Warunki Idealne a Rzeczywistość, Cz. 3

Przyszedł czas na przedstawienie ostatnich elementów z kategorii Ideał kontra Rzeczywistość.

Porozmawiamy dziś o bardzo istotnych warunkach, które należy spełnić, aby zbliżyć poziom swoich produkcji do tych, które wychodzą spod palców najlepszych muzyków i realizatorów oraz podbijają serca wiernych słuchaczy.

Mam świadomość tego, że temat prawdopodobnie nie zostanie wyczerpany i że można by jeszcze o kilku rzeczach wspomnieć, ale te omówione dziś i wcześniej punkty powinny już Wam dać niezłe rozeznanie w tej kwestii.

8 – Ciężka praca

To jest element ściśle powiązany z ostatnim punktem omawianym w poprzednim wpisie, ale tutaj przyjrzymy mu się od strony realizacyjnej, a nie muzycznej.

W ostatnich latach bardzo wiele osób zdecydowało się na założenie własnych pracowni czy nawet otwarcie niewielkich, projektowych studiów nagrań. I choć jest to jak najbardziej godne pochwały, bo swoje pasje trzeba rozwijać i pielęgnować, to niestety spora część tych entuzjastów chyba nie spodziewała się tego, że osiągnięcie jakichkolwiek sukcesów na tym polu będzie wiązało się z wieloma trudnościami. A wszystko przez to, że uzyskanie dobrze brzmiących nagrań nie jest kwestią kupienia kilku elementów wyposażenia studyjnego i wciśnięcia czerwonego guzika.

Niektórych zapewne też przygniótł nadmiar informacji, które trzeba przyswoić, aby cokolwiek osiągnąć. Ale najgorsze przypadki są wtedy, gdy spodziewamy się, że przy małych nakładach czasowych i niewielkim wysiłku zaczniemy nagrywać hity z marszu.

Niestety rzeczywistość szybko weryfikuje takie zapędy i jeśli chcemy być w tych sprawach specjalistami, to musimy przygotować się na krew, pot i łzy. Nie możemy bowiem oczekiwać, że bez setek godzin spędzonych przy ustawianiu mikrofonów, poznawaniu i pracy wewnątrz swojej stacji roboczej czy bez popełnienia garści kardynalnych błędów – będą z nas prawdziwi realizatorzy. Bo tacy zjedli zęby na praktykowaniu poznawanych metod, do upadłego analizowali różne techniki, ćwiczyli słuch, uczyli się od najlepszych. A gdy wreszcie otrzymali szansę pracować ze świetnymi muzykami, to zadowalające rezultaty w końcu przyszły…

Każdy właściciel domowego studia, który rozpoczyna swoją przygodę od kupna kilku „zabawek” i zdobywania wiedzy z wątpliwych źródeł, będzie musiał poświęcić (nie mylić ze „stracić”) sporo swojego czasu, żeby zacząć odczuwać, jak w tym zawodzie zdobywa się realną, praktyczną wiedzę. A to jest naprawdę ciężka praca i długi proces. Możemy czytać setki artykułów, oglądać różnego typu filmy, przerabiać kursy, książki, materiały. Ale sęk w tym, aby całą tą wiedzę wdrażać w życie, bo często my sami podczas pracy weryfikujemy bzdury wypisywane w różnych miejscach…

Idealnie byłoby załapać się na praktyki do wielkiego studia i podpatrywać przy pracy znanych realizatorów, ale szczęście w tej w kwestii będzie miało niewielu. Inna opcja – to sensowne studia w tym kierunku, które zapewniają wiele godzin praktyki, czego w polskiej rzeczywistości też niełatwo doświadczyć (choć to się podobno zmienia).

Realizatorzy pracujący w cenionych studiach nagraniowych zanim rozpoczęli swoją faktyczną karierę często spędzili w tych placówkach kilka ładnych lat pod bacznym okiem zdolnych realizatorów, od których czerpali bezcenne informacje i obserwowali proces zamiany teorii na praktykę. Widzieli krok po kroku proces powstawania utworu (lub hitu), co dawało im najlepszą możliwą lekcję realizacji i szansę zrozumienia, jaka jest rzeczywista rola inżyniera dźwięku w tym całym przedsięwzięciu.

