Szybka i Efektywna Praca w Studiu, Cz. 1

W tym i dwóch kolejnych wpisach opowiem Wam o najważniejszych według mnie czynnikach wpływających na szybką i efektywną pracę w studio.

Zastosowanie się do podanych w tych wpisach wskazówek powinno zagwarantować Wam osiąganie lepszych rezultatów w krótszym czasie, co jest niewątpliwie istotne, jeśli pracujemy pod presją czasową.

A nawet, jeśli robimy muzykę wyłącznie hobbystycznie dla samych siebie i nie czujemy na swoich plecach gorącego oddechu zniecierpliwionego klienta – te porady z pewnością okażą się przydatne.

Dzisiaj przyjrzymy się pierwszej zasadzie, jaka powinna nam przyświecać podczas pracy i brzmi ona następująco:

UFAJ WŁASNEMU INSTYNKTOWI

I nie chodzi tu bynajmniej o walkę o przetrwanie w dżungli amazońskiej…

Będziemy rozmawiać o wierze we własny instynkt w kontekście podejmowania decyzji. Te, jak wiadomo, są kluczowe dla powodzenia całego projektu – co do tego nie ma wątpliwości. Ale jak w takim razie interpretować ten własny instynkt i o czym ja w ogóle do Was rozmawiam? Po kolei…

Odczucia i Decyzje…

Mam na myśli nasze pierwsze odczucia związane z wieloma aspektami produkcji – na przykład z dobieranym brzmieniem czy ze sklejaniem brzmienia jednego instrumentu z drugim. Do tego worka można także wrzucić decyzje dotyczące konkretnej partii (np. akcentów stopy i werbla w połączeniu z basem), całego instrumentarium w danym utworze, sięgania po konkretne narzędzie (np. korektor) i odpowiedniego go ustawienia, ilości nagrywanych ujęć danego śladu, kierunku, w jakim chcemy podążyć z konkretną piosenką.

Jednym słowem – całej masy decyzji, które należy podejmować, aby ruszyć dalej z kolejną czynnością i nie oglądać się za siebie.

Póki co, ten krótki wywód wydawać Wam się może nieco mglisty, dlatego przybliżę tę kwestię jeszcze bardziej, na z życia wziętych przykładach – żebyście mogli zdać sobie sprawę z ogromnej ważkości tegoż zjawiska:

Nasze pierwsze, instynktowne reakcje (a co za tym idzie – decyzje) są zazwyczaj najbardziej trafne. I tyczy się to nie tylko kwestii muzycznych. Dojeżdżając do niestrzeżonego przejazdu kolejowego i widząc rozpędzony pociąg raczej zaczniemy hamować niż przyspieszać z myślą typu „jestem niezniszczalny i najlepszy, więc bez problemu zdążę przeskoczyć”…

Gdy stajemy przed kasjerką w sklepie i prosimy o paczkę ulubionych żelków bez cukru, a pani sklepowa oznajmia nam, że nie ma, bo wyszły – natychmiastowo podejmujemy decyzję o tym, czy wziąć inne, czy nie brać żadnych i ruszyć do innego sklepu. Nie powiemy przecież pani Jadzi i pozostałym ludziom w kolejce, żeby poczekali kilka minut, bo musimy na spokojnie rozważyć wszystkie „za” i „przeciw”. Musimy działać szybko – żeby zaspokoić zapotrzebowanie na gumowe jedzenie i uniknąć linczu współ oczekujących w kolejce.

Przenieśmy to na grunt muzyczny…

I bardzo podobnie może być w przypadku podejmowania wszelakich decyzji podczas tworzenia, nagrywania czy miksowania naszych utworów. Z reguły to, co przyjdzie nam na myśl jako pierwsze, jest najlepszą drogą, jaką możemy wybrać. Jasne, że w jakimś stopniu dochodzi do tego pierwiastek doświadczenia, ale nawet, gdy jesteśmy początkujący, to raczej zdajemy sobie mniej więcej sprawę z tego, co brzmi dobrze, a co nie za bardzo.

Cały myk polega na tym, aby wyrobić w sobie nawyk podejmowania szybkich decyzji opierając się na tym, co podpowiada nam serce, śledziona czy inny wewnętrzny organ. Musimy się nauczyć słuchać tego, co jest nam gdzieś podprogowo sugerowane.

