Terminologia Audio i Słowotwórstwo…

Jestem zazwyczaj bardzo spokojnym i kulturalnym człowiekiem. Staram się nie unosić i nie denerwować rzeczami błahymi, małostkowymi i takimi, na które naprawdę nie warto zwracać uwagi. Tylko, że dzisiaj o nich nie napiszę…

Ten artykuł będzie o czymś znacznie ważniejszym niż to, jakie dokładnie obliczenia matematyczne są stosowane przy redukcji głębi bitowej czy też to, jakiego koloru mamy obicie naszych paneli akustycznych albo jakiego producenta korektor wtyczkowy jest najlepszy do wyciągnięcia prezencji na śladzie wokalu.

Dziś zajmiemy się nomenklaturą, nazewnictwem czy terminologią stosowaną w świecie audio. Nie będzie to jednak nudny, encyklopedyczny wpis w rodzaju słowniczka, ale coś z większym pazurkiem. Tematem przewodnim będą tu między innymi super-nieprecyzyjne, abstrakcyjne, a czasem wręcz idiotyczne określenia, jakie słyszymy w naszej pracy na co dzień…

Mimo, iż sam nie raz użyłem niektórych sformułowań o jakich dziś wspomnę, to jednak z biegiem czasu zacząłem się hamować, bo zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo mylące mogą one być dla kogoś innego. Zacząłem się więc gryźć w język i trzy razy zastanawiać, czy na pewno chcę użyć właśnie takiego określenia, a nie wysilić się bardziej i znaleźć jakieś precyzyjniejsze słowo. Jak się bowiem okazuje, właściwie każde zjawisko związane z dźwiękiem da się opisać odpowiednimi słowami i przede wszystkim – precyzyjnymi słowami… Żeby każdy z nas nadążał za innymi, powinniśmy starać się posługiwać w miarę zbliżonymi określeniami, a unikać pełnych abstrakcji i czasem śmiesznych wręcz sformułowań, ale do rzeczy…

Zaczniemy kulturalnie i spokojnie, od rzeczy łatwych i prostych.

I. Filtr górno-przepustowy czy dolno-zaporowy?

Zapewne spotkaliście się nie raz z jednym i z drugim określeniem. Oba oznaczają oczywiście to samo, czyli filtr, który przepuszcza górne częstotliwości i alternatywnie – filtr, który blokuje niskie częstotliwości (zapora dołu). Proste i zrozumiałe. Czy na pewno?

Kiedyś spotkałem się na pewnym forum z wypowiedzią szanowanego Pana Realizatora, który stwierdził, że określenie „filtr dolno-zaporowy” jest terminem nieprawidłowym, bo powszechnie (tutaj zaznaczył, że głównie „na zachodzie”) używa się określenia High-Pass Filter, czyli po naszemu Filtr Górno-Przepustowy i należy stosować taki termin w odniesieniu do tego urządzenia, aby nie było ewentualnych niejasności. Otóż spieszę wyjaśnić, że oba terminy są technicznie poprawne. Mało tego, na zachodzie termin Low-Cut Filter (czyli nasz dolno-zaporowy) jest określeniem bardzo popularnym! I co ciekawsze, użycie takiego nazewnictwa nie powoduje żadnych niejasności, bo ciężko pomylić odcięcie dołu (low-cut) z czymkolwiek innym. Jestem mocno przekonany o tym, że termin „przepuścić górę” (high-pass), mimo iż oznacza w tym przypadku dokładnie to samo, budzi więcej skołowania – niezależnie od położenia geograficznego czy języka, którego używamy.

Analogiczna sytuacja ma miejsce w przypadku filtra dolno-przepustowego / górno-zaporowego (ang. Low-Pass Filter / High-Cut Filter). Człowiek to taki stwór, który zazwyczaj analizuje każde słowo i obraz na podstawie tego, co już zna, czyli co widział i słyszał. Dlatego stykając się z jakimś terminem, automatycznie przywołuje swoje pierwsze z danym słowem skojarzenie. Jeśli ktoś (jak np. młody inżynier dźwięku) widzi na początku „dolno-coś tam”, to od razu myśli o dole pasma, prawda? Ale jeśli zobaczy dolno-przepustowy, to niestety w jego głowie nastąpi dwa razy więcej procesów myślowych zanim przełoży sobie, że dolno-przepustowy tak naprawdę odcina górę pasma…

To jest oczywiście wielkie uproszczenie i z czasem do takiego odwrotnego nazewnictwa przywykamy i już się nad nim nie zastanawiamy, ale sami przyznajcie, czy naprawdę nie łatwiej byłoby od razu powiedzieć „górno-zaporowy”…?

