Jak Osiągnąć Separację w Miksie, Cz. 1

Źródło: http://www.independentrecording.net/irn/resources/freqchart/main_display.htm

Z tematem miksowania związanych jest mnóstwo różnych kwestii – od artystycznych, przez wykonawcze i techniczne, aż po psychologiczne. W Zakamarkach staram się podchodzić do tego tematu z każdej możliwej strony, bo chciałbym, abyście mogli sobie uświadomić, jak bardzo skomplikowany bywa czasem proces miksowania (jak i samej produkcji) i jak wiele elementów może wpływać na ostateczne rezultaty. Jeśli chcemy, aby spod naszych palców wypływały dobrze brzmiące utwory, to każdy aspekt związany z aranżacją, brzmieniem i przekazem piosenki powinien być odpowiednio dopieszczony – co do tego nie ma wątpliwości.

Jedną z kilku kluczowych cech charakteryzujących dobry miks jest to, że każdy słuchacz jest w stanie bez problemu zidentyfikować partie składające się na dany kawałek, czyli mówiąc wprost – wszystkie instrumenty i wokale są wyraźnie słyszalne. I dziś zajmiemy się tą arcyważną kwestią – pokażę Wam 2 proste metody, za pomocą których można osiągnąć tak pożądaną w miksie separację. Pozostałe zabiegi zaprezentuję w drugiej i trzeciej części tego artykułu.

Dlaczego tak wiele mówi się o separacji?

Zbudowanie pełnego, „tłustego” i wciągającego słuchacza miksu to nie lada wyzwanie, a jednym z elementów sprzyjających dobrym wynikom jest umieszczenie poszczególnych partii/instrumentów/ścieżek w swojej własnej „przestrzeni” czy „rejonie”. Bowiem im więcej ścieżek składa się na utwór, tym szybciej całość zaczyna być zatłoczona, zapchana, niewyraźna i po prostu trudna do słuchania. Niby mamy dużo różnych dźwięków, które miały wzbogacać nasz kawałek, ale rezultat jest taki, że żaden ślad nie jest tak naprawdę czysto i wyraźnie słyszalny. Zamiast tego, miks brzmi jak dudniący i szeleszczący zlepek przeróżnych dźwięków.

Aby móc w przyszłości uniknąć tej niekorzystnej sytuacji, powinniśmy czym prędzej nauczyć się, jak za pomocą kilku prostych metod i narzędzi, kreować „ten kawałek piaskownicy” dla każdego śladu, bo to (poza szeregiem innych czynności, rzecz jasna) już wyniesie nasz miks na wyższy poziom.

Oto kilka proponowanych przeze mnie czynności, których wykonanie z pewnością pomoże Wam osiągać lepszą separację w miksach:

I. Wybór brzmień

Dla niektórych może się to wydać oczywiste, a dla innych być zupełną nowością, ale dobry miks (i sam proces miksowania) paradoksalnie zaczyna się już wtedy, gdy dobieramy brzmienia konkretnych instrumentów budujące dany utwór, czyli w zasadzie na samym początku produkcji kawałka.

Jeśli już na tym etapie zadbamy o odpowiedni dobór brzmień instrumentów, konkretny mikrofon do wokalu, technikę nagraniową czy paczkę sampli z bębnami (w zależności od naszych metod pracy), to w późniejszych etapach życie będzie znacznie prostsze. Oszczędzi nam to mnóstwa pracy w kolejnych fazach produkcji, nie będziemy musieli się aż tak zmagać z naszymi śladami, unikniemy frustracji i przede wszystkim nadmiernego przemielania ścieżek różnymi procesorami, co zwykle ma zgubny wpływ na naturalność brzmienia.

Jak wybierać brzmienia?

Trudno podać jakiś szablon czy schemat, bo w obecnych czasach mamy nieskończenie wiele dostępnych brzmień, instrumentów wirtualnych, a co dopiero ich kombinacji… Są jednak pewne proste reguły, których trzymanie się pomoże uchronić nas od zbytniego „zabłocenia” miksu:

    • Wybieramy takie brzmienia, które nie „nachodzą na siebie”, a uzupełniają się pod względem częstotliwości. Przykładowo, budując utwór składający się z pianina, basu i gitar, dobierajmy tak brzmienia tych instrumentów, aby każdy z nich miał trochę „własnego kącika” w rozkładzie pasm. Bas musi królować w dolnym paśmie, więc nie decydujmy się na ciężkie, masywne i pełne dołu gitary czy pianino, bo otrzymamy jedną dudniącą w dole pulpę z zerową czytelnością. Są wprawdzie metody na poprawienie takiej sytuacji w późniejszych etapach, ale im takich śladów będzie więcej, tym nasze zmagania będą dłużej trwały, a rezultaty nie zawsze nas zachwycą. Dlatego proponuję zająć się tą kwestią już u źródła, w pierwszym etapie kompozycji.
    • Umiejętność patrzenia w przyszłość naszego kawałka. Zanim zaczniemy decydować się na konkretne brzmienia, warto sobie przemyśleć i rozplanować, co będzie się składało na nasz miks, bo wtedy o wiele prościej będzie nam zdecydować, czym ewentualnie uzupełnić luki w brzmieniu, bądź czego nie robić, aby zbytnio nie zapchać utworu. Słyszalność i wyrazistość danego śladu zależy oczywiście od tego, jak brzmią inne ścieżki, dlatego separacja zawsze jest rozpatrywana w kontekście pozostałych elementów miksu.

