Szybka i Efektywna Praca w Studiu, Cz. 2

Nadszedł czas poznać drugą, najważniejszą zasadę szybkiej i efektywnej pracy w studio.

Wspomniałem w pierwszej części artykułu, że omawiane dziś i w kolejnej odsłonie zagadnienie będzie ściśle związane z poznaną wcześniej zasadą ufania własnemu instynktowi.

Mało tego, jedna z drugą kwestią będą się fantastycznie uzupełniały i wydaje mi się, że kierowanie się pierwszym, niejako odruchowym osądem w połączeniu z dzisiejszą zasadą, powinno w dość jasny sposób określić, jak w prawdziwych sytuacjach studyjnych osiągać dobre wyniki z minimalnym nakładem środków i w możliwie najkrótszym czasie.

A druga najważniejsza zasada szybkiej i efektywnej pracy brzmi:

OGRANICZAJ MOŻLIWOŚCI WYBORU DO MINIMUM!

Już słyszę głosy zwolenników posiadania miliona opcji do wyboru w każdej sytuacji. “Im więcej, tym lepiej” i tym podobne. No, ale niestety – skłaniałbym się ku temu, że w rzeczywistości jest zupełnie na odwrót. Im nasze pole manewru większe, im lista kandydatów dłuższa, im ilość sprzętu i wszelkich innych dogodności większa – tym jesteśmy bardziej skołowani, a czasem wręcz sparaliżowani. Bo „co za dużo, to i świnia nie zeżre”…

Zgadzam się z tym, że jako wolni ludzie musimy mieć wybór oraz prawo podążać taką drogą, jaką chcemy (o ile nie wchodzimy w drogę innym), ale wbrew pozorom, zbyt wielkie możliwości czy wręcz brak ograniczeń w jakiejkolwiek kwestii związanej z muzyką w rzeczywistości bardzo mocno nas unieruchamia.

Zapewne zaczynacie też zauważać ścisły związek z omawianą poprzednio zasadą dotyczącą własnego instynktu. Bo nawet, jeśli mielibyśmy tysiąc opcji, to nasze pierwsze odczucia i nasuwające się instynktownie myśli – pomogą nam najwięcej. A w sytuacji, gdy mamy bardzo niewielki wachlarz opcji – nie musimy spędzać godzin na dokonaniu właściwego wyboru, bo… nie bardzo jest w czym wybierać. Dlatego działamy tym, czym dysponujemy i nie rozwodzimy się nad tym „co by było, gdyby”, bo nie ma to zupełnie sensu. Robimy tak, aby uzyskać jak najlepsze wyniki z użyciem dostępnych w danej chwili narzędzi i nie ma tu miejsca na gdybanie.

I tak to wygląda w teorii. Zobaczmy w takim razie, jak można zaimplementować przytoczoną dziś zasadę do naszej codziennej pracy w studio.

Na początek porozmawiajmy o sprzęcie…

Jak wiemy, producenci komputerów, stacji roboczych, wtyczek, mikrofonów, preampów, kompresorów i całej gamy innego sprzętu studyjnego wręcz bombardują nas swoimi ofertami, przekonując, że to ich produkt jest najlepszy, że to zakup ich urządzenia znacznie poprawi jakość naszych produkcji, etc.

  • Ale jak mały, szary człowieczek ma się w tym wszystkim połapać?
  • Który model mikrofonu ma wybrać?
  • Jaki interfejs audio?
  • Jakie wtyczki?
  • Czy to wystarczy…?

I mnóstwo tego typu pytań. A odpowiedź jest naprawdę bardzo prosta – znajdź takie narzędzia, które spełnią Twoje potrzeby – np. mikrofon pojemnościowy lub dynamiczny do wokalu, interfejs z preampem i zasilaniem fantomowym albo ośmiokanałowy interfejs do nagrywania perkusji i… ruszaj.

Najważniejsze, żeby się upewnić, czy dany sprzęt będzie w stanie fizycznie spełnić pokładane w nim nadzieje. A gdybanie o wyższości jednego modelu nad drugim przesuń na plan dalszy. Na to jeszcze przyjdzie czas.

Jak zapoznasz się z możliwościami i ograniczeniami danej kategorii (np. interfejsów – niezależnie od marki), to Twój wybór powinien być dziecinnie prosty i szybki. Nie nagramy wielokanałowo perkusji dysponując interfejsem z jednym wejściem mikrofonowym. Czy powiedzmy, nie nagramy wokalu mikrofonem pojemnościowym mając interfejs bez zasilania fantomowego. Najpierw trzeba wiedzieć, co do czego służy i potem można dopiero dobierać konkretny model.

