Szybka i Efektywna Praca w Studiu, Cz. 3

W dwóch ostatnich artykułach tej serii (Cz. 1 i Cz. 2) poruszyliśmy bardzo istotne kwestie związane z efektywną, wydajną i szybką pracą podczas nagrań i miksów. Wspomniałem, że jest jeszcze kilka sytuacji, w których będziemy wdrażać w życie zasadę ograniczania swoich wyborów do minimum.

Poniżej prezentuję Wam ostatnią odsłonę tego artykułu i liczę, że weźmiecie sobie podane przeze mnie porady do serca.

Wierzcie mi, że w perspektywie czasu, stosowanie się do nich zaowocuje większą wydajnością z naszej strony, a z czasem jeszcze lepszymi efektami końcowymi. Popatrzmy zatem na to, w jaki sposób i w jakich przypadkach omawiana zasada ma jeszcze rację bytu.

Ilość śladów w sesji

Kiedyś w ramach cyklu o tym, jak zostać lepszym realizatorem pisałem co nieco o stawianiu sobie ograniczeń i tam skupiłem się głównie na kwestii ilości śladów w sesji. Nie będę więc tego tutaj powtarzał, tylko odeślę Was do tamtego wpisu. A jak go już przeczytacie (lub go sobie przypomnicie), to zapoznajcie się z jedną myślą, która powinna nam przyświecać w trakcie pisania utworów i nagrywania śladów:

Podstawą jest dobry aranż i odpowiednie dobranie instrumentów oraz brzmień.

Jeżeli odpowiednio rozplanujecie co, gdzie i w jaki sposób ma grać, to naprawdę nie będzie trzeba tworzyć sesji z 68 ścieżkami.

I jeszcze w podobnym tonie do linkowanego artykułu, chciałem też dorzucić kilka kolejnych przypadków, w których stawianie sobie samemu ograniczeń może wpłynąć pozytywnie na szybkość i skuteczność naszej pracy. Mniejszy wybór zawsze oznacza błyskawicznie podejmowanie decyzji, a to z kolei pozwala nam ukończyć pracę znacznie szybciej niż ktoś, kto na każdym kroku zastanawia się chociażby nad tym, jakiej firmy wtyczki użyć np. do korekcji basu.

Ja mam na to jedno lekarstwo – wmówcie sobie, że w danej sesji możecie użyć tylko jednego modelu korektora na każdym śladzie, który korekcji będzie wymagał. I najlepiej niech to będzie domyślny korektor, który dostajecie ze stacją roboczą. Tak samo zróbcie z kompresorem.

Zdziwicie się, jak szybko ukończycie miks, a jego brzmienie prawdopodobnie nie będzie wcale gorsze niż jakbyście na śladach użyli przeróżnych korektorów czy kompresorów innych firm. Możecie dla porównania zrobić dwa osobne miksy – jeden z samymi pokładowymi wtyczkami, a drugi z tymi dowolnymi. Przesłuchajcie potem uważnie tych dwóch wersji i odpowiedzcie sobie szczerze, czy rzeczywiście różnica jest warta nadwyrężonego myślenia o wyborze konkretnego modelu plug-inu i czy jest w ogóle sens sięgania po te wymyślne modele… A już w szczególności – czy ma to jakiekolwiek uzasadnienie, jeśli dopiero poznajecie działanie poszczególnych procesów…

Jeszcze inne aspekty stosowania zasady ograniczenia wyboru:

Ilość ujęć (take’ów) danego śladu

Lepiej nagrać dwa porządne ślady głównego wokalu niż 12 ‘takich sobie’ wersji i potem ślęczeć nad nimi wybierając najlepsze wykonanie albo kleić takowe z różnych podejść – to bardzo monotonne i nużące zajęcie, które wcale nie gwarantuje najlepszych rezultatów. Dwa, trzy podejścia maksymalnie powinny wystarczyć – wybieramy najlepsze i ewentualnie podmieniamy słowo czy zdanie lub dwa z innego ujęcia i możemy ze spokojem sumienia zająć się innymi czynnościami (więcej o kompilacji ujęć w TYM FILMIE).

Ilość miksów jednego utworu

Wiadomo, że nie zawsze (rzadko kiedy) zdarzy się, aby pierwszy miks danego utworu wyszedł nam powalająco. Czasem trzeba będzie zrobić kilka wersji, aż wszystko zostanie zrobione jak należy (w naszym bądź klienta odczuciu). Ale jak doskonale wiemy, miksować można bez końca i ciągle coś zmieniać, poprawiać, ulepszać czy modyfikować. Niestety, zwykle jest tak, że po którymś już miksie (zależy od osoby, ale gdzieś w okolicach piątego czy siódmego – szczególnie, jeśli poprawki wykonywane były tego samego dnia) nasz miks przestaje się poprawiać, a zaczyna co najwyżej lekko zmieniać. I to z reguły na gorsze…

Dlatego warto sobie tutaj też nieco sprawę ułatwić i ograniczyć się powiedzmy do maksymalnie trzech wersji. Bo jeśli po trzech próbach nie jesteśmy w stanie zrobić czegoś lepiej, to małe są szanse na to, że kolejne 11 podejść wyjdzie nam, utworowi i artyście – na dobre. Moim zdaniem, lepiej zrobić dzień, dwa przerwy po pierwszym miksie i powrócić do sesji ze świeżym i wypoczętym słuchem, żeby zrobić jego drugą wersję, która prawdopodobnie będzie najbliższa naszym/klienta wyobrażeniom.

