieważ palce same płyną po klawiaturze, nie będę ich zatrzymywał…

Niejednokrotnie pisałem, że poruszyć nas może nawet słabe technicznie nagranie, o ile muzyka sama w sobie jest poruszająca. Bo jeśli na kogoś działa super-brzmiąca produkcja, której muzyczny poziom i emocje są na takim poziomie, jak Żuławy Wiślane, to chyba nie mamy o czym rozmawiać… I to nawet nie musi być w sytuacjach studyjnych. Weźcie nagrania koncertowe, nawet te nieoficjalne, bootlegi czy inne nagrywane żelazkiem – obserwujecie zespół czy DJ-a czy jakiegokolwiek artystę na scenie, gdzie zarówno tłum, jak i muzycy po prostu płyną, gdzie jest energia, którą widać gołym okiem, ale coś tam zatrzeszczy czy nie przeniesie dobrze basu, czy cokolwiek innego. Czy komuś to przeszkadza? Czy to umniejsza wartości muzycznej?

Podam Wam już ostatni przykład. I będzie to przykład osobisty, co by już zakończyć ten lament własnym doświadczeniem, a nie suchą, teoretyczną czy wręcz z palca wyssaną historyjką.

Kiedyś, dawno temu, jak pewnie niejeden/niejedna z Was, miałem okazję grać w zespole. Próby odbywały się raz w garażu, raz w piwnicy, na zapleczu czy na jeszcze innej sali, a raz unplugged – w plenerze, na świeżym powietrzu (nie zawsze w pełnym składzie). Był to bardzo piękny czas, choć żaden z nas nie był jakimś zawodowym muzykiem.

Wszyscy mieliśmy braki, mało wiedzy, słabe instrumenty, ale za to niezbadane ilości zapału i miłości do muzyki. Rejestrowaliśmy niemal każdą próbę, każdy patent, riff, motyw, pomysł. Niejednokrotnie słuchając tych nagrań mieliśmy ciarki na plecach, bo wydawało się nam, że tworzymy coś naprawdę niepowtarzalnego i ponoć ten klimat było czuć – czy to w samych dźwiękach czy w interakcjach między nami. Atmosfera była naprawdę turbo-świetna. Kasety (tak, kasety – nagrywane dyktafonem) były zajechane do granic. I to wszystko dawało nam jeszcze większego kopa. Nie będę się rozpisywał dalej, bo zaraz mi książka wyjdzie…

W każdym razie, klimat był piękny i nie przesadzę, jak powiem, że były momenty, jak czuliśmy się nader wyjątkowo i magicznie. Jednak nadszedł dzień, kiedy trzeba było nagrać jakieś sensowne demo, więc udaliśmy się do podrzędnego (bardzo podrzędnego) studia, które miało nam umożliwić rejestrację tych pomysłów. I co się stało?

Otóż, ten cały sprzęt, który niewątpliwie przeważał swoimi możliwościami nasz dyktafon, bardzo szybko obnażył nasze braki, wywlekł na wierzch nasze niedociągnięcia. I choć techniczna strona nagrania była, powiedzmy, „niezła” to serio – tego się wręcz słuchać nie dało… Przeżyliśmy trochę szok, bo jednak inaczej siebie słyszeliśmy w swoich głowach. Myśleliśmy, że jak pójdziemy do studia, to w końcu nasze kompozycje świetnie zabrzmią na lepszym sprzęcie. A okazało się coś zupełnie innego, bardzo brutalnego i niespodziewanego (dla naszych zapełnionych mitami głów).

Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, jak baaaaardzo jesteśmy nieprzygotowani, nie gotowi i po prostu kiepscy. I po części rozumiem, że niektórzy wolą zasłaniać się brakami sprzętowymi, bo jest to świetny mechanizm obronny – sam go z powodzeniem stosowałem, dopóki nie nadeszła ta „godzina zero”.

Bierzcie więc przykład, choć bardziej – uczcie się na moich błędach, a nie powielajcie tego pustego schematu. I dla ostudzenia nastrojów:

Sprzęt nam bardzo pomógł, ale nie w brzmieniu, bo, jak mówię, nie było w zasadzie na czym ucha zawiesić. Pomógł nam w nabraniu pokory i uświadomił wiele rzeczy. A teraz, z perspektywy czasu mogę spokojnie powiedzieć, że zamiast bujać w obłokach i marzyć, że studio „samo dla nas zagra”, trzeba było np. tłuc 25 razy więcej prób. Wtedy nawet bez studia nasza muzyka brzmiałaby lepiej, spójniej, sensowniej. I dopiero wtedy powinniśmy pójść do studia, żeby lepszy sprzęt podkreślił nasze niesamowite zdolności.