Interfejsy Audio

Na początek coś, co od dawna powtarzam – naprawdę nie będzie istotne, który model interfejsu z danej półki cenowej weźmiemy (a w szczególności, jeśli chodzi o różnice w brzmieniu).

One się od siebie różnią tak nieznacznie (niektóre wręcz w ogóle), że jest to debata najczęściej niewarta prowadzenia. Patrzymy (i czytamy w instrukcji), co dany model posiada i co może zdziałać. Jeżeli nam to pasuje, to go bierzemy i jedziemy dalej. A czy będzie miał niebieską czy czerwoną obudowę i jakiego producenta logo na opakowaniu, to sprawa drugo-, jeśli nie trzeciorzędna. W dzisiejszych czasach interfejsy są naprawdę dobrej jakości i nawet takie małe, dwukanałowe pudełko jest w stanie dostarczyć nam świetnie brzmiące ślady.

Mikrofony Pojemnościowe

Podobnie jest z budżetowymi mikrofonami pojemnościowymi – one wszystkie mają podobne brzmienie i podobne wady, więc wybierzmy jeden i ruszajmy dalej. Miesiące czytania for internetowych celem wyłonienia niekwestionowanego zwycięzcy w kategorii „najlepszy mikrofon do wokalu za max. 500 zł” będą miesiącami straconymi. Znacznie lepiej spożytkujemy ten czas kupując którykolwiek z przyzwoitych modeli i robiąc za jego pomocą 25 sesji nagraniowych. Nie, żeby nie było absolutnie żadnych różnic między takimi mikrofonami, ale z reguły są to dość małe rozbieżności – zbyt małe by konkurować ze sztuką pozycjonowania mikrofonu względem źródła dźwięku, ustawiania odpowiednich poziomów nagrania, adaptacji akustycznej i innych, znacznie istotniejszych rzeczy…

Plug-iny

Kolejny ciekawy worek to wtyczki. Nie jeden raz spotkałem się z totalnie niepotrzebnymi, nudnymi i nic do tematu nie wnoszącymi wypowiedziami ludzi, którzy murem stali za stwierdzeniami, że trzeba mieć pakiet drogich wtyczek, bo te, które dostajemy za darmo w naszym DAW się do niczego nie nadają i brzmią tragicznie. Większych głupot to ja dawno nie czytałem… Jeśli ktoś nie potrafi uzyskać dobrych wyników na plug-inach pokładowych, to zmiana ich na jakiekolwiek inne – płatne, darmowe, tanie, drogie czy na dedykowanych kartach (jak UAD-2, Waves Soundgrid, Focusrite LiquidMix czy innych) absolutnie NIC nowego nie wniesie.

I znów – jasne, że będą między nimi jakieś różnice, ale potrzeba odpowiednio przygotowanych testów porównawczych, precyzyjnie skopiowanych ustawień, dobrego sprzętu odsłuchowego i przede wszystkim – dobrego słuchu, żeby te zazwyczaj niewielkie różnice wychwycić. Dodatkowo, nie każdy człowiek, nawet mimo posiadania nienagannego toru odsłuchowego, te różnice usłyszy, więc o czym my w ogóle rozmawiamy…?

Krew mi się w żyłach gotuje, jak czytam kolejny post na jakimś forum, w którymś pierwszy z brzegu „zielony” użytkownik bez krzty rozeznania w temacie (do czego się jawnie przyznaje), pyta o to, który korektor albo kompresor ma kupić na start, bo gdzieś wyczytał, że te pokładowe w DAW się do niczego nie nadają. Takich przykładów jest mnóstwo, a jest to nic innego, jak zawracanie sobie głowy nieistotnymi rzeczami. SZCZEGÓLNIE, jeśli taka osoba jest początkująca!

Najpierw trzeba się nauczyć, jak coś działa, do czego służą te wszystkie potencjometry i jak wpływają na dźwięk. A na czym lepiej się uczyć, jak nie na tym, co i tak mamy w DAW za darmo? Jasne, że można się na dzień dobry obkupić plug-inami, tylko po co wydawać pieniądze na coś, co nie wiadomo, czy będziemy jeszcze robić za pół roku?