Edycja nagranych śladów

Dla jednych edycja to oszustwo, dla innych sposób poprawienia słabszego wykonania, a dla pozostałych droga do doprowadzenia bardzo dobrych śladów do ideału. Niezależnie od tego, do którego obozu należycie – mam dla Was znowu jedną, ogólną poradę:

Nagrywajcie tak, jakby edycja nie istniała!

Przećwiczcie materiał sto razy, do znudzenia – tak, aby nagrywać partie z zamkniętymi oczami, bez zastanawiania się, co po czym leci, jaki motyw, jakie słowa utworu, etc. Ślady nagrane najlepiej jak potrafimy nie będą wymagały wiele (a czasem w ogóle) edycji. Nie dość, że oszczędzimy w ten sposób mnóstwo czasu podczas miksu (bo edycja potrafi być naprawdę czasochłonna), to cały utwór już na starcie będzie się sam ze sobą lepiej kleił.

Jeżeli nagramy ścieżki niechlujnie i niedokładnie, to choćbyśmy spędzili pięć dni na kwantyzacji, czyszczeniu każdego brudu, oddechu, hałasu i szumu, strojeniu wokalu, ustawianiu wszystkiego „w kieszeni” – rezultat i tak będzie słabszy niż w przypadku naszego najlepszego i emocjonalnego wykonania, gdzie przedostał się jakiś jeden mały brud czy mlaśnięcie. Najważniejsza i tak jest zawsze ekspresja, precyzja, dokładność i ‘vibe’. Jeśli tego brakuje, to nic tu po nas. Póki co, nie wynaleziono (i raczej nie wynajdzie się) wtyczek, które potrafią ze słabego wykonu zrobić powalającą partię.

Ślady pod lupą…

Inna rzecz, że takie na siłę wypatrywanie jakichś małych artefaktów na konkretnych śladach nie przynosi zbyt dużych korzyści w kontekście całości. Powiem tak – jeśli będziecie na upartego szukać jakichś małych błędów czy chochlików – to na pewno je znajdziecie. Sęk w tym, że w całym miksie i tak nie będzie słychać różnicy przed i po, więc można spokojnie stwierdzić, że taki czas może okazać się czasem straconym…

Ja też kiedyś byłem maniakiem edycji i chciałem wszystkie ślady doprowadzić do perfekcji. Na szczęście z czasem zdałem sobie sprawę z tego, że zwykle wystarczy poprawić tylko jakieś ewidentne byki, które mocno rzucają się w uszy, a resztę zostawić w spokoju. No chyba, że mamy możliwość ponownego nagrania felernej partii – ta, jeśli dobrze wykonana, zabrzmi zawsze lepiej niż poprawienie kolosalnego błędu jakimś dobrodziejskim narzędziem edycyjnym. A dzięki takiemu oszczędnemu podejściu do bezlitosnej edycji unikniemy jakiegoś mechanicznego, sztucznego czy plastikowego brzmienia (no chyba, że takie nas interesuje – to już Wasza indywidualna sprawa…).

Czas wykonania miksu

Mówiłem o tym w pierwszej części wpisu, aczkolwiek bardziej w ramach dość ekstremalnego ćwiczenia. Tamtą sugestię nadal podtrzymuję jako ważną, ale poza tymi przypadkami, gdzie będziemy chcieli zbadać swoje umiejętności polegania na instynkcie i wykonamy miks w 15 minut, będą oczywiście sytuacje (w sumie to w większości), gdy trzeba będzie spokojnie usiąść i wykonać po prostu jak najlepszy miks.

Ale czy to oznacza, że możemy sobie dać na niego tydzień albo dwa? Oj, co to, to nie! Rozmawiamy w końcu o ograniczeniach i co jak co, ale podczas miksu, który potrafi być procesem długim i skomplikowanym, też musimy sobie sprawić jakiś bat nad głową. Może nie tak ekstremalny jak podczas 15-minutowego treningu, ale okolice kilku godzin (powiedzmy 4-6) powinny być w większości przypadków wystarczającym oknem czasowym.