Nie, żebym jakąś krucjatę chciał prowadzić, bo raz, że nie mam ku temu ambicji, a dwa… sam często używam tych terminów wymiennie. Jednak teraz robię to z pełną świadomością, ale pamiętam, że na samym początku swojej przygody z dźwiękiem od strony realizacyjnej, miałem kilka razy mętlik w głowie od takiego stanu rzeczy 🙂

A skoro już jesteśmy przy języku angielskim…

II. Język polski, angielski, „mieszany”…

W swojej „edukacji dźwiękowej” miałem to szczęście/nieszczęście, że odbywała się ona w języku angielskim, przynajmniej ta część akademicka. Osobiście jestem z tego bardzo zadowolony, bo dzięki temu, mogę się komunikować z inżynierami i muzykami z całego świata i zawsze mam pewność, że mówimy o tym samym i nie muszę sobie każdego słowa w głowie tłumaczyć z polskiego na angielski. A wierzcie mi, że spotkałem się z takimi kwiatkami, że to o pomstę czasem woła…

Głupi przykład: korektor wtyczkowy to nie jest „correction plug-in” tylko „EQ plug-in” (od słowa „equalizer”). Słowo „correction” to jest poprawka, korekta, sprostowanie. I oprócz sytuacji codziennych, używa się go również chociażby w kontekście resocjalizacji 🙂 Takich przykładów można by więcej podać, ale nie w tym rzecz.

Nieraz słyszy się też spolszczenia angielskich wyrazów i powiem szczerze, że chociaż czasami brzmią one zabawnie, to i tak czasem wolę je bardziej niż „prawidłowe” polskie odpowiedniki. Bo przynajmniej, jak ktoś powie >ponglishem< słowo „ekłalizer”, to zrozumie go zarówno Polak, jak i Brytyjczyk (choć mogą być potrzebne na start dwa czy trzy kufle piwa na głowę). Gdybyśmy bowiem Wyspiarzowi wyjechali z „correction”, to jeszcze gotów pomyśleć, że zdolni Polacy wymyślili wtyczkę, która umie poprawiać błędy w akcencie i wymowie albo co gorsza – chroni przed zakładem poprawczym.

A tak na serio – ten zawód ma to do siebie, że bez znajomości języka angielskiego daleko nie zajdziemy – no chyba, że nigdy nie planujemy wyjść ze swojej sypialni, co oczywiście też jest w porządku – kwestia indywidualna. O pozostałych i równie ważnych zaletach znajomości chociażby podstaw j. angielskiego pisałem w TYM ARTYKULE i gorąco polecam się z nim zapoznać.

III. Faza i biegunowość

Wiele osób niestety myli te dwa pojęcia, mało tego – czasem nawet poczytne magazyny muzyczne używają ich zamiennie! O losie…

Mimo, iż te słowa odnoszą się zwykle do przebiegu fali dźwiękowej, to w praktyce oznaczają dwa bardzo różne zjawiska. Otóż:

Faza sygnału, to moment cyklu, w którym znajduje się dany sygnał i jest wyrażany w stopniach od 0 do 360, gdzie zero jest początkiem, 90 jest ¼, 180 połową, 270 to ¾, a 360 końcem cyklu. Przesunięcie fazowe, które zostanie dodane do audio (na przykład podczas jednoczesnego odtwarzania oryginału i idealnej kopii opóźnionej o kilka milisekund), opóźni przeróżne częstotliwości o różne wartości, czego rezultatem jest nakładanie się na siebie dwóch fal w różnych miejscach swoich cyklów i dziwne, puste, niejako ruchome i falujące brzmienie przypominające działanie efektów modulujących. Faza i problemy z nią związane są więc ściśle związane z CZASEM.