Z doświadczenia wiem, że za młodu ma się wiele zapału i chęci, ale jak sobie człowiek zda sprawę z tego (w końcu do każdego to dotrze), że w tej pracy nie chodzi o rodzaj narzędzia, tylko o fach w ręku (i w uchu) i że wymaga to dłuższej pracy nad własnym warsztatem, a nie kliknięciu presetu – to niektórym się po prostu z czasem odechciewa. I nie ma w tym nic złego, przecież nie każdy ma predyspozycje do bycia realizatorem. Ale jeśli taki moment odstąpienia od tego zajęcia nastąpi, to przynajmniej będziemy trochę kopiejek do przodu…

Wyjątki…

Jedyna sytuacja, kiedy zakup konkretnego plug-inu ma sens jest wtedy, gdy mamy konkretne potrzeby dotyczące jakiegoś procesu (powiedzmy, że nie ma w naszym DAW dedykowanego plug-inu do saturacji, a chcielibyśmy ją wykonać), ale na początku drogi nie powinniśmy się obładowywać toną różnych wtyczek, tylko poznać działanie tych podstawowych (bo przecież korektor parametryczny firmy A działa dokładnie na tych samych zasadach i zabrzmi niemal identycznie, co korektor parametryczny firmy B). I w takiej sytuacji nie mamy problemu z wyborem, bo sięgamy po taką wtyczkę, jaką mamy. Prościej nie będzie!

Zapewne wyczuwacie już, o czym ja do Was mówię… Posiadanie ogromnego wyboru powoduje brak odpowiedniego skupienia (zwłaszcza, gdy sprzętu mamy sporo, ale małe z nim doświadczenie). Nawet starzy wyjadacze, którzy mieliby pod ręką tysiące urządzeń, które by całkiem nieźle znali, nie byliby w stanie od razu zgadnąć, które zabrzmi najlepiej na danym śladzie. Można mieć wyobrażenie i oczekiwania, a tak naprawdę sporo jest w tym przypadkowości, natomiast powtarzalność nie jest tu bynajmniej regułą. Co oznacza, że dopóki nie zapniemy jakiegoś procesora na dany ślad albo nie ustawimy i nie nagramy wokalu danym mikrofonem, to tak naprawdę do końca nie będziemy wiedzieli, jak całość zabrzmi (pomimo świetnej znajomości urządzenia). No, ale odbiegamy…

Sytuacja hipotetyczna (aczkolwiek bardzo prawdopodobna)

Załóżmy taką sytuację – mamy do nagrania wokalistę, który odwiedził nasze studio, a w naszej szafce dumnie mieszka 5 różnych mikrofonów. Powiedzmy, że 3 pojemnościowe i 2 dynamiczne. Nie mamy za dużo czasu, budżet jest minimalny, a artysta oczekuje nagrania na przynajmniej zadowalającym poziomie. Co w takiej sytuacji robimy? Sięgamy po każdy mikrofon po kolei, robimy na szybko 5 nagrań, siadamy i wybieramy ten najlepiej brzmiący?

Jaką mamy gwarancję, że przy presji czasowej, emocjach i aż pięciu różnych ujęciach rzeczywiście podejmiemy słuszną decyzję. Bo słuchając czwartej próbki z kolei nasz mózg i tak już nie pamięta jak brzmiała próbka pierwsza… Pomijając już, że na ten zabieg stracimy cenny czas. A niezorientowany w temacie wokalista może sobie pomyśleć: „Co on wyprawia? Testy sobie urządza, kiedy ja mam ograniczony czas i budżet!”

A teraz, dla kontrastu wyobraźcie sobie sytuację, gdy naszą szafkę okupuje tylko jeden model mikrofonu. Jak myślicie, który mikrofon wybierzemy, co…? No właśnie.

I stawiając nasz jedyny model przed gotowym do akcji wokalistą możemy popracować nad pozycjonowaniem mikrofonu względem otworu gębowego artysty – aż uzyskamy to przyzwoite brzmienie (co nie powinno zająć dłużej niż 2 minuty). Wokalista będzie zadowolony, że nie urządzamy sobie testów jego kosztem, a my będziemy przekonani, że zrobiliśmy najlepszą robotę, jaką mogliśmy w danej sytuacji.