Zdaję sobie sprawę, że może się to kłócić z filozofią ludzi, którzy chcą sprawdzić każdą możliwą opcję, zanim podejmą jakąkolwiek decyzję, ale wierzcie mi, że gdybyśmy mieli przykładowo sprawdzić wszystkie banki brzmień jakiegoś instrumentu wirtualnego, to zajęłoby to nam prawdopodobnie kilka dni… A przecież w tym czasie moglibyśmy już dawno cały utwór skończyć i rozpocząć pracę nad nowym. Dlatego podczas przeglądania presetów jakiegoś syntezatora znajdźmy szybko taki, który będzie pasował do reszty instrumentów i ruszajmy dalej, nie myśląc zbyt natrętnie o tym, że może „362 presety dalej” mieszka jakieś ciekawsze brzmienie. Jeśli wyczuwamy instynktownie, że nasze wybrane brzmienie odpowiednio współgra z pozostałymi śladami, to najprawdopodobniej tak właśnie jest. Możemy wtedy ze spokojnym sumieniem iść naprzód.

Sytuacja jest podobna do tych, w których określamy niebezpieczeństwo i poziom zagrożenia czy nawet wtedy, kiedy poznajemy jakąś osobę – zawsze liczą się te pierwsze sekundy. A my, decydując o jakimś brzmieniu, czy konkretnym rytmie lub patternie perkusyjnej – z reguły w mig jesteśmy (powinniśmy być) w stanie określić, co „buja”, a co nie.

Załóżmy taką hipotetyczną sytuację:

Jesteśmy bitmakerami i dostajemy propozycję współpracy z jakimś znanym raperem, który w miarę określił styl i instrumentarium podkładu, jaki by go interesował. Ten zacny jegomość swoją propozycję wysłał jednocześnie nie tylko do nas, ale również do 15 innych producentów bitów. I zakładamy także, że nikt z kandydatów nie miał wcześniej przygotowanego podkładu w poszukiwanej przez rapera stylistyce, czyli każdy musi zacząć od zera.

Więc my, nie do końca świadomi i nie nauczeni szybkiej i efektywnej pracy, odpalamy spokojnie nasze DAW i zaczynam rzeźbić. Po godzinie mamy piękne i doszlifowane bębny, po dwóch godzinach – bas i jakieś pady, a po trzech – kilka dodatkowych partii instrumentów i w okolicach godziny czwartej mamy gotowy szybki miks naszej produkcji. Wysyłamy swe dzieło do Pana Artysty, a ten nam odpisuje, że spóźniliśmy się jakieś 3 godziny, bo pierwsze bity zaczęły do niego spływać w przeciągu kilkudziesięciu minut i on już zdążył swoje wokale nagrać… Nas ogarnia mały smutek, zdziwienie i… zażenowanie (?).

Myślicie, że nie da się zrobić dobrego bitu w pół godziny?

Nic bardziej mylnego. Trzeba po prostu spiąć poślady, znać swoje narzędzia i przede wszystkim – wierzyć w to, że nasze podejmowane bardzo szybko decyzje są trafne. Ten bit nie musi być idealny (to zawsze można dopracować później). Ważne, żeby odpowiednio uderzał i kołysał. To bardzo dużo i w 90% załatwia sprawę – reszta to detale…

Myślicie, że presja czasu jest blokadą i przeszkodą?

Zróbcie sobie prosty test – odpalcie jakiś niezmiksowany kawałek składający się powiedzmy z 20 śladów różnej maści (instrumentów i wokali), nastawcie jakiś horrendalnie krótki limit czasowy, typu 15 minut i spróbujcie w przeciągu tego kwadransa wykonać cały miks. Brzmi jak herezja? To tym bardziej spróbujcie (i nie oszukujcie, bo inaczej mija się to z celem).

Gwarantuję, że tak Wam się wyostrzy słuch w czasie trwania tego testu, że nie będziecie w stanie szczęki z podłogi pozbierać. Skupicie się tak bardzo na najważniejszych aspektach miksu (czyli głównie na suwakach, panoramie i może kilku najważniejszych wtyczkach), że nie będzie czasu i miejsca na rozważanie o użyciu korektora A, B czy C. Nie będziecie mieli czasu na rozmyślanie o mikro-detalach, bo będziecie świadomi, że czas goni nieubłaganie.

Dodatkowo, można sobie samemu wkręcić, że konkurujecie z piętnastoma innymi osobami miksującymi, którym zlecono dokładnie to samo i ten, który osiągnie najlepszy 15-minutowy miks, zostanie zatrudniony do zmiksowania całego albumu swojego ulubionego artysty, czy coś w tym stylu. Zdziwicie się, jak bardzo człowiek pod taką presją potrafi polegać na własnym instynkcie – bo innego wyjścia nie ma!