Podsumowując ten punkt…

Zanim dojdziecie do miejsca, w którym będziecie mogli się nazwać prawdziwymi realizatorami, trzeba będzie spędzić mnóstwo godzin na ciężkiej i wytężonej pracy. A gdyby się tak dokładniej przyjrzeć naszej rzeczywistości, to wielu z nas jest niczym więcej niż takim „realizatorem weekendowym”. Nie ma się więc co dziwić, że ciężko nam o super-powalające brzmieniem produkcje, prawda?

I jeszcze jedna rzecz – oprócz całego warsztatu i kunsztu realizatorskiego, istotną kwestią jest również praca nad samym kawałkiem (jeśli powiedzmy produkujemy całość sami). Te elementy, jak aranżacja czy budowa trzeba także świetnie poznać (np. analizując porządnie zrobione kawałki, poznając teorię muzyki, etc.), a nie budować je bez przemyślenia, na szybko, na kolanie i nie mając pojęcia, czym jest pauza, a czym ćwierćnuta. Może raz na milion zdarzy się, że utwór wręcz „napisze się sam”, ale pozostałe powstały zazwyczaj w efekcie wzmożonej pracy i wielu przemyśleń podpartych wcześniejszymi doświadczeniami. Mało tego – pracowało przy nich zazwyczaj więcej osób niż jedna, samotna sztuka…

I ten aspekt płynnie wprowadza nas w przedostatni punkt:

9 – Producent

Nie mówimy tu o kimś, kto bity do rapu klei, bo to nie ten adres. Chodzi o producenta w znaczeniu tym bardziej tradycyjnym, czyli o człowieka, który wszystkim zarządza, ma niebywałe wyczucie i obeznanie w procesie produkcji muzyki, jest opiekunem całego projektu, podejmuje ostateczne decyzje i z reguły wie, co jest dla danego kawałka dobre lub nie. Jak projekt jest większy, a budżet nie mały, to nikt nie powinien kwestionować wynajęcia specjalnie do tego celu przeznaczonej osoby.

Często jest jednak tak, że gdy nie ma budżetu na jego zatrudnienie, rolę producenta przejmuje sam realizator, bo wśród muzyków zaangażowanych w dany projekt tylko on dysponuje rozeznaniem w temacie „co brzmi dobrze, a co nie”. Czasem będzie to jednak jeden z muzyków, powiedzmy lider, który też dysponuje rozległą wiedzą i osłuchaniem i we współpracy z realizatorem odpowiada za ostateczny kształt utworu. Komukolwiek by ta rola nie przypadła, to konieczność obecności takiej postaci jest wręcz nieoceniona.

Producent, dzięki swojemu rozeznaniu w temacie powinien mieć decydujące słowo w kwestii tego, czy dana aranżacja się sprawdzi, czy konkretne brzmienia będą do siebie pasowały, czy będziemy mogli wynająć kwartet smyczkowy czy jednak pójść na łatwiznę i użyć bibliotek sampli i instrumentów VST (bo zarządza również finansami na projekt). I mnóstwo tego typu kluczowych decyzji. Posiadanie w swoim zespole takiej osoby powinno gwarantować, że będziemy szli możliwie najbardziej optymalną drogą, a podejmowanie najważniejszych decyzji stanie się łatwiejsze, bo będzie podparte wcześniejszymi doświadczeniami takiego człowieka.

A w rzeczywistości…?

Rzeczywistość jest taka, że mało kto z nas, domowych realizatorów, mógłby sobie na taki luksus kiedykolwiek pozwolić. Ba, mało tego, nawet w szeroko rozumianej polskiej branży muzycznej nie zawsze korzysta się z usług takich ludzi. Może i dlatego, nie ma ich tak wielu jak na zachodzie. W naszym kraju nie jest to zawód zbyt popularny, a wielka szkoda. W Polsce niestety panują nieco inne realia, inne są oczekiwania, więc i „produkty” są inne.