Możecie sobie pomyśleć: „No dobrze, ale jak mam mieć na uwadze separację, skoro ścieżka, od której zaczynam to bas (przykładowo) i póki co, mam tylko ten jeden ślad! Względem czego mam więc porównywać jego brzmienie?

I tutaj właśnie wchodzi do życia ta umiejętność planowania przyszłości kawałka. Znajdź/wykreuj brzmienie, które Ci się podoba i Ci odpowiada, a potem zastanów się, czym mógłbyś uzupełnić resztę utworu i czy będzie to tworzyło spójną całość. Pójdź dalej i spróbuj kilku różnych brzmień, odtwórz je razem z tym basem, zobacz, które lepiej się ze sobą kleją, zmieniaj, eksperymentuj. Pamiętaj o tym, żeby zostawić jeszcze trochę „miejsca” na inne instrumenty, wokale czy cokolwiek innego planujesz w kawałku dodać. Dokładając każdą kolejną partię, weryfikuj jej brzmienie względem już istniejących.

Takie postępowanie i myślenie od razu na starcie da Ci lepszy brzmieniowo materiał wyjściowy. Wiem, że to się może wydawać trochę trudne, szczególnie na początku, ale obiecuję, że z biegiem czasu, z kolejną produkcją i wyostrzającym się słuchem, zanim się obejrzycie, będziecie to robić przy każdym kawałku odruchowo, naturalnie. Dajcie sobie trochę czasu – to przyjdzie.

Jak rozpoznać, kiedy tracimy separację?

Tu chciałbym podsunąć Wam taki mały trik. Coś, co powinno być „czerwoną lampką”, sygnałem alarmowym. Jeśli układacie utwór partia po partii i powiedzmy w okolicach trzeciego czy czwartego śladu/instrumentu już czujecie, że całość zaczyna się zamazywać i tracić czytelność, to proponuję się zatrzymać i dokładniej przyjrzeć początkowemu brzmieniu tych elementów. A jeszcze lepiej – zrzućcie na tą chwilę miks do mono. Sprawdźcie (na słuch bądź analizatorem widma), czy nie występują jakieś „spięcia” i znaczne nadbudowania w konkretnym rejonie częstotliwości. Bo jeżeli już na tak wczesnym etapie pojawiają się problemy z separacją, to później będzie tylko gorzej! To Wam gwarantuję.

A jeśli w wypadku odsłuchu w mono nadal w miarę wyraźnie słyszycie poszczególne partie, to możecie sobie pogratulować, bo po powrocie do stereo nie będzie inaczej, jak turbo-świetnie. Nawiasem mówiąc, takie chwilowe odsłuchiwanie miksu w mono jest niezastąpionym narzędziem w wielu sytuacjach, nie tylko podczas pracy nad separacją. Nie zapominajcie o tym.

Poniżej przygotowany przeze mnie przykład prostego motywu (bas, elektryczne pianino, gitara akustyczna), w którym zwiększyłem separację samą zmianą brzmienia źródłowego trzech instrumentów.

Brzmienie początkowe (bez zbytniego przykładania wagi do konkretnych brzmień):

Od razu słychać, że nie jest dobrze. Dolne pasmo pianina zakrywa bas, w rezultacie czego mamy spory bałagan w tym rejonie. Środek pasma na pianinie też nie jest wyraźnie słyszalny, bo częściowo przykrywa je akustyk (mimo szerokiej panoramy), co przy zrzuceniu do mono będzie jeszcze bardziej słyszalne. Częsty błąd, z jakim się spotykam w takich sytuacjach, to próba poprawienia klarowności przez podbijanie poziomu tego, czego nie słychać. Niestety, to jest droga do nikąd, bo problem tkwi gdzie indziej…

A teraz ten sam przykład po małej ingerencji w brzmienie źródłowe:

Nagrywając gitarę akustyczną w drugim przykładzie inaczej ustawiłem mikrofon – tak, aby zebrał mniej dołu. Brzmienie basu wybrałem takie, aby miało troszkę mniej dołu i nie za dużo dolnego środka, pozwalając tym samym zachować “ciało” gitary akustycznej w tym rejonie. Dodatkowo, za pomocą EQ dodałem gitarze basowej niewielką ilość rezonansu w okolicach 850Hz, żeby odrobinę mocniej punktowała. Natomiast brzmienie elektrycznego pianina wybrałem o wiele lżejsze, lekko przesterowane, dzięki czemu nie będzie wadzić w dole pasma i bez problemu przebije się w gęstszym miksie.

Do nagrań użyłem: Toontrack EZ Keys (pianino), XPand! (bas), gitara akustyczna Martin DRS1.