I to mniej więcej próbuję Wam przekazać od początku tego artykułu. Mam nadzieję, że teraz te moje wynurzenia nabrały nieco więcej sensu.

Nasze pierwotne odczucia czy to, co podpowiadają nam wnętrzności, nasze wyczucie i wrodzone lub wyrobione poczucie estetyki – wszystkie jak jeden mąż, podpowiadają nam w ułamku sekundy, które rozwiązanie wybrać i napędzają nas do piorunująco szybkiego działania.

Im dłużej będziecie się obracać w świecie produkcji, tym większe Wasze doświadczenie i pewność siebie, a co za tym idzie – wiara we własne instynkty!

No dobrze, ale jak można osiągnąć dobre rezultaty miksując kawałek w kwadrans czy robiąc cały bit w 30 minut?

Przede wszystkim – nie robiąc nadinterpretacji wszystkiego, nie analizując zbyt długo tego, co robimy i znając swoje narzędzia (jak działa moje DAW) i zasoby (np. pętle perkusyjne, jeśli używamy, etc.) oraz najważniejsze – mając świadomość istnienia tego „bata czasowego”, który zmusza nas do pracy na 150% obrotów naszego wewnętrznego, kreatywno-muzycznego silnika.

Podczas pracy w takim trybie uczymy się jeszcze szybciej czuć muzykę i umieć w mgnieniu oka stwierdzić, że coś do czegoś pasuje albo nie. Niektóre partie będą się do siebie przyklejać tak bardzo, że odczujemy to momentalnie (więc je wybieramy i ruszamy dalej), inne będą powiedzmy „takie sobie” (i te warto odrzucić, bo powodują tylko skołowanie w naszych głowach i zwalniają proces decyzyjny), a inne będą się po prostu gryźć ze sobą na potęgę i nie warto tracić czasu na jakieś zakręcone sztuczki, by to zmienić. Nie tym razem.

Kiedy stosować takie podejście?

Możecie sobie pomyśleć, że ja mówię, aby taki styl pracy stosować na co dzień. Nic bardziej mylnego. Proponowałbym bardziej traktować go jako swego rodzaju ćwiczenie, które powinniśmy wykonywać powiedzmy raz na dwa, trzy tygodnie (przyjmując, że pracujemy nad muzyką w miarę regularnie).

Będą oczywiście sytuacje (jak te dwie hipotetyczne, które wymieniłem), które mogą się przecież zdarzyć w prawdziwym życiu. I jak myślicie, kto wtedy wyjdzie z takich szranków obronną ręką – Wy, którzy zrobiliście niezły bit w 23 minuty czy koleś, który pół dnia się zmagał, bo nie mógł się zdecydować na brzmienie hi-hatu?

Cały zamysł tej pierwszej zasady (czyli „Ufać Własnemu Instyntkowi”) jest taki, aby zbudować w sobie wiarę w trafność własnych decyzji – przede wszystkim tych podejmowanych pod presją czasową, odruchowo i szybko. I mówimy tu tylko o sytuacjach studyjnych. A wyobraźcie sobie, że dźwiękowiec w TV, radiu czy na koncercie ma styczność z tego typu momentami bez przerwy i bez umiejętności podjęcia błyskawicznej decyzji daleko po prostu nie zajdzie! A przecież awarie, błędy i niespodziewane sytuacje zdarzają się non-stop… Dlatego raz jeszcze chciałem podkreślić, że posiadanie takich zdolności (które należy wyćwiczyć) daje nam ogromną przewagę nad tymi, którzy nie potrafią skończyć kawałka, miksu czy podkładu, bo nie potrafią odruchowo podjąć żadnej decyzji i ze wszystkim zmagają się w nieskończoność.

Podsumowanie

Jedną z najważniejszych nauk płynących z takiego podejścia (i robienia sobie takich testów) jest świadomość tego, że najważniejsze jest patrzenie na utwór z perspektywy makro, czyli w szerokim kontekście utworu, jako całości czy powiedzmy – z odległości. Nie możemy obsesyjnie myśleć o wszystkich szczegółach i się nimi martwić, bo to można spokojnie dopracować później. Zawsze na planie pierwszym musi być warstwa muzyczna, czyli wszystko ze sobą powinno odpowiednio działać, zanim w ogóle zaczniemy myśleć o „upiększaniu” utworu. I żywię ogromną nadzieję, że z czasem wypracujecie sobie głęboko zakorzenioną wiarę w trafność swoich decyzji podejmowanych instynktownie, musicie tylko trochę poćwiczyć (i poznać swoje narzędzia).