Natomiast biegunowość oznacza to, jaki w danym momencie sygnał ma znak (dodatni lub ujemny), co w prostszych słowach jest niczym innym, jak tym, czy fala wędruje w danym miejscu do góry (wartość dodatnia) czy do dołu (wartość ujemna). Jeśli nałożymy na siebie dwa identyczne sygnały – ich cykle będą oczywiście idealnie zsynchronizowane. Jeśli potem odwrócimy biegunowość jednego z nich – to rezultatem będzie totalna cisza, bowiem wszystkie częstotliwości będą w tzw. przeciwfazie. Gdy fala na jednej ścieżce będzie wędrować do góry, fala na drugiej będzie szła dokładnie tak samo, ale w dół, czyli będziemy mieli nieustanną przeciwwagę, czego rezultatem jest właśnie zero, dlatego nie słyszymy żadnego dźwięku.

Odróżniajmy więc jedno od drugiego i pamiętajmy, że sformułowanie „odwrócić fazę”, mimo że potocznie używane dość często, jest nieprawidłowe i oznacza tak naprawdę odwrócenie biegunowości sygnału, zmianę znaku z plus na minus i vice versa. Robimy po prostu lustrzane odbicie sygnału. Ale nie zmieniamy nic w kwestii czasowej, nie przesuwamy sygnału, a tym samym cyklu fali ani w przód, ani w tył.

    • Fazy nie da się odwrócić, da się ją przesunąć
    • Zmienić / odwrócić da się tylko biegunowość (często też nazywaną polaryzacją)

IV. Ściana przednia i tylna

Kolejna popularna zagwozdka terminologiczna, to mylenie ściany przedniej z tylną. Rozmawiamy oczywiście o pomieszczeniu i naszym stanowisku pracy. Zapamiętajmy raz na zawsze, że ściana tylna to nie jest ta, do której monitory stoją tyłem. Ściana tylna jest za naszymi plecami. Natomiast ta, na którą się patrzymy siedząc na stanowisku pracy, to jest ściana przednia. Niby mały szkopuł, ale sporo osób miewa z tym do dziś problemy 🙂

A teraz przejdźmy do moich ulubionych sformułowań używanych w kontekście brzmienia…

IV. Pojęcia niejasne, abstrakcyjne i mylące…

Każdy z nas nagminnie widzi lub słyszy odnoszące się do brzmienia określenia typu: „analogowy/cyfrowy”, „ciepły/zimny”, „tłusty/cienki”, „miękki/twardy”, „gładki/ostry”. Do tego dochodzą jeszcze określenia w stylu „charakterny”, „brudny”, „buła”, „siara”, „mięso”, „piach”, „beton”, „kapeć”, „karton” i tym podobne… Moim zdaniem, te pięć pierwszych par jeszcze do jakiegoś stopnia można zrozumieć, choć i tak nie do końca oznaczają one dla każdego to samo. Ale spróbujmy…

Obiegowy mit mówi, że cyfra jest zimna i sterylna, a analog ciepły, tłusty i miękki. Niedawno obaliliśmy te legendy rozmawiając o cyfrowej teorii dźwięku i dowiedzieliśmy się, co dokładnie decyduje o takim, a nie innym brzmieniu i dlaczego je właśnie w ten sposób odbieramy. Wiemy, że ten legendarny brud i ciepło to wypadkowa brzmienia konkretnych komponentów, krzywej częstotliwości, dodatków harmonicznych, saturacji, naturalnej kompresji taśmy i tym podobnych elementów obecnych w pracy na sprzęcie analogowym.

O cyfrze zaś mówi się, że jest wręcz sterylna, a to prawdopodobnie dlatego, że nic takiego (co analog) od siebie do sygnału nie dodaje, a żeby imitować charakter czy kolor brzmienia analoga, potrzebujemy użyć kilku dodatkowych urządzeń taki efekt symulujących. Więc tutaj sytuacja jest dość jasna. Ale reszta z tych kilku przykładowych określeń to już zupełnie inna historia… Czy naprawdę nie byłoby prościej mówić np. „przesadnie dużo niskiego środka”, zamiast „błoto”, „bagno”, „muł” czy tym podobne? Jestem więcej niż pewien, że takie określenia mogą dla kogoś początkującego znaczyć niewiele. Rozumiem, że są to skróty myślowe i każdy, kto jakiś czas siedzi w temacie, przyzwyczaił się do takich zwrotów, ale nadal są to sformułowania bardzo nieprecyzyjne. Dla odmiany – cóż może być niejasnego w zwrocie „podetnij 6dB na 240Hz”? Inny przykład to powiedzenie „dodaj trochę powietrza” zamiast chociażby „podbij kilka dB na 12kHz”. I tak dalej, i tak dalej… Młody człowiek zaczyna w takiej sytuacji szukać, co oznacza to „powietrze”, „buła” czy inna „siara” i po przeczytaniu kilku wątków na różnych forach jest jeszcze bardziej zmieszany, bo okazuje się, że dla każdego te określenia oznaczają trochę inne rzeczy.