Czasem, jak me uszy zderzą się z jakąś polską produkcją, to odnoszę wrażenie, że o większości decyduje od lat ta sama osoba lub jakaś zamknięta klika. Rezultat jest taki, że ogrom muzyki produkowanej w Polsce brzmi niemal identycznie. Na szczęście są rzeczy, które wybijają się z tego schematu i to bardzo dobrze. Ja bym sobie tak po cichu życzył, żeby ciekawiej brzmiących produkcji wychodzących z naszego kraju było jednak trochę więcej. Z resztą, żeby nie być gołosłownym – rzućcie w wolnej chwili okiem na ten wątek z forum dźwięk.org. Już sama jego rozciągłość o czymś świadczy…

Jak w takim razie my możemy zaradzić temu, że w proces tworzenia kawałków nie jest zaangażowany żaden znany i utalentowany producent?

Nie mamy przecież możliwości poddać pod wątpliwość trafności swoich decyzji dotyczących brzmienia, aranżacji, budowy i ogólnie sensu naszych utworów – szczególnie, jeśli jesteśmy na początku swojej drogi.

Z pomocą mogą nam przyjść oczywiście opinie innych ludzi. Ale i tu trzeba być ostrożnym, bo prosząc o sugestie anonimowych osobników nie wiemy z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Mało tego, pytając większe grono ludzi, otrzymamy prawdopodobnie duży rozrzut odpowiedzi i ciężko będzie coś sensownego z takiego stanu rzeczy wydedukować.

Inna opcja, to podjęcie współpracy z kimś bardziej od nas doświadczonym i opieranie się na radach i sugestiach takiej osoby. Może brzmi to trochę banalnie, ale uwierzcie mi, że nawet jedna, dodatkowa para uszu może wnieść spory powiew świeżości czy innowacyjności do naszych brzmień. Nawet, jeśli nie jest to osoba najwybitniejsza w swoich kręgach. Ba, nawet zwykli słuchacze potrafią nie raz coś podpowiedzieć, mimo iż nie posłużą się branżową terminologią.

A może Wy macie jakieś sugestie, jak można by trochę tej kwestii dopomóc? Podzielcie się nimi w komentarzach, kto wie, może akurat trafimy na jakieś ciekawe rozwiązanie.

I na koniec taki luźniejszy punkcik, o którym chciałem wspomnieć słówko.

10 – Instrumenty Wirtualne vs Prawdziwe

Każdy z nas pracuje własnymi metodami, korzysta z różnych technik. Ale chyba największa różnica w tej materii polega na tym, że jest grupa ludzi tworząca wyłącznie wewnątrz swojego DAW (różnego typu muzyka elektroniczna, podkłady, muzyka filmowa, etc.), jest też grupa ludzi, która preferuje wyłącznie nagrywanie prawdziwych instrumentów, a są i tacy, którzy te dwa światy w swoich produkcjach łączą (w różnym stopniu i z różnych powodów). Ja natomiast chciałbym tylko krótko podkreślić różnice w tych podejściach (używanie instrumentów wirtualnych a prawdziwych).

Nie chodzi mi bynajmniej o to, żeby zarzucić coś brzmieniu instrumentom wtyczkowym, bo wiele z nich potrafi naprawdę powalić. Mowa tu raczej o kwestii umiejętnego nagrania rzeczywistych, fizycznych instrumentów i późniejszej ich obróbki – co jest nieco trudniejsze od pracy z gotowymi (i często już wypolerowanymi) brzmieniami VST. Ciężko bowiem porównać np. umiejętność nagrania perkusji ze wszystkimi towarzyszącymi temu procesowi kwestiami (dobór i ustawienie mikrofonów, dobór i przystosowanie pomieszczenia, relacje fazowe w nagrywaniu wielokanałowym, itd.) – z układaniem klocuszków MIDI na śladzie z zapiętą wtyczką typu EZDrummer czy inne Battery, prawda? Nie mówię, że nie warto posiadać i tej umiejętności, ale wszyscy doskonale wiemy, że prawidłowo zagranej i zarejestrowanej perkusji nie zastąpi żaden rompler – szczególnie, jeśli celujemy w brzmienie realistyczne.