Zakończenie

Tak mniej więcej przedstawia się pierwsza z dwóch złotych zasad szybkiej i wydajnej pracy w studio. W drugiej i trzeciej części artykułu porozmawiamy o jeszcze jednej rzeczy, ściśle związanej z ufaniem własnym odczuciom. No i kluczowa rzecz – pamiętajcie, aby zrobić sobie taki test (miks w 15 minut), zapamiętajcie i zapiszcie wyniki, a najlepiej – pochwalcie się swoimi odczuciami w sekcji komentarzy poniżej. Emocje podczas takiego miksu będą niemałe – o tym jestem przekonany.

Jestem szczerze ciekaw Waszych reakcji i spostrzeżeń po takim teście. Jeśli wykażecie się zainteresowaniem, to może zrobimy sobie w niedługim czasie taki test wspólnie…

Zostawić komentarz ?

27 Komentarze.

  1. To może być bardzo dobre ćwiczenie zwłaszcza dla ludzi którzy miksują swoje kawałki bo wtedy można się godzinę zastanawiać nad tym czy dać HH o 25% w prawo czy może lepiej brzmi jak się da go tylko 15%, a jak już się człowiek zdecyduje to po godzinie wpadnie na pomysł że może jednak lepiej dać HH w lewo, ale wtedy balans się zaburzy i trzeba poprzestawiać jeszcze kilka innych elementów.

    Ja tak miksowałem swój pierwszy kawałek i zajęło mi to dwa dni 😀 Ręka drżała i każdy swój ruch postrzegałem jakbym rozbrajał bombę. Wyszła oczywiście straszna kupa, ale to zrozumiałe, bo wtedy jeszcze nie znałem tego bloga 😉

    • Piękne jest to, co napisałeś 🙂 Zarazem wesołe i smutne, ale bardzo prawdziwe!

  2. Alan_Z.W.Z

    Zrobiłem sobie 15minutowy tescik. I powiem ze zapocilem myszke, mózg oraz uszy udało mi się zrobić miks ale to nie jest to samo jak robię go na spokojnie nawet 3 godziny. Ale myślę ze zdalem na 4+

    • Im więcej takich testów zrobisz, tym każdy kolejny miks sklei Ci się szybciej i lepiej.

  3. IMO dobry artykuł Igorze, umiejetność podejmowania szybkich decyzji to bardzo ważna sprawa i moim zdaniem jest wyznacznikiem czy ktos nadaje sie do tej roboty czy nie… Podchodząc do miksowania najważniejsze jest, żeby juz po KILKU CHWILACH słuchania tego co wchodzi na stół (wirtualny, czy sprzetowy) wiedzieć w JEDNYM MOMENCIE co chcemy uzyskać z tych śladów ktore słyszymy – to podstawa.
    Dlaczego? Bo wtedy mamy już właściwiem miks zrobiony – ale nie w rzeczywistości tylko w naszej głowie i w zależności od naszego doświadczenia i wiedzy, uda nam sie ten rzeczewisty miks zrobić lepiej lub gorzej, szybciej lub wolniej w stosunku do miksu tego ”z głowy”. W kilku słowach: mysimy wiedzieć CO KONKRETNIE chcemy uzyskać z tego co mamy a nie dopiero zastanawiać sie ”co by tu wykombinowac” z tego co mamy.
    Kiedys, kiedyś, gdy w ogole zaczynałem zajmowac sie w jakikolwiek sposób czynnie muzyką, gdy poznałem nieoganiczone możliwąci komputera i w pewnym okresie doszedłem do takiego momentu, że rzeźbiłem w każdym szczególiku miksu…miksy trwały po kilka dni, ”czepiałem sie” dosłownie wszystkich, najmniej istotnych szególików – fakt, że pomimo takiego podejscia najczesciej te miksy miały rece i nogi, ale było to troche chore, taka obsesyjna niczym nie uzasadniona brzmieniowo przesadna dokładność…
    W pewnym momencie zacząłem pracować jako realizator live (m.in. realzator, bo paczki tez trzebabyło nosic) – i co w związku z tym? Jeśli ktos naprawde chce nauczyć sie szybkiego podejmowania decyzji i szybkiego miksowania to polecam tą prace z całego serca.. Często jest tak , ze nie ma czasu na próbe przed całym eventem i na bierząco instaluje sie kolejne kapele i wtedy liczą sie naprawde pojedyńcze sukundy…wspomniane przez Igora 15minut to było by mażeniem…tutaj jest tak, że wychodzi kapela, szybko przelatujesz kolejne wloty w stole co do eq, kompresji, bramkowania, do tego czesto dochodzą monitory; nastepnie zespół gra max 30 sekund jakiegos kawałka i miks ma być gotowy.
    Jeśli sprawdzisz sie w live, bedziesz robiło to szybko i sprawnie i nikt nie bedzie miał JAKICHKOLWIEK zastrzezen do twoje pracy (juz nie mówie o pochwałach) to znaczy, że jestes dobrym realizatorem dźwieku.