Jak się spóźnimy 5 czy 10 minut, to nic wielkiego się nie stanie, ale nie rozciągajcie miksu na kilka dni, bo totalnie Wam się fokus rozjedzie, zapomnicie o pierwotnych pomysłach, nie będziecie działać pod żadną presją (która z reguły motywuje). Takie podejście w wielu przypadkach będzie oznaczało problemy ze skończeniem projektu. A tak, ustalamy limit na te kilka godzin, włączamy czas i pracujemy.

Wtyczki tu, wtyczki tam…

Starajcie się również używać jak najmniej plug-inów, pracujcie najważniejszymi narzędziami (poziomami, panoramą), a wtyczki dodawajcie tylko wtedy, gdy balans między śladami już sprawia, że nasz miks zaczyna przypominać gotową piosenkę i więcej samymi suwakami nie zdziałacie. Wiadomo, że wiele będzie zależało od jakości nagranych ścieżek, ale jeśli ta część produkcji będzie na zadowalającym poziome, to wcale nie będziemy potrzebować wielu plug-inów. Ja na przykład po sobie zauważam, że z każdym kolejnym miksem, mam w sesji coraz to mniej wtyczek (bardzo powoli i stopniowo, ale zawsze).

A jeszcze inna rzecz, to ilość wtyczek na poszczególnych śladach – wiedzcie, że nie trzeba, a wręcz nie należy wykorzystywać wszystkich 5 czy 10 insertów na każdym ze śladów. Jeśli w Waszych utworach na każdym śladzie siedzi po 8 wtyczek, to jest to oznaka tego, że albo macie fatalnie nagrane ślady albo nie macie pomysłu, w którym kierunku pójść z miksem – czyli zabrakło wyobrażenia, wizji dotyczącej brzmienia utworu. Nad tym też warto popracować…

Do zapamiętania z tego akapitu jest więc następująca sentencja:

Większa ilość wtyczek (i wyboru) nie równa się lepszemu miksowi. Sztuką jest uzyskanie lepszego miksu używając jak najmniejszej ilości wtyczek.

Bełkot…

A na koniec podam Wam jeszcze jedną poradę z zakresu ograniczania się, ale nie w kontekście muzyki, nagrywania czy miksowania. To bardziej wskazówka z zakresu psychologii. A mówię tu o umiejętności uodpornienia się na marketingowy zalew informacji, którym jesteśmy non-stop atakowani. Pisałem już o tym, że producenci wtyczek, sprzętu i oprogramowania pragną nas wciągnąć i omamić, żebyśmy uznali właśnie ich produkt za najlepszy z możliwych, najrozsądniejszy wybór, jako jedyne zapewnienie osiągania niesamowitych wyników.

Wiecie już doskonale, że kupno jakiegokolwiek urządzenia czy wtyczki NICZEGO nam nie gwarantuje. Stajemy się jedynie ich posiadaczami, a to ma się nijak do tego, co potrafimy z tym zrobić i czy w ogóle rozumiemy, że jest nam to (nie)potrzebne. Żaden kawałek sprzętu czy żadne narzędzie nie podniesie naszych kwalifikacji i zdolności. Te możemy bowiem rozwijać jedynie przez ciągłe ćwiczenie, ciężką pracę i wyciąganie wniosków.

Nasze zdolności będą się stopniowo poprawiały – wraz ze wzrostem świadomości i ilością ukończonych projektów, niezależnie od sprzętu, jakiego będziemy używać. Z czasem, jak już dorośniemy i zjemy zęby na jakimś urządzeniu czy wręcz to urządzenie przerośniemy i poczujemy, że teraz to już z pewnością ono nas ogranicza – możemy sobie pozwolić na upgrade. Ale wcześniej nie ma to sensu.

W ogóle, pokładanie nadziei w sprzęcie, jako lekarstwie na nasze realizatorskie niedomaganie, jest trochę (bardzo) smutne. Cóż, jesteśmy tylko ludźmi, mamy prawo się mylić i popełniać błędy. Ale nie można wierzyć, że jakiś produkt będzie mógł zastąpić nam trening słuchu albo lata praktyki – nie dajcie się na to nabrać!

I właśnie tak uodpornieni na kuszące propozycje od producentów powinniśmy ruszać w podróż po krętych drogach realizacji… Pamiętajcie, że to my (nasze wybory, podejmowane decyzje, dążenie do celu i używanie tego, co mamy, często instynktownie) decydujemy o konkretnych wynikach naszej pracy, a nie producenci narzędzi w naszych rękach!

Podsumowanie

Nie da się ukryć, że zbyt duży wybór bywa paraliżujący, blokujący, odwodzący od istoty – czyli muzyki samej w sobie. Mając przed sobą cały wachlarz opcji często boimy się, że to, co wybierzemy nie będzie decyzją najlepszą z możliwych, a to kolejny czynnik albo nas unieruchamiający, albo powodujący, że kręcimy i manipulujemy bez końca. Podczas takiego żmudnego działania zaczynamy bardzo szybko tracić punkt zaczepienia i skupienia, dekoncentrujemy się, spada nasza produktywność.