Zaawansowany poziom słowotwórstwa…

Jednak prawdziwa zabawa się zaczyna, jak ktoś zaczyna rzucać zwrotami w stylu „jedwabisty środek”, „szklana góra” czy „szybki bas” lub innymi pochodnymi. Nawet nie będę próbował tego rozgryźć. Poziom słowotwórstwa osiąga już tutaj apogeum. Wybaczcie, ale jak bas może być szybki? Jak w takim razie opisać „wolny bas”? Co to znaczy, że środek pasma jest jedwabisty? Bo u mnie środek jest zazwyczaj krzemowy… Jak brzmi szkło? Albo jeszcze jedno – „precyzyjny bas”… Czy to znaczy, że bas jest zagrany precyzyjnie w sensie dokładnie i starannie, czy może w sensie punktualnie i równo? A może chodzi o ustawienie kompresora, który idealnie z tym basem pracuje? Kto wie? Równie dobrze może to oznaczać, że basista używał gitary Fender Precision… Anyone? Zapytajcie kilku przypadkowych realizatorów i zbierzcie ich odpowiedzi. Ciekaw jestem wyników 🙂

Wydaje się, że proces abstrakcyjnego nazywania każdego aspektu dźwięku bezlitośnie wyparł logiczny i jasny opis zjawisk, które można bez problemu określać dokładnymi, technicznymi słowami. I jest to bardzo widoczne w środowisku audiofilskim. Podziwiam je za kreatywność i bogactwo słownictwa, ale ubolewam nad zadufaniem i przekonaniem o zasadności używania takich połączeń wyrazów. Natomiast drażni mnie przejmowanie tych niejasnych terminów przez inżynierów dźwięku, którzy nagminnie je stosują, a nikt do końca nie wie, o co komu chodzi. Przecież czym innym będzie np. „sterylna gitara” dla bluesmana, a czym innym dla gitarzysty klasycznego. Mylę się?

Kolejne perełki świata realizacji, to “plastyczny” lub “muzyczny” korektor albo kompresor. Szczerze mówiąc, nie do końca rozumiem, jak jeden kawałek sprzętu może być „muzyczny”, a inny już nie… Przecież przez oba przechodzi audio, sygnał, dźwięk, muzyka! Czy jeden z nich dodaje do sygnału jakieś muzyczne wartości? Ćwierćnuty, triole, pauzy? A może dodaje harmonicznych parzystych? Albo jakieś melodyjki w tle? Jest to tak precyzyjne, jak powiedzenie, że musisz do tej zupy dodać tylko odrobinę smaku i już będzie smaczna… Albo „kawa z nutką dekadencji”… Paranoja goni paranoję.

Jeśli powiedzmy kompresor jest „plastyczny”, to ja wnioskuję, że można go zmieniać – jego kształt, wymiary i tego typu właściwości, tak? Pewnie nie. Zapewne chodzi o to, że można go dostosować do różnych sytuacji, że jest wielofunkcyjny? Znowu pudło. Otóż plastyczny najwyraźniej oznacza, że dobrze zespala się z sygnałem i na niego reaguje, tak? Nie? A może to jakaś zakręcona analogia do malarstwa? Naprawdę kończą mi się pomysły… Może coś z plasteliną? Niesmaczny? Nie no, bez sensu. Poddaję się…