    • Moje doświadczenie w realizacji live jest raczej znikome, ale pamiętam, że dokładnie to, co opisałeś, było nam wyłożone na pierwszych zajęciach z tego tematu i jak najbardziej sprawdziło się później na żywym przykładzie. Bycie ultra-szybkim to podstawa tej roboty 🙂

  4. Aha i zapomniałbym dodać, że zgodze sie w 100% z tym co napisał Igor, że ta pierwsza, instynktowna decyzja jest najczesciej tą najlepszą decyzją i to im czesciej im wieksze doswiadczenie posiadamy.

  5. Igorze, ciesze sie z tego co wyżej napisałeś, ciesze sie, że do tego doszedłem sam, mnie nikt nigdy nie mowil takich rzeczy (niestety życie tak sie ułożyło, że nie mam wykształcenia jako realizator – choć zawsze bardzo chciałem) do wszystkiego zawsze dochodziłem sam w tej kwesti, metodą zdobywania wiedzy (duuużo czytania) i sprawdzania jej w praktyce; metodą słuchania, analizowania i słuchania; i jeszcze raz słuchania i analizowania.
    Pozdr,

    • W ten sposób zdobyte doświadczenie nigdy nie pozwoli Ci zapomnieć pewnych rzeczy 🙂 Więc masz po części szczęście, że mogłeś do tego dojść sam. Czytanie lub słuchanie czyjegoś wywodu jest ok, ale dopiero jak staniesz oko w oko z daną sytuacją, to przypominasz sobie, o czym była w ogóle mowa… Pozdrawiam również.

  6. Dlaczego ten artykuł jest o mnie? Czuję się obserwowany 🙂

    Jest dużo prawdy w tym co napisałeś, jednak – tak sie zastanawiam – czy mixy najlepiej brzmiących albumów jakie słyszeliśmy trwały po np. 2 dni? Chyba kurde nie. 15 minutowy mix jest na pewno dobrym ćwiczeniem, bo ma wyregulować mózgi osób, które przesadzają z detalami na zasadzie wpędzenia ich siłą w drugą skrajność, aby finalnie ich czas pracy mieścił się w rozsądnych ramach.

    Sam jestem ciekaw w jakich ramach powinien mieścić się czas mixu jednego zwykłego utworu, w skład którego wchodzi powiedzmy 30 ścieżek.

    …a najbardziej jestem ciekaw czy sam zrobisz taką próbę i udostępnisz nam jako film 😉 Ale pamietaj – bez oszukiwania:)

    Zdrówko i dzięki;)

    • Nie ma sztywnych ram dla długości trwania sesji miksu – jedni miksują bardzo szybko (powiedzmy ze 4 godziny), inni średnio, (np. 6-8 godzin), a jeszcze inni potrzebują dnia lub dwóch (w zależności od złożoności miksu czy uwag artysty lub czegokolwiek innego). Sytuacje są naprawdę przeróżne.
      Co do próby, to nie ukrywam, że mogę taki filmik zrobić, ale najpierw chcę, żebyście sami popróbowali i sobie to wyćwiczyli.

  7. broli1991

    Bardzo trafny wpis. Co prawda doświadczenie w studiu mam raczej małe, ale pracuję przy realizacji live gdzie pierwsze “”pomysły” w 99% przypadków okazują się najlepsze, nie ma czasu na myślenie typu “zapiąć” kompresor X czy Y, szczególnie jeśli realizuje się zespół który nie miał próby przed samym koncertem.

    • Zgadza się. To jest niestety nagminny przypadek. A taka praca przy koncertach jest świetną lekcją na wyostrzenie zmysłów i wyrobienie sobie instynktu.