Kluczem do sukcesu bardzo często jest prostota. Dobry utwór, rozsądnie napisany i zaaranżowany, a przede wszystkim – porządnie zagrany i zarejestrowany gwarantuje, że nie będziemy musieli uciekać się do żmudnych prac edycyjnych, nie będziemy musieli pokładać nadziei w najdroższym sprzęcie (który i tak słabych śladów nie uratuje), toną przeróżnych wtyczek (które tylko nas skołują) i setką śladów w sesji (które tylko nawzajem się zamaskują).

Zakończenie

Mam nadzieję, że ten trzyczęściowy wpis uświadomił Was choć trochę w kwestii szybkiej i efektywnej pracy w studiu oraz nakierował na właściwe tory. Pamiętajcie, że ograniczanie się jest w gruncie rzeczy i wbrew pozorom rzeczą pozytywną, a ufanie własnemu instynktowi i budowanie wiary w słuszność podejmowanych decyzji jest koniecznością w stałym rozwoju i samodoskonaleniu!

Zostawić komentarz ?

18 Komentarze.

  1. Samo życie, sama prawda. Ale do tego, takich wniosków trzeba dojść pracą. Ileż to miksów mam teraz przed oczami. 6 lat pracy w tym samym pomieszczeniu, reżyserce, sprzęcie daje efekty. Wszystkiego się trzeba nauczyć, sprzętu i “pomieszczeń” też. 😆

  2. Kiedys sobie wydrukuję wszystkie Twoje wpisy i oprawię jako książkę.

    …a KSIĄŻKA “Zakamarki Audio” to chyba wcale nie jest głupi pomysł, Igorze.

    • Nie wykluczam takiego przedsięwzięcia.

    • I można tanio i dobrze (jakość pro) wydrukować w ramach self-publishingu. Wcale nie trzeba dużych nakładów robić, chociaż… ta pewnie by się szybko rozeszła i przy kilkuset sztukach. 🙂

      “Igora przygody w zakamarkach audio”

      :mrgreen:

    • Śmiejcie się, śmiejcie 🙂 Takie przygody właśnie pisać zacząłem, więc miejcie się na baczności!

    • Pisz pisz. W druku papierowym, grafiki w środku – póki co w skali szarości są opłacalne, kolor niestety nadal w cenie.

  3. Jestem za książką !! Jak najbardziej. 🙂

    P.S. Na jakim os x masz zainstalowany PT 11 ?
    Mój mavericks 10.9.2 niestety “awanturuje” sie 😛

  4. Pytanie o osx było do Igora 😛

    • U mnie Mountain Lion i awantur brak. O ile się nie mylę, to do dziś Avid nie rozpracował do końca problemu z systemem Mavericks, dlatego osobiście wstrzymuję się z updatem. Według ostatnich danych (końcówka marca 2104), polecają update OSX do 10.9.1 i zainstalowanie PT 11.1.2 – to teoretycznie niweluje różne “bugi”.

    • he A ja mam 10.9.2
      To sobie poczekam 😛

  5. Kiedy byłem dzieciakiem wziąłem deskę wbiłem w nią gwoździe i na nich rozciągnąłem stalową rozplecioną linkę hamulcową od roweru.Wydawało to dźwięki ale o melodii nie mogło być mowy.Ale frajda była i specjalnie nie myślałem o tym,że nie mam prawdziwej gitary!Po twoich ostatnich dwóch wpisach chcę mi się wrócić od razu do takiego dziecięcego myślenia.Masa zaoszczędzonego czasu i pieniędzy,dzięki!

  6. No właśnie!Nikt mi nie powiedział,że muszę kupować od razu gitarę.Nie uwzględiłem jedynie butelki w swoim projekcie.He,he dobre! 😛

  7. Co to ja bym dał żeby tak móc zarejestrować całą partię w jednym podejściu, a potem sobie tylko ewentualnie doklejać lepsze fragmenty. Niestety u mnie jest tak że jak zaczynam nagrywać kawałek to jeszcze nie mam pojęcia jak on się dalej rozwinie, bo to zależy od tego jak różne ścieżki będą się uzupełniać a to grając samemu jestem w stanie przetestować dopiero po nagraniu. No i czasami zmieniam całkowicie koncepcję w czasie nagrywania, np wtedy gdy się pomylę i akurat ta pomyłka mi fajnie zagra. Poza tym jak gdzieś coś krzywo zagram, struna mi zawibruje czy jest jakiś przydźwięk to od razu kasuję i zaczynam od nowa 🙂

  8. oj prawdy w słowach Twych dużo!:),pozdrawiam

Zostaw komentarz