Nie wiem, czy każdy z Was słyszy wyraźnie wszystkie te różnice, ale dla mnie są one diametralne i wiem, że mam jeszcze sporo miejsca na inne elementy, jeśli zdecyduję się je dodać później. Poza tym, dopracujemy naszą separację jeszcze później, podczas właściwego miksu. Póki co, mamy o tyle lepszą sytuację, że nasze brzmienia nie zachodzą już tak mocno na siebie, dając nam większe pole manewru. Zmiana brzmienia źródłowego, to raptem pierwszy sposób poprawiania separacji, wkrótce poznamy jeszcze kilka kolejnych. Mimo to, już w tym miejscu powinniście docenić jak potężnym narzędziem jest dobranie odpowiedniego brzmienia u źródła, zanim ruszymy z resztą kawałka. Mylę się?

Tu też uwaga dla wszystkich tych, którzy na co dzień zmagają się z ulepieniem perkusji z pojedynczych sampli. Dobierając brzmienia stopy, werbla, hi-hatu, tomów zwracajcie szczególną uwagę na to, jak one się uzupełniają i czy jedne nie nachodzą na drugie. Czasem bywa trudno sprawić, aby takie brzmienia z „różnych bajek” stworzyły przekonującą i nie totalnie od rzeczywistości odklejoną partię. Próbowanie kilku kombinacji różnych sampli to niestety jedyna droga do osiągnięcia jakichkolwiek wyników w tej sytuacji.

II. Wzorce rytmiczne (figury/patterny)

Nie od dziś wiadomo, że w zasadzie każdy utwór musi mieć jakiś puls – kołysać się, nadawać rytm i tempo, pędzić, falować, budować uczucie napięcia, spokoju, czy masy innych tego typu funkcji. Słowem, chodzi o to, że oprócz samego brzmienia ścieżek rytmicznych (czy będzie to cały zestaw perkusyjny, czy tylko grzechotki lub inne trójkąty albo bongosy), bardzo mocno liczy się to, w których miejscach w takcie (i w stosunku do siatki) będą te wszystkie uderzenia – musimy mieć odpowiedni ‘groove’ czy ‘feel’.

Jeśli pracujemy z prawdziwym perkusistą, to siłą rzeczy, wszystko leży w jego rękach (i nogach), ale jeżeli samemu układamy partię w jakimś perkusyjnym instrumencie wirtualnym, to naszą rolą jest takie zbudowanie rytmu, aby:

    • Sam w sobie był czytelny
    • Nie „zderzał się” z pozostałymi śladami (pod względem pulsu, jak i okupowanych częstotliwości)

Co mam na myśli w podpunkcie pierwszym?

Otóż często zdarza się, że opracowujemy bardzo skomplikowaną, „gęstą” partię bębnów do naszego utworu. Będziemy więc mieli mnóstwo uderzeń w różne elementy perkusji blisko siebie i jeśli przykładowo będzie to stopa z tom-tomami i studnią, to zanim się obejrzymy, stracimy rozróżnienie tych elementów (szczególnie, jeśli mamy już napisany bas). Dlatego w tym miejscu proponuję Wam (oprócz znalezienia innych brzmień tomów, nawiązując do pierwszej metody separacji) tak układać partie, aby te „zderzenia” nie występowały bądź występowały jak najrzadziej. Jeszcze jedna wskazówka to szersze rozstawienie poszczególnych elementów perkusji w panoramie, tzn. tomy z dala od środka, ale nie chcę wybiegać w przyszłość – o panoramie będzie później oddzielny akapit.

Inny przykład – jeśli w ogóle nie celujemy w realizm brzmienia, bo pracujemy z jakimś utworem elektronicznym, gdzie wszystkie chwyty rytmiczne są dozwolone i chcemy, żeby w jakimś miejscu była zarówno stopa, werbel i tomy, jak i hi-hat, ride i inne grzechotki, to porozkładajmy je w takich miejscach siatki, aby elementy dzielące podobny zakres częstotliwości nie grały w tych samych miejscach. Dzięki temu, każdy z tych małych instrumentów ma swoją milisekundę, gdzie wybrzmiewa tylko on, co sprawia, że mamy bogaty rytmicznie track, ale każdy składnik jest wyraźnie słyszalny, bo nie pokrywa się czasowo z innym.

W poniższym przykładzie mamy stopę, werbel, hi-hat, 2 tomy, ride i crash, ale bez zbytniej ingerencji w konkretne uderzenia względem siatki i co za tym idzie – w separację i przejrzystość:

Drugi przykład zawiera dokładnie te same elementy, ale porozstawiane w nieco innych miejscach:

Zamiast nakładać się na pozostałe elementy i tracić przez to klarowność, ride i tomy robią teraz ciekawe akcenty rytmiczne, a hi-hat zatrzymuje się w jednym miejscu robiąc trochę przestrzeni i przykuwając bardziej uwagę. Ścieżka jest wzbogacona jak należy i wszystko słychać wyraźnie. O to nam chodziło!

W przykładzie skorzystałem z instrumentu Boom od Avid.

Teraz porozmawiajmy o drugim podpunkcie

Bębny absolutnie MUSZĄ współgrać z resztą śladów, nie ma nawet co tego kwestionować. W niektórych gatunkach muzycznych więź bębnów (szczególnie stopy) z basem bywa nierozerwalna (rock, metal), a w innych bębny mogą niejako dowolnie pływać obok reszty instrumentów (jazz), mimo że nadal są scalone z resztą. Ale nie odbiegajmy… Czy będzie to sytuacja z jednego krańca, czy z drugiego, czy może skądkolwiek po środku, nie możemy ułożyć dobrych bębnów, jeśli nie rozważamy tego, jak współgrają one z pozostałymi ścieżkami.