Może jak byśmy mieli drugi mikrofon, to zabrzmiałby on o 10% lepiej na tym konkretnym głosie. Może. Ale go nie mamy, więc robimy tym, co mamy. I znów +50 do doświadczenia. Bo nawet, jeśli uzyskany wynik nagrania nie będzie najlepszy na świecie, to nauczymy się na własnej skórze, że nasz mikrofon nie współpracuje najlepiej z głosem, który jest np. bardzo niski/wysoki/soczysty/piskliwy/nosowy (czy jakikolwiek inny w danej sytuacji).

Do zapamiętania…

Im zrobimy więcej nagrań, tym zanotujemy więcej zależności. Aż w końcu wyrobimy sobie podparte niemałym doświadczeniem zdanie na temat danego modelu (czy nawet grup mikrofonów). To także pozwoli nam zdać sobie sprawę z konkretnych ograniczeń danego mikrofonu, co z kolei umożliwi nam wybrać mikrofon, który np. będzie przeciwieństwem posiadanego do tej pory przez nas modelu. I tak, moi drodzy, zdobywa się doświadczenie.

Przeczytanie jakiegoś zdania na forum, że najlepszy mikrofon to model X, niczego nam tak naprawdę nie mówi. Bo skąd możemy wiedzieć:

  • w jakich warunkach dany osobnik używał tego modelu?
  • kogo i co próbował nagrywać?
  • jak długo obcował z tym mikrofonem?
  • do czego porównywał dany model? i w końcu:
  • jak dobrze wytrenowany jest jego słuch?

Musielibyśmy znać te wszystkie czynniki, żeby mieć chociażby jakiś wstępny obraz. A teraz pomnóżcie to powiedzmy przez 30 takich szczegółowych opisów (każdy od innej osoby) i spróbujcie wyciągnąć jakieś wnioski wspólne… Gwarantuję Wam, że odpowiedzi będą tak rozbieżne, że zostaniecie pozostawieni w jeszcze większym skołowaniu niż przed podjęciem tematu…

Niestety, każdy słyszy inaczej i ma inne preferencje – coś, co dla jednej osoby brzmi należycie, innej nie pasuje i tak dalej. To są osobiste rzeczy, dlatego najwięcej dobrego dla siebie zrobicie wtedy, gdy będziecie empirycznie, na własnej skórze wyrabiać sobie zdanie o tych mikro-różnicach.

Czytanie forum nie rozwija słuchu!

Ale powróćmy do tematu ograniczonych opcji…

Efekty w drodze na dysk

Jeszcze inna sytuacja, ale wymagająca już jako-takiego obycia ze sprzętem, procesem korekcji lub/i kompresji, ma miejsce wtedy, gdy dysponujemy w naszym arsenale narzędzi jakimś channel-stripem.

Channel-strip to nic innego, jak kilka urządzeń w jednym opakowaniu – zazwyczaj zewnętrzny preamp, czasem z wbudowanym korektorem i kompresorem, jakimś miernikiem poziomu sygnału, kontrolą poziomu wyjścia sygnału lub czymkolwiek innym, co wymyślił jego twórca. I cały zamysł w używaniu takiego urządzenia jest taki, aby już podczas nagrań zastosować jakieś najpotrzebniejsze ruchy EQ (typu podciąć dół, wyciąć jakiś rezonans czy lekko zaakcentować któreś pasmo), jak i dodać nieco kompresji (o ile wiemy dokładnie, jak się nią posługiwać), aby w takiej przetworzonej postaci zarejestrować ślad na dysku.

To wszystko sprawi, że nagramy do DAW już w miarę podrasowany, bardziej „gotowy” ślad i nie będziemy się musieli później zmagać z dodawaniem wtyczek na nim – zaoszczędzimy czas i moc obliczeniową komputera. Dodatkowo, nauczymy się brać odpowiedzialność za podjęte decyzję (bo np. nieprawidłowej kompresji nadanej w trakcie nagrywania już nie cofniemy) i postawimy sprawę jasno: „Zdecydowałem/-am się na takie brzmienia (z taką korekcją i kompresją) i zamierzam się tego trzymać”. Jeśli nie przesadzimy i nie przekompresujemy – to wszystko powinno być w porządku, a utwór będzie się szybciej i łatwiej miksował.

Podobnie ze stosowaniem symulacji wzmacniaczy gitarowych lub basowych, kiedy zmuszeni jesteśmy do DAW nagrywać surowy sygnał z gitary po kablu i aplikować później różnej maści amp-simy. Jak znajdziemy interesujące nas brzmienie, to nagrajmy je od razu na nowy ślad audio – tak, żeby móc już wyłączyć tę symulację – jak w prawdziwej sytuacji nagraniowej (gitara nagrywana mikrofonem zbierającym sygnał z pieca gitarowego, z zaaplikowanymi ustawieniami, efektami, etc.).