Podsumowanie

Nie wydaje mi się, żebyśmy musieli uciekać się do tak niejasnych sformułowań, podczas gdy mamy pod ręką całkiem precyzyjne słowa i terminy. Szczególnie, jeśli chodzi o zawartość konkretnych pasm, dynamikę, głębię czy tego typu rzeczy. Dla mnie jest to zwykłe wykręcanie się, co często jest też podsumowywane tym, że albo się to coś niepowtarzalnego i muzycznego słyszy, albo nie. I kropka – koniec dyskusji. Nie podoba mi się taka sytuacja. Niestety będziemy się często spotykać z takim non-sensem, bo ludzie po prostu lubią rzucić niejasnym słowem i mieć kogoś „z głowy”. Nie mówię, że tak jest w każdym przypadku i że to jedyny powód, ale czasem niestety tak bywa… Wam mogę co najwyżej polecić, że jeśli ktoś Was będzie zbywał takimi określeniami, to poproście o zdefiniowanie tego, co miał na myśli.

Jednak najbardziej chyba mnie chyba irytującym stwierdzeniem jest to, że jakieś urządzenie dodaje magii czy innego czaru. Dla mnie użycie tego pojęcia w kontekście brzmienia jest niezrozumiałe i właściwie chyba każdy ma inne wyobrażenie o tym, co magią tu jest, a co nią nie jest. Jeśli już chcemy się kurczowo tej magii w muzyce trzymać, to przyjrzyjmy się raczej takim rzeczom, jak niepowtarzalna atmosfera, wibracje i interakcje między muzykami, które występują w wyjątkowych chwilach i które zazwyczaj skutkują świetnie zagranym materiałem. W takim stanie uniesienia muzycy czują, że akurat ten moment był „magiczny”, ale nie dlatego, że realizator wyciągnął królika z kapelusza (bo to jest przecie magia…), ale dlatego, że „poczuli w sobie muzykę”, wszystko „pięknie żarło” i każdy czuł się przez ten moment bardzo wyjątkowo (po to się robi muzykę!) To może być magia. Taka bomba pozytywnych emocji!

Ale przypisywanie właściwości magicznych jakiemuś bezdusznemu blaszanemu pudełku z pokrętłami i kabelkami uważam za bardzo mocno naciągane. Mało tego, są to właściwości, których nikt, łącznie z producentem urządzenia, nie potrafi zdefiniować. Napiszą coś w stylu, że dodaje tej „specjalnej magii” i reszta ich nie interesuje – liczy się, że dodaje. Ja tam maggi do zupy dodaję…

Wydawać by się również mogło, że przodownikami „teorii magii” są, zaraz obok audiofilów, przeciwnicy wszystkiego, co cyfrowe. Bo przecież ta „zimna” bestia nie złapie tekstury tonalnej, przejrzystości w środku pasma, tłustego basu, otwartości, organicznego i naturalnego charakteru głosu i instrumentów, nie uchwyci tych niesamowitych aspektów muzyki, jakie może zarejestrować tylko taśma czy winyl… Toż to jak sugerować, że cyfra nie zarejestruje interakcji między muzykami, a taśma na pewno to zrobi. Litości…

Zakończenie

Chciałbym, żebyśmy przestali przejmować od starszych i powielać dalej takie nietrafione, abstrakcyjne, niejasne i mylne pojęcia. Starajmy się precyzyjnie wyrażać o kwestiach, o których można się wyrazić precyzyjnie, a te mgliste pojęcia, jeśli muszą, to niech będą tylko ostatnią deską ratunku i nawet wtedy dołóżmy trochę więcej wysiłku i postarajmy się lepiej zdefiniować to, o czym chcemy powiedzieć. Bo inaczej przyjdzie taki dzień, kiedy zaczniemy rzucać już wyłącznie siarką, bułką, błotem, szkłem czy jedwabiem i nic już wtedy magicznego dla muzyki nie zostanie…

Zostawić komentarz ?

74 Komentarze.

  1. Co do tych abstrakcyjnych pojęć, to nie do końca się zgodzę, że zupełnie nie są potrzebne. Jak najbardziej – są nieprecyzyjne i często trzeba się domyślać, ALE to podstawowy język między realizatorami a muzykami. Przecież wybitny trębacz nie musi znać działania EQ, pianista po wygraniu tysiąca przeglądów nadal nie musi wiedzieć jak działa kompresor. A przecież żaden z nich nie chce, żeby jego brzmienie było “muliste”, czy “za jasne”. To są pojęcia abstrakcyjne, ale służą one do komunikowania się między nami – realizatorami, a resztą świata.