Całkiem niedawno miałem przyjemność miksować kawałek z okolic trip-hopu (chyba) i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ułożone przez muzyków partie perkusji nijak miały się do reszty ścieżek. Oni naciskali, żebym poeksperymentował z brzmieniem i wtedy na pewno coś wyjdzie, a ja w najbardziej opanowany sposób próbowałem im tłumaczyć, że to nie brzmienie, a sama partia potrzebuje pracy, bo uderzenia są nie w tych miejscach, w których być powinny. Mijało się to z basem, akcenty były nierówno – słowem bałagan nie z tej ziemi. O jakimkolwiek pulsie czy ‘groovie’ nie było nawet mowy. Miejcie więc moi drodzy na względzie ten mały, choć istotny fakt, że bębny (w większości przypadków) muszą być dobrze spięte z resztą śladów, bo inaczej żadne sztuczki, wtyczki, triczki i inne „sekrety” nie pomogą – błąd tkwi u źródła.

Ale wróćmy do separacji i może pozostańmy jeszcze przy kwestii bębnów z basem. Wiadomo, że stopa perkusji i gitara basowa zajmują podobny przedział częstotliwości i separacja między nimi jest kluczowa. O tym, jak skutecznie połączyć te dwa elementy pisałem już W TYM ARTYKULE, a dziś spojrzymy na to tylko pod względem strony aranżacyjnej. Najpopularniejszą i najprostszą metodą na uzyskanie świetnej separacji między basem i perkusją jest po prostu zrobienie partii basu na „i”, tzn. dźwięki basu (zazwyczaj dość krótkie) są grane pomiędzy uderzeniami perkusji. Nie występuje wtedy nakładanie się na siebie niskich częstotliwości, bo grają w innych miejscach (mimo, że w tempie) i bas nie wybrzmiewa zbyt długo.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy sięga po tą metodę, bo jest ona utarta i stara jak ser pleśniowy i nie zawsze pasuje do damego kawałka, ale za to jest świetnym punktem wyjścia i odniesienia dla zrozumienia koncepcji separacji. Układając partię basu (mając gotowe bębny czy jakąś pętlę) spróbujcie tak rozstawić poszczególne uderzenia basu, żeby nie kolidowały za bardzo z bębnami. Nie mówię, że każdy pojedynczy dźwięk basu musi się koniecznie mijać z werblem czy stopą, ale im rzadziej to będzie następowało, tym bardziej wyraźna i klarowna będzie całość.

Podsumowanie

Pamiętajcie, że jeśli zastosowaliście się do wskazówek z pierwszej metody, czyli dobraliście odpowiednie brzmienia (basu i stopy oraz całej perkusji), to nawet, jeśli w kilku miejscach naszego rytmu te elementy się pokryją, to i tak będą w miarę dobrze słyszalne. I tak właśnie to całe przedsięwzięcie ma działać – powoli, krok po kroku, każdym zabiegiem mamy zbliżać się do postawionego celu. Jak poznacie jeszcze kilka innych metod, to osiągnięcie zadowalającej separacji w miksie nie będzie już stanowić większego problemu. Liczy się to, abyście na każdym etapie produkcji mieli tego świadomość

W następnych dwóch postach poznamy kolejne techniki, które pozwolą nam sprawić, aby miks był bardziej przejrzysty i klarowny.

Zostawić komentarz ?

42 Komentarze.

  1. rufinmusic

    Ciekawe jak zwykle 😆 Chyba najpopularniejszą metodą separacji bas, stopa jest separacja częstotliwości. Ja zawsze podcinam na stopie dominującą częstotliwość z basu i odwrotnie, na basie dominującą stopy, plus ewentualnie dodanie harmonicznych. Co do basu – lubię jak gra melodyjnie i rytmicznie zarazem 😉 Tu specjalistą jest sir McCartney 😈 A jak to brzmi możecie posłuchać w moim ostatnim coverze.

    • jest to metoda najpopularniejsza i najprostrza i zarazem bardzo skuteczna. osobiście tak robię zawsze, bardzo rzadko wspieram się side chainem stopa-bas

  2. W niektórych gatunkach, szczególnie w muzyce tanecznej bardzo skuteczną metodą jest zabawa kompresorem. Najczęściej używa się tzw. sidechain. Właściwe użycie tej metody na stopie pozwala uzyskać bardzo wyraźnego kicka względem pozostałych instruemntów bez znacznej ingerencji w pasma. Niewiele ma to wspólnego z prawdziwą separacją, ale efekt końcowy jest bardzo ciekawy. W zależności od ustawień kompresora w momencie uderzenia stopy następuje mocne ściszenie pozostałych ścieżek, a następnie szybkie podbicie zaraz po kicku. Myślę, że osoby tworzące muzykę elektroniczną stosują to obowiązkowo. Metoda ta wymaga właściwych ustawień, aby uzyskując “agresję” kicka nie spowodować zbytniego “siadania” reszty, ale przy właściwych ustawieniach attacku i release’a można pięknie wydobyć kicka względem basu i pozostałych ścieżek nie bawiąc się zbytnio w podcinanie pasm, co często osłabia nasz miks odzierając go z dołu.