Nie bójmy się podejmować takich decyzji, ale bądźmy jednocześnie czujni. Pracując w ten sposób nie pozostajemy z czystym śladem i możliwością nieskończonej ingerencji w brzmienie gitary wewnątrz symulacji, co oczywiście nie pozostawia nam wyboru – musimy ruszyć dalej. Jak dobrze wybierzemy podczas nagrania i taka gitara będzie się ładnie kleić z basem i perkusją, to absolutnie nie będzie potrzeby zmieniać jej brzmienia po fakcie. Trochę odwagi i wiary we własne decyzje! Komputer z resztą też nam podziękuje za wyłączenie procesożernej wtyczki.

Podsumowanie

Jest jeszcze pełna garść innych przypadków, w których będziemy stosować zasadę ograniczanie swojego wyboru do minimum. O nich (i o paru innych rzeczach) opowiem w ostatniej części artykułu.

Zostawić komentarz ?

26 Komentarze.

  1. Alan_Z.W.Z

    Bardzo dobry artykuł . 😉 Otwiera oczy. Przyznam się , że zawsze myslalem, iż jak bedę obladowany wtyczkami,samplami itp. To bedzie wygodniej. Ale to nie prawda. Staralem sie to ograniczy. Ale po tym wpisie ogranicze je do minimum

  2. Jak zwykle artykuł extra. Kiedyś też byłem na etapie zbieractwa wszystkiego teraz mam tylko kilka ulubionych wtyczek, które mi brzmią i na tyle i nie kombinuję za dużo bo zawsze przynosi to skutek odwrotny. Nawiązując trochę do poprzedniego artykułu zawsze twierdzę ,że pierwsza myśl jest najlepsza kiedyś po kilku godzinach kręcenia gałami dochodziłem do zdecydowanie gorszych efektów.Ps.Muszę Ci Igor powiedzieć, że bardzo Cię nie lubię 😉 kiedyś radość sprawiało mi same granie na instrumentach i nagranie 4 ścieżek a dzięki tobie zacząłem więcej kręcić gałami(Które uwielbiam) niż grać.

  3. Dziękuję za artykuł o mnie. Nie chciałbyś wiedzieć ile życia stracilem na poszukiwaniu TEGO BRZMIENIA nie wydawszy prawie nic. Zresztą… 10 lat temu bym nawet nie uwierzył w ten wpis.
    Keep Zakamarking!

    • Niektórzy nigdy w ten wpis nie uwierzą i będą się usilnie starali szukać przyczyn niezadowalającego brzmienia w swoich narzędziach. Grunt to w końcu spojrzeć prawdzie w oczy 🙂

  4. I jako programista w środowisku VST mogę potwierdzić jedno – wiele wtyczek różni się wyłącznie bądź głównie… interfejsem graficznym; bebechy są te same.

    Natomiast co do wyboru mikrofonu czy wtyczek, to tutaj nie do końca się zgadzam, że różnic nie ma lub że są minimalne w danym przedziale cenowym. Więc tutaj druga prosta reguła. Jeśli nie masz możliwości odsłuchu porównawczego (np. mikrofonów) gdzieś w sklepie – to poszukaj próbek audio na internecie. Jeśli się w nich “zakochasz” od pierwszego usłyszenia, to będziesz wiedzieć, że to jest to. I mówię serio – złap pierwsze wrażenie, odsapnij, wróć. I tu nie ma wielkiej filozofii.

    • Dlatego tak bardzo cenię sobie strony jak RecordingHacks.com. Chłopy robią dobrą robotę z testami przeróżnych mikrofonów, wielki dla nich plus za to. Co do różnic, to ja się głównie odnoszę do sytuacji młodych, początkujących – dla których te odchyły nie będą miały większego znaczenia. Długo Cię nie było w Zakamarkach, J.K.C.
      Busy times? 🙂

    • A tak trońku. Praca i pasja na przemian, a że jedno i drugie w branży programowania, to nie ma kiedy oka zapuścić na webowe sprawy. Tak się zastanawiam kiedy do nagrywania wrócę i dochodzę do wniosku, że najwcześniej to już chyba na jesień.