Podobnie jest z innymi grupami instrumentów. Ktoś komponujący partie smyków czy całej orkiestry ma bardzo trudne zadanie przeniesienia prawdziwych artykulacji instrumentów symfonicznych na kwadraciki w Piano Roll. Jest to dość trudna sztuka i wymaga sporej wiedzy z zakresu tego, jak w rzeczywistości wydobywane są dźwięki z instrumentów i jakie artefakty temu towarzyszą. I dlatego tak trudno bez tej wiedzy osiągnąć realizm brzmienia z wirtualnych odpowiedników klarnetów, obojów, kontrabasów czy innych altówek.

W sytuacji idealnej (czyli np. wtedy, gdy mielibyśmy nieskończone budżety i możliwości), wynajęlibyśmy muzyków sesyjnych oraz studio i zarejestrowali dla naszego projektu prawdziwe partie. Ale w rzeczywistości (i o wiele taniej, acz przy sporym wkładzie pracy własnej) decydujemy się zwykle na skorzystanie z dobrodziejstw instrumentów wtyczkowych i ruszamy dalej.

Niestety zawsze będzie pewna przepaść między brzmieniem partii programowanych, a tym nagranym naprawdę, choć te różnice z biegiem lat i rozwoju technologicznego nieco się zmniejszają. Nawet, jeśli jakieś super-mądre głowy wymyślą jakiś jeszcze bardziej zaawansowany sposób przenoszenia realistycznych brzmień na wtyczki VST. Ale nie wydaje mi się, że te różnice się kiedykolwiek zatrą, bo w programowaniu i tak najważniejszy jest człowiek i jego świadomość i znajomość prawdziwych instrumentów oraz zdolność przeniesienia tego do edytora MIDI.

Niestety nie potrafię tutaj podać definitywnego rozwiązania, bo uważam, że jeśli jest możliwość, to zawsze powinniśmy sięgać po rozwiązania „naturalne”. Jeśli są niemożliwe, to dołóżmy wszelkich starań, aby poznać specyfikę każdego instrumentu, który chcemy imitować wtyczką. Możliwe, że w gąszczu innych śladów uda nam się przechytrzyć słuchaczy 🙂

A jeśli w ogóle nie interesuje nas realizm brzmienia, to spokojnie możemy uznać przeczytanie powyższego punktu za stratę czasu…

Podsumowanie

Każdy omówiony w tym trzyczęściowym artykule element dodaje tych kilku procent do ostatecznego brzmienia naszych produkcji i tym sposobem – jeśli na każdym kroku czegoś odpuszczamy (na rzecz nieco słabszego rozwiązania), to w ostatecznym rozrachunku trochę (lub sporo) stracimy. Jedne są bardzo ogólnymi drogami myślenia czy działania (np. współpraca z innymi), inne wręcz małymi detalami. Ale każde z nich ma realny wpływ na ostateczny rezultat.

Nie myślcie sobie, że chcę Was zniechęcić do pracy w domowym środowisku wypunktowując te wszystkie rzeczy. Bynajmniej! Jak napisałem wcześniej – moim celem jest uczulenie Was na te różnice, które w przypadku niektórych aspektów są niewielkie, a przy innych – ogromne. A suma ich wszystkich decyduje o końcowym powodzeniu lub porażce. Dlatego nie załamujcie rąk, jeśli po skończonej pracy w warunkach dalekich od ideału Wasze produkcje nieco odstają od tych komercyjnych. Jak sami widzicie, jest szereg rzeczy, które powinny być brane pod uwagę i niewywiązanie się z niektórych z nich, potrafi w znaczący sposób rzutować na ostateczny wynik naszej pracy.

Jaką więc lekcję można wyciągnąć z tych 3 artykułów?

Otóż, im spełnimy więcej warunków z tej pierwszej „grupy” (czyli warunków idealnych), tym bardziej urosną nasze szanse na profesjonalne brzmienie produkowanych w domu kawałków. A na takie składa się po trosze każdy z omówionych elementów. To suma tych kwestii ostatecznie prowadzi do sukcesu, a nie jeden magiczny czynnik czy warunek. Jeżeli uda nam się przekuć rzeczywistość na warunki idealne (lub do nich zbliżone), to szybko zauważymy progres w brzmieniu. Czego Wam (i sobie też) życzę!