    • Dlatego mówię, że czasem jest to nieuniknione. Gorzej, gdy rozmowa odbywa się między dwoma realizatorami i każdy ma inne wyobrażenie o “aksamicie” 🙂

  2. Przyznam, że trochę się uśmiałem czytając ten wpis 😛 Sam używam “plastycznych” określeń przy każdej próbie werbalnego opisu dźwięku, ale tak jak powiedziałeś – ich znaczenie jest dla każdego inne, bardzo indywidualne. Z resztą pisałem kiedyś u siebie na blogu, że istotne tutaj są systemy reprezentacji jakimi się na co dzień posługujemy.

    Moim zdaniem porzucenie takich nieprecyzyjnych wyrażeń, mimo iż w pewnym zakresie ułatwiałoby komunikację, równocześnie odzierałoby świat muzyki z tej specyficznej magii. A ona chyba jest w tym wszystkim najważniejsza (oczywiście pomijając kwestię dogadania się).

    • Cos w tym jest. Dlatego tu pewnie zawsze będzie istniał pewien konflikt.

  3. Osobiście uważam, że wiele osób używa tego typu zwrotów do podniesienia swojej wartości w towarzystwie. A gdy się znajdzie drugi, który akurat też słyszał już te pojęcia noo, wtedy to już dopiero są ponad wszystkim dla reszty laików. Jak dla mnie wyznacznikiem jakości jest właśnie jak najniższy współczynnik tego typu słów do całkowitej liczby wypowiedzianych wyrazów.
    Jednak nie ukrywam, dość zaskoczyła mnie krytyka wyrażenia szybki bas. Ja rozumiem to jako określenie mówiące o tym, że urządzenie dynamicznie reaguje na transjenty niskich częstotliwości. Inaczej ma niską bezwładność w zakresie niskich częstotliwości.

    • Pytanie, czy Twoje rozumienie tego terminu pokrywa się z tym, co może o szybkim basie myśleć ktoś inny? Co do początku Twojej wypowiedzi, to zgadzam się, że jest to jeden z przypadków.

    • Szybki bas to tak jak szybki wokal i szybka gitara? No właśnie, dalej to jest pojęcie mało precyzyjne. Ja np. odbieram to bardziej muzycznie w kwestii wykonawczej. 😉

  4. Fazy nie da się odwrócić, ale termin “flip the phase” pojawia się znacznie częściej we wszelkiego rodzaju poradnikach czy prasie audio niż “flip the polarity” 🙂

    • Zgadza się, ale nie zmienia to faktu, że jest to termin nieprawidłowy. Piękno języka potocznego 🙂

  5. A co oznacza, że np. kompresor lub inne urządzenie jest transparentne??? Wiem co oznacza to słowo ale jak to sie ma do w/w urządzenia???

    • Transparentny w odniesieniu do urządzenia oznacza, że nie dodaje ono niczego “od siebie” do sygnału (przynajmniej w założeniu). W przypadku transparentnego kompresora możesz powiedzieć, że redukuje poziom i tyle. Przeciwieństwem będzie kompresor, który oprócz aplikowania redukcji sygnału (a czasem nawei i bez niej) potrafi dodać trochę artefaktów do sygnału, harmonicznych, etc. Wtedy z transparentnością ma niewiele wspólnego.

  6. rufinmusic

    Ja akurat całkowicie się z Igorem zgadzam 😈
    Używanie zwrotów typu “siara” (nadal nie wiem co to oznacza), “błoto” jest na miejscu w grupie osób, które np. razem grają (zespół)i dla których znaczą one to samo 😉 Wtedy przyspieszają komunikację 😉

    • Są przypadki, gdy rzeczywiście ułatwia to komunikację, ale gdy w rozmowę zaangażowane są inne osoby, to różne mogą być efekty… 😉

    • siara to ponoć ładnie mówiąc “przesadnie dużo środka pasma, najczęściej 700-1200Hz” przez co przykładowo HiGain brzmi jak typowy overdrive 😀

    • Dla innych, tutaj (w sensie 700-1200Hz) jest “ziarno” albo “piach”, bo siara jest trochę wyżej 😀 Dla jeszcze innych, piach to dół pasma…

    • Najczęściej o piachu mówią gdy jest zbyt dużo ilości górnego pasma (4,5kHz i wyżej) 😀
      Chwała, że w miarę umiem pójść za tokiem myślenia większości współczesnych muzyków, bo bym na wstępie poległ.