No dobrze, ale to już koniec uwag i lamentów. Mam nadzieję, że wałkowany przeze mnie punkt widzenia do Was dotarł i zostawi jakiś ślad, bo może to oszczędzić wielu frustracji i niepotrzebnego bujania w cirrusach oraz przeświadczenia, że sprzęt jest najważniejszy i wszystkim się zajmie 🙂

I z tym podejściem, przyjrzymy się kilku modelom z nieco wyższej półki, które nie muszą koniecznie kosztować fortuny, a są według mnie naprawdę godne rozważenia. Śmiem podejrzewać, że są robione przez geniuszy z niekończącym się zapałem i pasją, którzy znaleźli sposób na osiągnięcie niemal high-endowego brzmienia przy znacznie niższych kosztach. Nie będzie to oczywiście to samo, ale zdecydowanie przybliży nas do tego „większego świata”… Zgodnie z zapowiedzią, dziś omówimy najważniejszy element, a w kolejnym wpisie – pozostałe.

MIKROFONY

Shure KSM 32 (cena: ok. 2-2,5 tys. zł)

Niepozorny i niezbyt popularny model mikrofonu, który ma bardzo naturalne, nieprzejaskrawione brzmienie i sprawdza się fenomenalnie na wszelkich instrumentach akustycznych, overheadach perkusji oraz… wokalu. Dzięki swojej charakterystyce nie wybija zbyt mocno sybilantów, a użyty w odpowiednim kontekście bardzo ładnie oddaje naturę ludzkiego głosu. Miałem przyjemność z niego korzystać i po dwóch sesjach nagraniowych wskoczył na mój „wishlist”.

Zastanawiam się, czy nie obalić przypadkiem teorii o tym, że mikrofon trzeba dobierać do konkretnego wokalisty/wokalistki, bo choć sprawdziłem go raptem na 2 różnych głosach męskich i jednym damskim – nie udało mi się uzyskać słabego brzmienia na żadnym z nich. Zapewne, gdyby się uprzeć, udałoby się może wydobyć odrobinę lepszy sound z innego mikrofonu na testowanych głosach, ale mimo wszystko, to doświadczenie dało mi mocno do myślenia.

AKG 414 XLS/XL II (ok. 4-4,5 tys. zł)

Pisałem już o tym modelu w niniejszej serii i nadal utrzymuję, że jest to jeden z najbardziej uniwersalnych mikrofonów, który nada się właściwie do wszystkiego. I to nada się bardzo dobrze. Może nie zawsze w 100% da nam najlepszy możliwy rezultat, ale i tak ślady nagrane za jego pomocą słabo raczej nigdy nie zabrzmią (no chyba, że słaby jest muzyk, kompozycja, bla bla bla…) Do takiej sytuacji już na pewno przywykliście i nie ma tu nic nowego (że nie istnieje jedno, najlepsze rozwiązanie na wszystko), ale ten mikrofon jest tak bardzo nieinwazyjny i stonowany, że trzeba by się naprawdę postarać, aby zepsuć brzmienie rejestrowanych nim ścieżek.

A jak dodamy do tego dostępne na jego pokładzie funkcje (PAD, HPF i dużo charakterystyk kierunkowych do wyboru), to otrzymamy naprawdę solidny kawałek sprzętu (oraz historii, bo jest to jeden ze stałych bywalców studiów nagrań od dawien dawna).

CAD M9 (ok. 1200 zł) i M-Audio Sputnik (ok. 2 tys. zł)

Mówi się, że do uzyskania satysfakcjonującego brzmienia lampowego trzeba sporo zainwestować, bo to lampa musi być odpowiednia, to elektronika w środku na najwyższym poziomie, dopasowana impedancja do preampa, i tak dalej. Jak najbardziej to rozumiem i akceptuję, ale akurat te dwa modele raczej nie leżą na najwyższych półkach w kategorii mikrofonów lampowych, a mimo to są w stanie zabrzmieć naprawdę nieźle, tłusto i grubo. Nie bez znaczenia będzie także użyty przedwzmacniacz (preferowany nie lampowy), ale tutaj za relatywnie niewielką kwotę dostajemy bardzo sprawne i solidne modele, które są w stanie dać nam namiastkę soczystego brzmienia kojarzonego z tym bardziej klasycznym, vintage’owym.

Różnie bywa z dostępnością tych modeli w Polsce, ale zawsze można przeczesać aukcje internetowe i upolować któryś z nich za rozsądny (jeszcze niższy) pieniądz.

Shure SM7B (ok. 1,5 tys. zł) lub Beta 58 A (ok. 600zł)

Nie, żebym był jakimś fanatykiem marki Shure, ale o tych dwóch modelach trzeba wspomnieć. Powiem krótko – jeżeli nie mamy idealnego akustycznie pomieszczenia, a chcemy mieć odpowiednio zarejestrowany wokal, to proponuję maszerować do sklepu po jeden z tych dwóch modeli. Ogromną ich zaletą jest to, że dość skutecznie odrzucają dźwięki „okoliczne” (szczególnie Beta 58), a także nie syczą tak wściekle jak większość budżetowych mikrofonów pojemnościowych z naszych ukochanych Chin Ludowych.