I pamiętajcie, że to tylko jedna, techniczna strona całego przedsięwzięcia. Kolejny ogrom zdarzeń ma miejsce po stronie artystycznej, estetycznej i muzycznej, czyli tego, z jak dobrą piosenką mamy do czynienia – jak dobrze zaaranżowaną i wykonaną. Ja twierdzę, że jest to o wiele ważniejsze od całego technicznego „bełkotu”, ale o tym pisałem na blogu nie raz (nawet w poprzednim artykule). Uważam, że na tym etapie nie powinienem już o tym przypominać, ale mimo wszystko to zrobiłem, co by nakreślić w miarę pełny obraz w ramach tego trzyczęściowego, większego artykułu.

Liczę więc na to, że Wasza świadomość na temat różnic między ideałem, a rzeczywistością nieco podskoczyła. Mam również nadzieję, że lepiej zrozumiecie, dlaczego nasze produkcje odstają raz słabiej, a raz mocniej od tych naprawdę dobrych i jak można temu po części zaradzić. Dodatkowo, wyspowiadałem się trochę z idei, jaka przyświecała mi od samego początku bloga (opisywać, jak powinno być w warunkach idealnych), bo niektórzy twierdzili, że „głupoty piszę i na mikserze na ‘B’ przecież da się wokal nagrywać… No pewnie, że się da. Tak samo jak wszystkie inne elementy, jakie opisywałem w tym cyklu – da się zrobić „po domowemu”. Tylko, że jak na każdym kroku wybieramy wariant prostszy, tańszy, na skróty, półśrodki, zamienniki, etc. – to nie dziwmy się, że rezultaty są trochę słabsze, niż jak byśmy zamienili każdą z bolączek na możliwie najlepszą, optymalną czy wręcz idealną opcję.

A cały ten 3-częsciowy cykl dedykuje wszystkim tym, którzy zawzięcie twierdzą, że wielkie studia nagrań czeka taki sam los jaki spotkał dinozaury. Choć rzeczywiście jakiś procent wielkich placówek tego typu musiał zostać zamknięty (głównie z powodów finansowych, zmieniającej się technologii, rynku, modelu biznesowego, etc.), to one z powierzchni ziemi nigdy nie znikną, bo są ostoją tego, jak powinny wyglądać idealne warunki do produkcji muzyki (przynajmniej tej granej przez ludzi na prawdziwych instrumentach). Tak długo, jak będą na świecie zdolni muzycy, którzy będą komponować dobre utwory, studia nagrań nie przestaną istnieć (gorzej, jak zdolnych muzyków zacznie brakować…).

A my w swoich domowych pracowniach powinniśmy dążyć do podobnych warunków (w miarę możliwości, oczywiście) – nawet pomimo faktu, że w niektórych przypadkach pewnych problemów raczej przeskoczyć nie zdołamy. Wtedy, zamiast próbować kolejnej metody zastępczej (która pewnie się nie sprawdzi), lepiej od razu zarezerwować trochę czasu w sensownym studiu. Wyjdzie to na dobre zarówno nam, jak i temu miejscu. Może to jest mało motywujące, ale prawdziwe…

Zakończenie

Można więc tak trochę globalnie i ze sporym przymrużeniem oka skwitować, że w warunkach idealnych, aby muzyka w każdym detalu brzmiała jak najlepiej – powinniśmy być zdolnymi muzykami udającymi się na nagrania do porządnego studia, w którym pracują sensowni inżynierowie. A rzeczywistość jest taka, że najczęściej wybieramy drogę realizacji swoich produkcji w domowych studiach i często brakuje nam wystarczających zdolności, wiedzy i doświadczenia, aby móc równać się z „tymi wielkimi” 🙂

Napisałem, że ta puenta jest oczywiście nie do końca poważna, bo przecież gdyby było inaczej i nagrywanie w domu byłoby banalnie proste, robiło się samo i zawsze dawało piorunujące wyniki (albo z innej strony – nie dawało żadnych szans na produkcję nieźle brzmiących utworów) – to nie byłoby tego bloga i nie byłoby tu Was chcących te informacje zdobywać.