      Ale za to będę miał na dniach fajną aplikację własnej roboty do wspierania nauki śpiewu alikwotowego (overtone singing lub throat singing jakby któś pytał). Moje ostatnie 3 miesiące dłubania. 🙂

      Fakt że wersja draft/developerska, ale chyba właśnie taką wpuszczę do ludziów; niech testują koncepcję a później się zobaczy co dalej. Mniej więcej tak to wyglada.

  5. Jeżeli chodzi o brzmienie wtyczek to moim skromnym zdaniem największe różnice są we wtyczkach, które właściwie nie wiadomo co dokładnie robią z sygnałem – jakieś emulacje, saturacje, pseudostereo itp. Te wtyczki bazują na różnych podstawowych efektach ale w różnej proporcji i o różnych parametrach, dlatego też wynik końcowy zależy od założeń przyjętych przez twórcę.

    Natomiast co do różnicy w takich podstawowych wtyczkach jak EQ to szczerze nie wierzę. Naprawdę nie sądzę aby ktoś w ślepym teście był w stanie odróżnić np podbicie na 2 kHz o 2db przy przy jednakowym Q między wtyczką X a wtyczką Y o ile obie z nich działają prawidłowo, zwłaszcza przy miksie kawałka a nie jakiegoś spreparowanego dźwięku testowego. Sądzę, że w subiektywnych odczuciach wielką rolę odgrywa także interfejs wtyczki. No bo jak się patrzy na jakieś toporne wtyczki z suwakami w oknie rodem z windows 98 (jak np pokładowe wtyczki w Reaperze) to “zupełnie inaczej to brzmi” niż w przypadku wtyczek wychuchanych i wycmokanych przez grafików którzy stworzyli dodatkowo super animację kręcenia gałkami.

    • Trudno się nie zgodzić.
      A nawiasem mówiąc, wtyczki Reapera mogłyby nieco bardziej atrakcyjnie wyglądać, od razu by lepiej brzmiały 😉

    • Kiedyś szczerze mówiąc wydawało mi się że jest na odwrót. Że właśnie te wtyczki “pro” są bardziej toporne i nieatrakcyjne, a te świecidełka i wizualizacje wzmacniaczy są przeznaczone dla amatorów którzy bardziej kierują się emocjami niż słuchem. Ale to było kiedyś.

      Wszak dowiedziono w sposób naukowy, że ta sama potrawa zbiera wyższe noty za smak gdy jest podana estetycznie niż gdy jest podana byle jak.

    • Bo mnóstwo rzeczy jest kwestią odczuć i prywatnych preferencji, niezależnie od laboratoryjnych faktów…

    • Owszem, ale należy też sobie zdawać sprawę z takich rzeczy, aby potem nie kupować za 2 klocki wygrzewarki do kabli czy nalepek na ścianę poprawiających akustykę 😉

      Oczywiście, faceci od Reapera mogli się trochę bardziej postarać w temacie wyglądu wtyczek bo wygląda to trochę jak arkusz kalkulacyjny, ale z drugiej strony ten DAW kosztuje 60 dolców a nie 600, a to co ma na pokładzie – mimo iż jest brzydkie – pozwala na pracę. I choć czasami wzbogacam narzędzia o jakieś darmowe wtyczki udostępniane promocyjnie przez producentów (np Supercharger, super wtyczka którą wyłapałem dzięki Twojej informacji – dzięki) to nie wierzę, że jakbym rzucił się i kupił Izotope Ozone to moje miksy by były automatycznie lepsze.

      Mogłoby być nawet odwrotnie bo bym zapewne przesadzał z tym wszystkim. Dziś się czasami łapie na tym że im dłużej siedzę nad jakimś śladem, im bardziej dłubię tym gorzej on brzmi, a najlepiej często pierwsza wersja którą na szybko zmontowałem aby pomysł nie uciekł.

    • Często mam bardzo podobnie – zbyt długie grzebanie kończy się przedobrzeniem.