    • rufinmusic

      Zgadza się 🙄 Jest to znana metoda, opisywana już zresztą wcześniej przez Igora, ale jak sam napisałeś używana raczej w “specyficznych gatunkach muzyki” 😈

    • Przy żywej muzie dużo zależy od samego zgrania się basisty z perkusistą :D. Bo poza separacją dobrze też jest osiągnąć synergie przez łączenie się instrumentów.

      W sumie to też nie jestem przekonany czy z zasady będzie lepiej jak da się każdy instrument osobno usłyszeć. Tutaj http://www.blurrededge.co.uk/press/video-interviews/ Chris Green (kompozytor)pokazuje jak zrobił utwór. W życiu nie dałbym sobie rady oddzielić wszystkiego od siebie(chyba:P). Np. jak dodaje instrument by wydobyć transjenty, któryś tam smyczków. (btw. polecam ten materiał:)

      Dalej odnośnie artykuły 😀 to widzę jeszcze dwie kolejne zalety dla użycia mono. Niby oczywiste ale jak nie mamy symetrycznego studia to w mono dostajemy bardziej obiektywny obraz. No i przy miksowaniu w mono chyba można śmielej używać słuchawek:D? Bo z tego co rozumiem przeciwwskazania do nich częściowo wynikają ze złego obrazu stereo
      :D?

    • Tak jeszcze przy okazji (bo nie dotyczy to tematu separacji) – sidechain na kicku pozwala uzyskać wrażenie dynamiki utworu. Dzisiaj obowiązuje styl produkcji polegający na tym, że nieważne czy gra jeden instrument czy 15, wykres i tak jest prostokątem, a diody na potencjometrze nie pulsują, tylko świecą się non stop na czerwono. Maksymalne wysterowanie oraz kastrowanie utworu limiterem pozbawia muzykę wszelkiej dynamyki, a sidechain na kicku powoduje, że jednak słyszymy jakąś tam namiastkę tej dynamiki. Utwór pulsuje mimo maksymalnego wysterowania w prawie każdej jego sekundzie.

    • Wydaje mi się, że nic nikogo nie obowiązuje:D. Chyba, że ktoś zamyka się w jakimś stylu czy grupie. Druga sprawa, że to właśnie chodzi o wrażenia no i masa muzyki brzmi bardzo dobrze. Odnośnie loudness war 😀 http://www.mixcoach.com/wp-content/uploads/2013/05/Loudness-War.png

    • rufinmusic

      “Dzisiaj obowiązuje styl produkcji polegający na tym, że nieważne czy gra jeden instrument czy 15, wykres i tak jest prostokątem” – przepraszam, ale kogo obowiązuje? Uważasz, że utwór, którego wykres NIE JEST prostokątem, brzmi źle ❓ Jestem zgoła odmiennego zdania 🙄

    • @Roberto. Jeżeli robisz muzykę do szuflady to nic cię nie obowiązuje. Spróbuj wydać coś oficjalnie to zobaczysz co zrobią z twoim utworem zanim trafi na płytę. Albo sam będziesz musiał go zepsuć albo zrobią to za ciebie w wytwórni 🙂 Ma być protokąt i koniec. Ja jestem przeciwnikiem takiego sposobu produkcji, mówię tylko jak jest. Kawałki z lat 80 czy 90 brzmią świetnie. Szczególnie z winyli na dobrym sprzęcie. Te produkowane obecnie brzmią fatalnie, ale taki sposób produkcji jest wymagany dzisiaj i koniec. Loudness war trwa.

    • Do szuflady też robię ale większość tworzę zawodowo. Co prawda nie robię muzyki pod wytwórnie ale bardzo ucieszyłbym się gdyby znane pracownie zajmowały się postprodukcją moich tracków:D, wątpię by psuły je bardziej ode mnie:D. Jedyne co mnie obowiązuje to, że ja, klient i odbiorca mamy być zadowoleni z piosenki(no i obowiązuje to też mocne słowo). A te kwadraty to będą jak się dużego zoomout’a zrobi :D. Bo szkoda też nie wykorzystać miejsca jak się je ma. No i spokojnie można olać te trendy i samemu dyktować warunki swojej muzyki. Oczywiście można też wyjść z założenia, że obowiązują kwadraty, pogodzić się z tym i działać:).

      W każdym razie ta cała głośność i prasowanie to któraś z kolei sprawa. Jak zawsze trzeba mieć umiar :). Nie przejmuję się tym za dużo. Jako muzyk jedyne o co dbam to by muza(w tym i mix, master) była fajna. Jako “profesjonalny biznesmen”:P myślę o docelowym użyciu muzy np. zostawiam miejsce na voiceovery(co też wiąże się z separacją:D) czy zapewniam tę komercyjnie akceptowalną, konkurencyjną głośność. Sam track może mieć kształt nawet i trapezu :D.

      A sama separacja, aranżacja też zmniejsza problem z prasowaniem. Jak jest sieczka i wszystko na siebie nachodzi to od początku brzmi jakby było sprasowane a może mieć kształt smukłej choinki :D.