  8. Rzeczywiście, wprawne posługiwanie się narzędziami i szybkie sposoby na różne okoliczności, to bardzo pomocna umiejętność. Chociaż inne zdanie mam jeśli chodzi o kompozycję i instrumenty wirtualne. Bardzo lubię grzebać w brzmieniach i bawić się wszystkimi gałkami. No, ale nikt mnie nie goni i presja czasu jest mi obca. Może to się wkrótce zmieni, jak dalej będę się tu szkolił 🙂
    Czytało się świetnie, pozdrawiam! 🙂

    • Presja czasowa w kontekście się doszkalania i umiejętnego oraz pewności w podejmowaniu decyzji szybko. Nikt przecież nie zabroni Ci pół dnia kręcić gałkami – o ile przyniesie to jakiś ciekawy rezultat 🙂 Przecież wyraźnie zaznaczyłem, że to należy raz na jakiś czas ćwiczyć, a nie cały czas tak pracować 🙂

  9. Podoba mi się prawda o spojrzeniu makro na to co robimy. Zawsze podziwiałem artystów którzy kilkoma pociągnięciami pędzla są w stanie stworzyć kompletne dzieło. Myślę że może to mieć bezpośrednie odniesienie do tworzenia muzyki.

  10. Gdzieś ostatnio wyczytałem,że najlepsi na mix poświęcają tylko kilka minut.Coś chyba w tym jest,bo kiedy ja osobiście siadam do mixu to rzeczywiście pierwsze minuty są najbardziej owocne.Potem słuch już akceptuje wszystko albo nie akceptuje niczego i pozostaje znów dużo kręcenia gałkami,suwakami które prowadzi do nikąd.Więc tak sobie myślę,że z tym set-upem zawsze trzeba się trochę spieszyć.

    • Są tacy, którzy poniekąd miksują “w międzyczasie”, po każdej kolejno nagranej ścieżce, więc jako taki proces miksu nie jest wyodrębniony, tylko robi się to na bieżąco. Może właśnie o to chodziło tam, gdzie to wyczytałeś – robi się w te kilka minut tylko ostatnie szlify. Bo wiesz, jak masz powiedzmy kawałek jakiejś popowej gwiazdy, w którego produkcję jest zaangażowany cały sztab ludzi, a budżet przekracza zdrowy rozsądek i sesja ma 120 śladów, to szczerze wątpię, że nawet najlepszy inżynier miksu by to w kilka minut ogarnął… 🙂 No, ale zależy o czym mówimy – są utwory bardzo skromne w ślady, które można bez pośpiechu zmiksować w godzinę. A są i takie, które wymagają minimalnej ilości ingerencji, bo ślady zostały nagrane na najwyższym poziomie. Różne mogą być przypadki, ale z tymi kilkoma minutami to chyba raczej jakiś odosobniony przypadek. No chyba, że mówimy o rough miksie, to wtedy tak.

  11. Albo o tych kilku minutach ktoś wspomniał w kontekście masteringu,nie pamiętam dokładnie teraz czytałem o tym w Estradzie i Studio.Ale w takiej sytuacji to bardziej realne prawda? Mastering to końcowy etap pracy,więc nie pochłania on już tyle czasu i można sobie pozwolić na pracę z doskoku.

    • No to musisz dokładniej czytać 🙂 Miks się jednak od masteringu “nieco” różni. I jasne, że w przypadku jednego kawałka można go nawet w 15 minut zrobić, ale właśnie z uwagi na to, że jest to ostatni szlif, to tutaj raczej bym tego na szybko nie robił. No chyba, że chcesz tylko głośniej zrobić, to i w minutę można 😉

  12. Ja chętnie bym spróbował swoich sił w takim teście ale nie mam niestety żadnego nowego materiału którego nie miksowałem. Zabrałem się teraz za nagrywanie pilotów nowego kawałka, jak go skończę to spróbuję, ale dam sobie chyba więcej czasu bo przy ez drummerze trzeba jednak trochę się napocić żeby nie brzmiał jak drewno

  13. Cześć! Dzisiaj natknąłem sie na genialny skecz neonówki, który każdy realizator powinien obejrzeć 😉 Pointa skeczu: “Ale wiesz Krysiu, jeśli to było robione na analogowym stole Souncrafta no to o czym my mówimy…” 😀 https://www.youtube.com/watch?v=Jbn_IZVqmFM

Zostaw komentarz