    • ja sobie wyobrażam to tak; dół to muł-jest ociężale, siara to środek (miałem kiedyś siarkę w kulkach średnicy ok 2-3mm) więc jest to takie “średnie coś”, a góra to piasek-bardzo drobny, jednakże nikomu tego nie przekazuje, bo to moje mniemanie 😀

    • A widzisz, mój znajomy mówi o piachu, jak czuję tąpnięcie dołu na wiosłach, a siara to dla niego nadmiar wysokich… I weź bądź tu mądry 🙂

    • może “za dużo siary” znaczy, że gitara brzmi kiepsko i “siara” ludziom pokazywać?

    • Haha… Może i tak 🙂

    • Siara i piach to najczęsciej określenie tego samego zjawiska. Chodzi o efekt podobny do dźwięku sypanego piasku. Wyraźnie to słychać np tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=DPyOhP1GTRQ

    • To jest w ogóle jakiś koszmar… 🙂

    • Heh, to swoją drogą, ale chyba o to mu właśnie chodziło… cóż, dzięki temu można jasno pokazać co to jest siara 😉

  7. baroquepopbob

    Ależ dzisiejszy wpis wyszedł ci “cyfrowo”:) Masz rację, że precyzowanie języka zdecydowanie ułatwia komunikację – po to w końcu powstają oddzielne terminy, dla oddzielnych zjawisk. Ale zgodzę się tutaj też z Jackiem. Wszelkiego rodzaju sformułowania, z poza terminologii realizacji dźwięku mają za zadanie zbliżenie się przynajmniej do sedna sprawy, kiedy realizator i muzyk posiadają różną wiedzę na temat samej realizacji. Wystarczy zadzwonić do jakiegokolwiek fachowca ze swoim problemem, żeby zauważyć, iż bez “mglistych” pojęć nigdy się nie dogadamy. Dla przykładu polecam zgłosić się z jakimś komputerowym problemem do informatyka.

  8. Cześć,
    Chwilę tu nie zaglądalem… Mam więc małe zaległości. Igor taktu Ci nie brakuje… Pozwól że ja podsumuję za Ciebie – mi wypada – wqu…ia cię ten linywistyczny burdel, który tak na prawdę jest maskowaniem ignorancji niedouków w tzw studiach produkcyjnych. Ja też w kontekście swojej kompozytorskiej działki przerabialem teksty “piękna melodia, ale czy mogła by być bardziej nłękitna?” Niech ich szlag… Ja także maggi dodaje do zupy lub makaronu z białym serem, skwarkami skropionymi maggi (moja córka nazywa to danie – kluski z magią) – polecam wszystkim.
    Świetny wpis. Ubawiłem się setnie.
    Teraz sięgnę do archiwum i zobaczę co przegapiłem.
    Pozdrawiam
    P

    • Coś w ten deseń, mniej więcej…
      Muszę sprawdzić te magiczne kluski 😉
      Pozdrawiam również!

  9. Klasyką “gatunku” jest miks i mastering 😀 Ci co choć trochę “kumają bazę” mówią na mastering miks i na odwrót, a Ci co w ogóle nie “łapią czaczy” mix/mastering, tudzież mix&mastering 😀 To jest po prostu klasyka jak Pulp Fiction. “Witam, poszukuje kogoś kto potrafi mix/mastering” “Zrobisz mi mix/mastering” “Czy jak wyślę Ci ślady, to zmasterujesz mi kawałek?” 😀

    Ostatnio miałem ciekawą sytuację; robiłem chopowi utwór, miks bardzo fajnie wyszedł, wysłalem mu, niby wszystko fajnie, ale pisze, że wokal jest przesunięty i nie umiał określić czy mam wokal cofnąć czy przesunąć w przód-choć dla mnie wszystko było w rytmie. Wysłał mi mixdown z sesji nagraniowej i owy wokal przesunąłem o dosłownie 10ms w przód i było identycznie jak z tym mixdownem. Odsyłam mu poprawiony utwór i odpowiedź mnie zszokowała-“ehhh zalej krzywo, pewnie dlatego, że za mało ekspresji w wykonanie włożyłem”…. normalnie chciałem kończyć swoją karierę, załamałem się 😀

    Strzeliłem małą anegdotką, gdyż wydawała mi się odpowiednia do tego tematu 🙂

    • Anegdotka jak najbardziej adekwatna i na miejscu. Temat mylenia miksu z masteringiem tym razem odpuściłem, bo ile można wałkować to samo 🙂 Chyba z siedemset razy to powtarzałem na tym blogu… Dzięki za dobrą historię!