Także teraz odchodzimy od monitora, zamykamy oczy, bierzemy głęboki oddech i zastanawiamy się, które z opisanych w tych trzech artykułach elementów moglibyśmy wynieść na wyższy poziom. Myślę, że każdy z nas może wskazać kilka takich rzeczy (albo też inne, które nie zostały opisane). Dajcie upust swym myślom poniżej!
Zostawić komentarz ?

10 Komentarze.

  1. Idealne podsumowanie cyklu. Ja tylko nawiążę do tematu producenta, mianowicie większość ludzi, których pasją, hobby jest realizacja dźwięku tworzą, nagrywają, i miksują dla siebie. W wolnym czasie, bo lubią to robić, bo to ich pasja. Nie czerpią z tego żadnych zysków, nie pokazują się szerszej publiczności czy też nie goszczą muzyków, którzy swoją muzykę będą chcieli sprzedawać w empikach czy salonach muzycznych. I dlatego tacy domowi realizatorzy już z góry odpuszają sobie producenta, mało tego, zazwyczaj nie proszą o porady nikogo doświadczonego, tylko sami podejmują wszelkie decyzje. Moim zdaniem producenta można zatrudnić (czy też po znajomości za darmo mieć) gdy chce się na jakąś szerszą skalę rozpowszechniać swoje utwory, wiązać z tym przyszłość zawodową, a nie tylko wrzucać na portale internetowe z muzyką.

    Ps. Zdaję sobię sprawę, że to cykl o m.in. właśnie warunkach idealnych, w których wręcz obowiązkowy jest producent dlatego wspomniałeś o nim 😉 Powyżej to tylko moje przemyślenia na ten temat 🙂

    Pozdrawiam!

    • Przemyślenia jak najbardziej słuszne. Mi głównie chodzi o to, że możliwość pracy z doświadczoną osobą (czy pod jej bacznym okiem) może mieć ogromny wpływ na ostateczny kształt naszych utworów. I to z reguły na plus 🙂

  2. Andrzej S.

    Bardzo dobrze, że wspomniałeś o tym “polskim brzmieniu” i podałeś link do tematu, już się bałem, że jestem sam :wink:. Myślę, że wina leży w tym, że jesteśmy krajem z przeżartymi mózgami przez komunę i mamy takie same podejście do wszystkiego jak 30 lat temu. Na uczelniach najchętniej uczyliby realizacji nagrań z podręcznika, gdzie napisane jest jaki kompresor wolno zastosować do perkusji, a jaki do wokalu i broń Boże nie dotykać konsolety dopóki nie poznasz złotej proporcji głośności. Gdyby mogli kazaliby do dziś w studiu w kitlach chodzić. Drugą rzeczą jest to przyzwyczajenie słuchaczy do jednego brzmienia w radiu. Podejrzewam, że zespoły mając ograniczony budżet boją się wyjść poza te ramy “bo jeszcze się nie spodoba i nikt w radiu tego nie puści”.

    Dzięki za ciekawy temat, chociaż niestety muszę przyznać, że nie odwiedzam zakamarków już tak chętnie jak kiedyś. Nie chcę marudzić ponieważ bardzo dużo nauczyłem się z twojego bloga i kursu i jestem wdzięczny, ale na blogu pojawia się coraz mniej treści, które mogę wykorzystać w samym procesie miksowania. Przeczytałem każdy z twoich tematów na blogu i ostatnio mam wrażenie, że każdy kolejny jest trochę “powtórką z rozrywki” o adaptacji akustycznej, skupianiu się na szczegółach i motywowaniu do pracy. Przykładowo podziałowi na role w studiu był już poświęcony cały temat, odnośnie różnic VST vs. prawdziwy instrument również. Mam nadzieję, że nie obrazisz się, za trochę krytyki, bo naprawdę sporo pomagasz i rozumiem, że to taki ukłon w stronę nowych czytelników, którzy nie zawsze dokopują się do starszych tematów. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że dalej będę zaglądał na bloga i w miarę możliwości finansowych kupował kursy (niestety jak dotąd kupiłem jedynie Miksowanie w DAW, ale jestem bardzo zadowolony). Pozdrawiam 😉