      Atrakcyjność wizualna wtyczek to też aspekt wpływający w jakimś tam stopniu na wybór wtyczki, ale nie oszukujmy się – z brzmieniem ma to niewiele wspólnego. Ewenrualnie tyle, co te nalepki na ścianę do poprawy akustyki…

      Ach, no i nie zapominajmy też o podstawkach pod kable, one dopiero diametralnie poprawiają brzmienie… No I jeszcze jeden hit – kolor kabla. Inne odcienie inaczej reagują na tlen zawarty w powietrzu, przez co zniekształcają pasmo przenoszenia… Podobno błękitne są najbardziej neutralne… 😉

    • Ale to jest dopiero hit: ponoć niektórzy przed słuchaniem muzyki kapuchę jedzą bo rzekomo po niej lepiej basy słychać 😀

    • Haha… Padłem. I pewnie im więcej razy przed połknięciem przeżujesz, tym niższe częstotliwości usłyszysz 😉

    • A po bigosie nawet ujemne 😉

    • śródpoślednia cancelacja fazy. :mrgreen:

  6. Świetny i jaki prawdziwy wpis!
    Dawniej też rozczulałem się nad automatyką – “a może tu ruszyć o tyle”, “a może tu poprawię o odrobinkę jakąś gałkę” – a różnicy znaczącej i tak nie słychać.
    wspaniałą lekcją do podejmowania decyzji jest praca ze sprzętem analogowym, nawet przy użyciu jednego klocka. (od razu mówię, że nie mam zamiaru mówić co jest “lepsze czy gorsze” – po prostu chodzi mi o podejmowanie “stałych” decyzji)
    ostatnio robiłem numer, w którym miałem bas wtyczkowy – symulacja analogowego syntezatora (mniejsza o to jakiego). całość trwała 2,5 minuty, a wraz z ubiegającym czasem filtry miały się rozkręcać, oscylatory rozstrajać itd.
    zrobiłem szybko odpowiednią automatykę wszystkiego i dla eksperymentu przepuściłem przez piec lampowy basowy. brzmienie oczywiście uległo zmianie (ciekawe baaardzo, nie powiem) i na nowej ścieżce dostałem czyściusienki ślad audio. a wszystko co zrobiłem we wcześniejszym tracku MIDI zostało zapisane na jednym, prostym pliku WAV – i oczywiście bez możliwości zmiany 😀 i teraz podczas mixu mam coś, co zostało tak a nie inaczej nagrane i skupiam się na innych rzeczach, niż KRZYWO zrobiona automatyka 😀
    oczywiście nie mam zamiaru tutaj wygłaszać, że cyfra jest gorsza, czy może lepsza. bo nie o to tutaj chodzi. poza tym Igor we wcześniejszych wpisach już powiedziałeś na ten temat tyle, że żaden fanatyk sprzętu analogowego chyba nie odważy się coś na ten temat mówić 😆
    chciałem jeszcze tylko dodać, że możliwość nawet samej zabawy z analogiem (czy to jakiś jeden efekt, czy to jakiś piecyk, czy cokolwiek) uczy tego, o czym mówisz. sam pracuję na sprzęcie w 100% cyfrowym, na pluginach itd. ale samo pożyczenie od kumpla wzmacniacza basowego było super sprawą. poczułem się jakbym pracował tak na serio w analogu. musiałem podejmować decyzje o brzmieniu wzmacniacza bardzo szybko, bez możliwości poprawek. super lekcja i super zabawa!
    a ślady jak nagrałem do teraz pozostały nie zmienione :DDD
    pozdrawiam!

    • Dokładnie o to chodzi. Analog pod tym względem jest rzeczywiście swietną lekcją, bo nie masz wyjścia (czyli bezpiecznej opcji z wiecznym manipulowaniem). To, co ukręcisz na początku, zostaje z Tobą do końca.

  7. Alan_Z.W.Z

    Witam Moich zakamarkowych kolegów. Otóż mam pytanie typek ma na sprzedaż te o to maty “wygłuszające” daje link http://www.aixfoam.de/schallabsorber-mit-trapezprofil-sh005 chce odemnie za nie 200zl mat jest 8 po 1m i 5cm . czy jest to opłacalny interes ? Proszę o konkretną odpowiedz

    • Ja bym osobiście w takie coś nie inwestował.

    • Nie znam niemieckiego ale po tym co widać na zdjęciach wygląda to na zwykłą piankę tylko odpowiednio wyprofilowaną

  8. Alan_Z.W.Z

    Okej, Dzieki 🙂 Odpuszczę sobie. A może byście polecili coś godnego uwagi , a zarazem coś co nie zabije mi portfela.?

    • Jak chcesz zrobić to efektywnie, to przede wszystkim panele z wełny mineralnej. Możesz kupić, możesz zrobić samemu. Skuteczność sto razy większa niż przy takiej badziewnej piramidce.

Zostaw komentarz