  3. Nareszcie poruszony temat tabeli częstotliwości muzycznych która zawisła u mnie w studio jako pierwszy element wystroju wnętrza 🙂

  4. No właśnie uważam, że utwór, którego wykres nie jest prostokątem brzmi lepiej. Ma dynamikę, można zbudować w nim jakieś “momenty”. Tylko, że realizując w ten sposób muzykę przegrywasz wojnę o głośność. Napisałem, że obowiązuje, czyli jest głównym nurtem, do którego wszyscy chcąc nie chcąc się dostosowują zabijając dynamikę muzyki i robiąc z niej jazgot, bo ma być przede wszystkim GŁOŚNO! Dlatego napisałem, że sidechain na kicku pomaga uzyskać wrażenie dynamiki przy tzw. prostokątnym wykresie. Jest głośno (czego wszyscy od ciebie jako producenta oczekują), a jednocześnie nie jest płasko.

    • rufinmusic

      “Tylko, że realizując w ten sposób muzykę przegrywasz wojnę o głośność.” – nie przegrywasz, wygrywasz, bo Twoja produkcja brzmi lepiej. Mam głęboko w du.., jaki nurt, to ma być muzyka, nie hałas. Poza tym można zrobić głośny miks, nie rujnując przy tym całkowicie dynamiki 🙄

    • Kup jakąkolwiek płytę z muzyką rockową lub taneczną wydaną w ostatnich kilku latach i zobacz jak wyglądają wykresy utworów 🙂 To nie ja to wymyśliłem. Tak się po prostu dzisiaj produkuje.

    • rufinmusic

      Muzyki tanecznej nie słucham, a tym bardziej nie kupuję 🙄 To, że wszyscy tak robią, nie znaczy, że Ty masz tak robić…Jak wszyscy skoczą w przepaść, Ty też skoczysz? 😈 “zobacz jak wyglądają wykresy utworów” – nie patrz na wykres, tylko słuchaj, jak napisałem wcześniej można zrobić głośny miks, z DR 8-10 i więcej i taki zakres jest jeszcze OK 😉

    • No pewnie, jak wszyscy biegną do mety, to nie znaczy, że ty tez musisz. Możesz zostać na starcie. Drodzy słuchacze! O to ja! Nie patrzcie na to, że Metallica tak robi. Nie patrcie na to, że Madonna tak robi. Nie patrzcie na to, że Coldplay tak robi! Oni wszyscy się nie znają. Ja się znam lepiej i robię po swojemu. Ja, nikomu nieznamy producent z Polski, który nie sprzedał ani jednej płyty, wiem lepiej 🙂 To chcesz mi powiedzieć? Bo nie rozumiem. Jeszcze raz powtarzam. Nie jestem zwolennikiem loudness war, ubolewam nad tym, że tak się dzisiaj realizuje muzkę, ale niestety wielcy tego świata o tym zdecydowali i musimy się dostosować. O ile oczywiście chcemy coś w muzyce osiągnąć. Jeśli naszą ambicją jest granie swoich utworów na gitarze w przejściu podziemnym na dworzec, możemy olać zasady. Jeśli chcemy kiedyś wydać płytę, na wydanie której kasę wyłoży wytwórnia, to zapomnijmy o tym co nam się wydaje. Musimy przyjąć reguły tego biznesu. Tak samo jak ty uważam, że loudness war zabija muzykę, ale nie mamy na to wpływu. Produkcją swojej muzyki zajmuję się stosunkowo krótko (jakieś 2 , 3 lata), ale ogólnie w produkcji dźwięku siedzę od 10 lat. Wyprodukowałem tysiące reklam radiowych, promosów, jingli itd. I uwierz mi, wszyscy mają w dupie twoje “widzimi się” na temat dynamiki. Ma być głośno od 1 do ostatniej sekundy. Inaczej klient mówi, że się nie znasz na produkcji i nie kupuje od ciebie dźwięku. Taki rynek, takie czasy. Kiedyś przynajmniej w muzyce produkcyjnej zostawiano zapas (jakieś 3,4 a nawet 6 decybeli), żebyś jako producent końcowego produktu mógł zmieścić tam jeszcze lektora, aktorów, jakieś efekty dźwiękowe. Dzisiaj nawet muzyka produkcyjna jest pojechana do zera na maxa i nikogo nie obchodzi jakim cudem ty jako producent reklamy masz zmieścić tam jeszcze swoje rzeczy 🙂 Musisz mocno ściszać, podcinać pasma, po prostu wiele popsuć, żeby to co nałożysz na ten podkład było słyszalne. Wszyscy jadą na maxa do zera bo taka jest chora tendencja. Wewnętrznie mnie szlag trafia, ale musiałem się dostosować. Jestem za mały i za cienki aby zatrzymać loudness war i albo do niej dołączam albo robię muzykę wyłącznie dla kolegów 🙂

    • rufinmusic

      “…uważam, że loudness war zabija muzykę…” – jeśli tak uważasz, to w sumie mamy takie samo zdanie, tylko podejście do tematu inne… 🙄