Podsumowanie

Najważniejszy element wejściowego toru audio mamy z głowy  – poznaliśmy kilka zasad rządzących wyborem mikrofonu, poznaliśmy kilka modeli z wyższej półki oraz podzieliłem się z Wami moimi typami, które nie powinny jakoś mocno nadszarpnąć naszych finansów – szczególnie, jeśli podchodzimy do sprawy nieco poważniej niż tylko po najmniejszej linii oporu. A w ostatniej części podzielę się z Wami swoimi sugestiami dotyczącymi konkretnych modeli wśród pozostałych elementów łańcucha audio.

  1. Wiem, że wielu raperów czyta ten blog, dlatego dam próbkę zestawienia MXL 2006 Mogami i Lexicon Lambda przetestowanych w klimacie rapowym. Utwór nagrany w pokoju z lekką adaptacją akustyczną – panele z wełny mineralnej oddzielone stelażem od ściany o długość odpowiadającą połowie (lub 1/4, nie pamiętam) długości fali dźwięku który chciałem wygłuszyć (teraz już też nie pamiętam jaka częstotliwość była najbardziej uporczywa).

    W każdym razie najzwyczajniej chcę dać próbkę brzmieniową budżetowego mikrofonu, nic poza tym.

    Łączny koszt tego sprzętu to 1230zł (2010r.) z dobrymi kablami. Mikrofon służy nadal, interfejs niestety po czterech latach przestał działać. (O dziwo przewody Proel wytrzymały dłużej od niego).

    Nagranie jest wprawdzie po mixie, ale charakterystykę mikrofonu można nadal wyłapać.

    Owe nagranie:
    https://www.youtube.com/watch?v=8rlQ809xp_Y

  2. W tym właśnie tkwi sęk. Kto doświadczył, ten wie 🙂

  3. Piotr Czerny

    Igor!

    Tekst znakomity (jak zwykle). Jeśli mi wolno – to chcę tylko wprowadzić niewielką poprawkę do powyższego tekstu a propos ceny AKG C414. Chcę także podzielić się dwoma swoimi “typami” mikrofonów które uważam za godne polecenia.

    Na początek poprawka odnośnie ceny mikrofonów AKG C 414. Cena podana powyżej (w tekście artykułu) dotyczy mikrofonów używanych. Przy kupnie nowych w sklepie ceny kształtują się odpowiednio (za pewnym bardzo popularnym sklepem internetowym na dziś):
    AKG C 414 XLS – ponad 3680 PLN / szt.
    AKG C 414 XLII – ponad 4460 PLN / szt.

    Natomiast do listy wielkomembranowych mikrofonów pojemnościowych podanych przez Igora chciałbym dorzucić jeszcze dwa modele które z czystym sumieniem polecam:

    1) Audio-Technica AT 4050 SM – mikrofon kosztujący nieco poniżej trzech tysięcy PLN (nowy!). W wielu sytuacjach nie ustępuje ani AKG C 414 ani TLM 103 (co oczywiście wcale nie znaczy, że są takie same – nie! – ale spokojnie można ustawić je na tej samej półce jakościowej). Na przykład z moich doświadczeń wynika, że do overheadów wolę 414, ale już do fortepianu – AT 4050! W wielu przypadkach głos lepiej wypadał na AT4050 niż na 414 (znowu: co nie znaczy, że w każdym przypadku musi się to potwierdzić, ale jeśli przymierzamy go do takiego klasyka jak 414, to to jest – jak sądzę – wielki komplement). Generalnie moja opinia jest jednoznaczna: znakomity mikrofon za bardzo rozsądne pieniądze: trzy charakterystyki, filtr i – uwaga! – piętnaście lat gwarancji (po zarejestrowaniu na stronie producenta po zakupie).

    2) Neumann TLM 103 – bez filtra, kardioidalny. Zaryzykuję twierdzenie, że blisko mu brzmieniowo do AKG C 414 w wersji XLII (nie XLS który jest trochę ciemniejszy). Mikrofon ten wcale nie jest na rynku jakoś specjalnie długo (nieco ponad 15 lat), ale już dorobił się miana klasyka wśród mikrofonów budżetowych (oczywiście “budżetowych” z punku widzenia Neumanna 😉 😉 😉 )

    PS
    Igorze – myślę, że dobrze byłoby podać także listę polecanych pojemnościówek małomembranowych z nieco wyższej półki…

    Raz jeszcze – dzięki za świetny cykl artykułów. Pozdrawiam! 🙂

    • Dzięki za czujność, jak zawsze musiałem coś pomieszać… 🙂 Ceny poprawiłem. Powiem jednak, że na Sweetwater można czasem wyrwać XLS-a za $900 (tyle, że dochodzi cło, podatek, dostawa). Za to na stronie “tego pewnego popularnego sklepu”, nie tak dawno XL II kosztował 750E, ale nie miałem wtedy pieniądza 🙁
      Dzięki za Twoje typy. O małych membranach jeszcze pomyślę. Pozdrawiam również!

Zostaw komentarz