    • Z tym “polskim brzmieniem” jest trochę padaka, ale na szczęście niektórzy wyłamują się ze schematów i robią swoje.
      Co do krytyki, to w ogóle się nie obrażam. Będzie trzeba trochę rozszerzyć paletę tematów 🙂

  3. A ja tam jestem już z jakiegos powodu równany z tymi wielkimi. I czuję się już wielki. 🙂

    Co nie zmienia faktu, że przede mną – jeszcze kilka ciut większych projektów. :mrgreen:

    Jedną z podstawowych spraw jaką bym jeszcze dodał, to praca nad czymś co można nazwać “estetyka dźwięku”. Dźwięk nie musi być idealny, ale powinien być estetyczny.

  4. I jeszcze dwa słowa na temat “polskiego brzmienia”. Słuch – nasza percepcja w domenie dynamiki, detali i częstotliwości – jest warunkowany naszą mową werbalną (od przedurodzenia). Amerykanie operuja innych pasmach jeśli chodzi o mówienie, więc nieco inaczej słyszą dźwięk, podobnie jest z Niemcami czy Chińczykami. Więc polskie brzmienie jest odzwierciedleniem polskiej mowy i percepcji tej mowy. A że mowa polska nie należy do najłatwiejszych – to i w obróbce muzyki jesteśmy dość charakterystyczni.

  5. A z tą mową chodzi o to, że nie potrafimy odtwarzać czegoś, czego nie słyszymy, albo czego nie wyławiamy. To dlatego nie możemy się łatwo nauczyć niektórych języków obcych. I teraz na przykładzie muzyki – każdemu wydaje się, że syszy normalnie i że to co słyszy – jest tym co jest faktycznie. Kto ma rację? Każdy. Nie ma jednej uniwersalnej grupy.

  6. Ciekawy artykuł jak zawsze;-) fajnie ze ten istotny (wg mnie chyba najwazniejszy) element zostal podkreślony czyli praca praca i jeszcze raz ciężka praca, uczenie się od najlepszych oraz przyswajanie i adaptowanie wyniesionej nauki ( nie mylić z kopiowaniem) do swoich potrzeb i swoich produkcji

  7. Ja myślę, że sprawa z producentem jest nieco bardziej skomplikowana. Producent jest, za przeproszeniem, tak jak ustawienia jakiejś wtyczki – należy dobrać właściwe. Ważne jest porozumienie między zespołem a producentem, tak aby ten drugi wiedział i rozumiał co próbuje osiągnąć ten pierwszy i działał w granicach które zaakceptował zespół. A z tym już nie musi być tak różowo. Chodzi o to aby producent był dla muzyków a nie muzycy dla producenta. Myślę, że z tego powodu wielu muzyków w Polsce samemu wciela się w rolę producenta, nie chcą po prostu aby przyszedł jakiś pan i diametralnie zmienił ich koncepcję “bo się będzie lepiej sprzedawać”.

    Z drugiej strony, wg mnie rynek muzyczny w Polsce jest mocno zmonopolizowany, producentów jest mało, a więc realizowane przez nich produkcje po prostu mają się wpasować w konkretne oczekiwania paru firm.

    No i osobna sprawa, że sporo utworów nagrywanych przez polskie gwiazdeczki jest wyprodukowane jeszcze zanim “artysta” wejdzie do studia. Kompozycje pisze ktoś tam, teksty ktoś tam, oczywiście w ramach wyznaczonych w biurze firmy fonograficznej, a nie w sali prób, później dzwonią po gwiazdeczkę, aby wpadła do studia i mówią “słuchaj, to jest studio, to jest mikrofon, zaśpiewaj to i to, tak i tak, a o resztę się nie martw bo już jest załatwiona”. A potem się dziwimy, że to brzmi tak samo jak reszta…

    • Zgadza się – porozumienie między zespołem a producentem to podstawa. Nikt nikomu nie powinien nic narzucać – to ma być współpraca. A co do sytuacji, którą opisujesz, to takowa ma miejsce nie tylko w Polsce, ale na każdym innym rynku, szczególnie w muzyce popularnej. To są produkty na sprzedaż, przy których pracuje sztab ludzi – taki to biznes…

Zostaw komentarz