    • Oczywiście, że tak uważam 🙂 I od początku dyskusji nie neguję tego co ty mówisz, tylko przedstawiam jak to wygląda na rynku, a trochę się z tym stykam. Rozmawiałem na ten temat z wieloma ludźmi, także takimi, którzy realizują materiał, który potem jest wydawany na płytach i każdy mówi to co ty i ja 🙂 Czyli, że loudness war to bzdura, kicha i bezsens, ale każdy z nich w ten sposób realizuje, bo…. musi. Bo tak sobie życzy klient, którym jest albo zespół albo wytwórnia. Ktoś kiedyś wymyśłił, że im głośniej tym rzekomo lepiej i poszło. I nikt nie chce się wyłamać. To mnie najbardziej dziwi, że są producenci o światowej renomie, którzy pracują dla największych tego świata i oni także nie potrafią / nie chą / nie mogą wyłamać się z tego chorego trendu. Ja rozumiem, że można zrobić głośny miks, że możemy walczyć o głośność, ale są jakieś granice. Przeraża mnie fakt, że najwięksi specjaliści od dźwięku ścigają się nie na to kto zrobi lepiej brzmiącą muyzkę ale na to kto ją bardziej popsuje. Paranoja jakaś 🙂 I podstawoe pytanie: PO CO? Do radia? Każda stacja radiowa korzysta z różnego rodzaju procesorów sprzętowych, które pomiędzy stołem emisyjnym a nadajnikiem normalizują dźwięk i nie ma potrzeby robienia nienaturalnie głośnego miksu. Dla ludzi? Każdy prywatny odbiorca może sobie pokręcić gałką volume na wzmacniaczu czy potencjometrze odtwarzacza mp3 zatem też nie ma potrzeby robienia jazgotu. W takim razie po co jest ta cała wojna o głośność? Tego nie rozumiem. Po prostu nikt nie chce być “cichszy” od innych i paranoja trwa. I jeszcze nam jako muzykom/realizatorom/producentom przysparza to sporo trudności, bo musimy mocno czyścić utwory. Chciałbym wprowadzić do swojego utworu trochę “brudu”, jakichś niuansów dźwiękowych, trochę dźwiękowego niepojou. Niestety w momencie kiedy miks jest bezpardonowo traktowany kompresją, limiterem, i innymi cudami, te wszystkie niuanse przestają być niuansami tylko stają się dźwiękowym syfem i trzeba z nich zrezygnować, bo albo będą niesłyszalne albo będą za bardzo brudzić bo trudno coś zmieścić w utworze, w którym wszystko stanowi jednolitą ścianę dźwięku. Tu nawet separacja nie pomoże 🙂 to tak na koniec słowo na temat, w którym się znajdujemy 🙂

    • rufinmusic

      Jest jedno wyjście…wydać płytę za swoją kasę… :mrgreen:

    • Nie da się ukryć, że obaj macie w sumie rację. Bauman – niestety to co mówisz/piszesz jest absolutnie prawdziwe. Też nad tym stanem rzeczy ubolewam i to mocno. Dziś niestety musi być głośno, czy nam się to podoba czy nie. Ja mam nadzieję, że jest to tylko kolejny trend, któy z czasem przeminie. Są róznego typu inicjatywy, jak:
      http://turnmeup.org czy http://dynamicrangeday.co.uk
      i miejmy nadzieję, że w rezultacie ludzie trochę się opamiętają. Nam pozostaje skupić się na tym, żeby muzyka wychodząca z naszych pracowni brzmiała przede wszystkim dobrze.

    • rufinmusic

      Najbardziej podoba mi się banerek: “Give peaks a chance!”

    • Ostatnio słuchałem albumu Kate Bush z 1985, po czym iTunes od razu wrzuciło album KoRna. Gigantyczna różnica w głośności. Chociaż nie przeszkadzało mi przekręcenie pokrętła volume w przypadku albumu Kate. Ostatnio google wyświetlało mi reklamy jakiegoś studia w Holandii. Przejrzałem ich ofertę i wszędzie gdzie się dało wstawiali hasła w stylu : dla nas walka o głośność to nie wszystko, stawiamy na dynamizm, sprawdź nasze miksy itd itd. Ciekawe są te niuanse na które przeciętny słuchacz nie zwraca uwagi, a w kręgach specjalistycznych tyle sporów się o to toczy.

    • Sporo przeciętnych słuchaczy nie słyszy nawet charczącej i przesterowanej sumy. Ale są i ludzie pokroju Larsa Ulricha, którzy uważają, że Death Magnetic brzmi ok… Dlatego proces uświadamiania musi zająć trochę czasu, zanim peaki znów dostaną szansę 😉

    • rufinmusic

      Lars Ulrich jest na szczęście w 1% osób, którzy słyszą efekty wojny głośności i uważają, że to brzmi OK :mrgreen:
      A tu ładny podział na cztery grupy słuchaczy:
      http://turnmeup.org/

  5. Cholera, sorki, nie w tym miejscu napisałem koment, to miała być odpowiedź do moejgo komentarza.

  6. Z jednej strony takie umiejętne dobieranie brzmień pomaga w budowaniu separacji, a z drugiej można w ten sposób stworzyć coś nowego. Takie układanie warstw różnych patchy dla syntezatorów, aby w efekcie uzyskać ten gigantyczny warczący bass. Umiejętne dobieranie brzmienia to potężne narzędzie.

    • Zgadza się, bez dwóch zdań. Nakładanie warstw to świetne narzędzie do zmorphowania ciężkiego soundu 🙂

  7. Trociniak

    Z tą wojną na głośności jest jak z dotykowymi wyświetlaczami, przyjęło się i choćbyśmy nie wiem, jak cenili klawiatury, czy cichsze produkcje, to i tak będziemy teraz tylko wyjątkami 🙂

    • Bardzo trafne spostrzeżenie 🙂 Technologia i progres ważniejsze od rozsądku, w mordę jeża… 😉

    • rufinmusic

      Wyświetlacze dotykowe, całe szczęście, nie wszędzie się sprawdzają :roll:, a z klawiatury, moim zdaniem, jeszcze długo będziemy korzystać 😉

  8. lauden fan

    na muzyke elektroniczna bardzo dobrze wplywa loudness war. Bardziej lepi elektroniczne brzmienie i poprzez limitowanie kanałów pozwala na upchanie wiekszej ilosci informacji, nie widze w tym nic zlego, muzyka elektroniczna na dancefloorze nie ma wzbudzac emocji wraz z naglym wzrostem glosnosci tylko ma tworzyc groove do ktorego bedziesz tanczyl, a po drugie, aranzacja i mixdownem mozesz zrobic tak ze ludzie wlasnie poczuja przyplyw energii pomimo waveformu przypominajacego kwadrat, obadajcie sobie kawalek knife party – bonfire , kwadrat od poczatku do konca, ale po dropie wchodzi tyle wysokich ze wszystko wydaje sie glosniejsze, a jest nadal takie samo 🙂 wiec ja nie mam nic przeciwko loduness war, dopóki nie wkracza ona na inne rodzaje muzyki niz elektronika do tanczenia, wszystko zalezy co chcesz uzyskac. nadal produkuje sie kawalki muzyki klasycznej w ktorych jets duza dynamika i sraja oni na looudness war(przepraszam za slowo) ale taka jest prawda, wykorzystajcie limiter w celach dobrych dla sluchaczy a nie zaprzetajcie sobie glowy tym czy to zabija brzmienei czy nie, jesli zabiliscie brzmienie limiterem to najwidocznej zle go uzyliscie 🙂 dla mnie limiter a szcezgolnie ten z t racksa(drogi 🙁 ) jest nie do zastapienia, polecam

    • Jest na pewno warte odnotowania, że rodzaj muzyki ma spory wpływ – z tym się zgadzam. Problem głównie polega na nadużywaniu (lub nieumiejętnym używaniu) wszelkich limiterów, kompresorów, maximizerów i innych clipperów.

  9. Super! Czekam na kolejne artykuły!

  10. Jak mi wyszła separacja?
    http://www44.zippyshare.com/v/41480295/file.html

    Jestem początkującym, więc pewnie nie brzmi to za dobrze 😀

    • Mało tam śladów, więc ciężko stwierdzić. Mi w tym przykładzie lekko dudni i zamydla się każde uderzenie “na raz”. Ale bardzo możliwe, że dziś się zupełnie nie nadaję do krytycznego słuchania.

    • Ogólnie klimat i feel dobry jest :).

      Daleko tylko do piosenki i jest jeszcze masa miejsca do zapełnienia zarówno w aranżacji, spektrum i panoramie. Jak już nic nie możesz tam wcisnąć to ciężko będzie bo brzmi, że można dużo. Dla mnie bardziej jest to jak jeden bit po środku bez wyraźnej separacji. Można dodać np. werbel ustawiony L R, wokale raz LR raz C, mocną stope, w tle jest miejsce na coś(tak sztampowo stringi różne:D) i dużo innych. Albo masz track do DJ’eki 😀

    • Chciałem się tylko upewnić czy podstawa dobrze gra zanim zacznę coś więcej robić 🙂

      Sprawdziłem teraz dokładnie spectrum i okazało się że kick gra w tym samym miejscu co bass, więc pewnie tu jest problem 😀

  11. odnośnie loudness war – plyta slasha z 2010 roku spiewaja m.in Ozzy i inni – brak tytulu albo go nie widze – to jest przykłąd genialnego brzmienia, choc bardzo tradycyjnego, ale kopiącego bardzo gdzie miksujacy ja Valentino niejaki jak dobrze kojarze, olał loudness war i zrobił świetną podukcje 🙂
    wiec unikałbym uogólniania że wszyscy tak robią, bo to nie prawda 🙂
    pozdrawiam mega świetny blog/blogowiczów i Igora!

    • Na szczęście nie wszyscy tak robią 🙂 Pozdrawiam również!

  12. Nie wiem czy tak naprawde wojna głośności. Zgadza sie ze jest głośniej niz kiedyś. Pewne gatunki sa były i beda głośniejsze i bardziej dynamiczne niz inne. Przytaczając nowsze albumy polecam przesłuchać ostatnie dzieło pana Toma Scholza i jego dokonań. To on praktycznie od początku komponuje gra aranżuje miksuje produkuje czy wreszcie masteringuje ze tak to określę. Mimo ze jest głośno to slychac analogowe brzmienie. Jest dynamika przestrzeń i wszystko co powinno byc w rockowej muzyce. Tak ze jednak sa mistrzowie ktorzy potrafią głośno ale z precyzyjnym powerem. Chyba wszyscy zgodzą sie ze ten pan to arcymistrz brzmienia od lat. Pozdrawiam wszystkich

Zostaw komentarz