    • zapomniałem o puencie tej historyjki… chop chciał nagrać na nowo wokal, więc 3/4 miksu by poszło w niepamięć (było dwóch wokalistów, więc byłoby trzeba znowu upodabniać wokale, w głównej prowadzącej melodii trochę “namieszać” i innych dodatkowych dzwiękach), ale wyszło tak, że odesłałem mu mixdown podkładu i jego wokalu by sam ustawił względem podkładu. Za parę dni odesłał. na słuch było jak ja zrobiłem, a po przybliżeniu w DAWie dwóch śladów (mojego i jego) było IDENTYCZNIE, no ale jednak dla niego równo po jego korekcie 😀

    • Puenta wprawdzie nie w temacie terminologii, ale dokładnie znam Twój ból – też podobne sytuacje przerabiałem, gdzie ludziom się wydaje że coś słyszą. Przekonałem się o tym klkakrotnie, jak prosiłem o ocenę dwóch bardzo podobnych miksów i dostawałem bardzo duży rozrzut odpowiedzi między miksem A i B, które były w rzeczywistości identyczne…

    • Niestety nie jest to na temat terminologii, ale nie mogłem się powstrzymać przed skończeniem.

      To inne stwierdzenie, które mnie dołuje od ponad roku… magiczne słowo “jeb***cie”. Nikt tego nie rozumie, nie potrafi opisać, ale wie kiedy np. perkusja ma “jeb***cie” czy nie. Robiłem ostatnio utwór instrumentalny, perkusja z sampli, bas i gitary grane “z ręki”, wysłałem to znajmomemu by ew. skorektował moją kompozycję (gdyż jestem słabym kompozytorem) i powiedział “niby wszystko spoko, ale gary nie mają “jeb***cia”. I ogólnie rzecz biorąc niczego sie nie dowiedziałem, bo nie potrafię zrozumieć pojęcia… czy to przez kompozycje bębnów, czy brzmienie, czy może to i to.

    • Akurat z tym terminem to chyba nie ma za wielkiej niejasności. Tu chodzi o dynamikę bębnów. Jak je sprasujesz kompresorem (i o zgrozo – z krótkim atakiem), to jasne, że im zabraknie tego kopa, uderzenia czy jeb…cia. Wiadomo, że liczy się przede wszystkim technika samego pałkera, ale ostrożna korekcja, kompresja i ewentualnie modyfikacja transjentów sprawia, że perkusja może mieć naprawdę niezłego kopa!

    • A może po prostu chodzi o… fazę? 😆

    • Faza (jeśli się nie zgadza) na pewno może zabrać dużo z tego kopa.

    • No chyba, że mówimy o innej “fazie” 😀

    • no właśnie, kopa ; >

  10. A sprostuj, czy to nie czasem od Ciebie, Igor mamy to:

    http://www.independentrecording.net/irn/resources/freqchart/main_display.htm

    Zajedwabisty interaktywny opis wszystkich pasm i tego, gdzie jaki instrument rezyduje na osi częstotliwości.
    Wyciągam to na wierzch, bo tu też zupełnie legalnie cechy brzmieniowe są nazywane określeniami pochodzącymi od sił matki natury i tym podobnymi.
    Mając na podorędziu taki wzorzec, użyteczny, niczym tablica Mendelejeva, można nabrać przekonania, że pewnych zwyczajów wręcz należy przestrzegać!
    Konfrontując to z dzisiejszym, nie mniej słusznym spojrzeniem na temat, nasuwa mi się wniosek, że swoje trzeba wiedzieć i nie wolno pozwolić sobie na to, aby żargon wiódł prym nad określeniami technicznymi, niezależnymi od położenia na mapie (tak, jak tego nas uczyli na technice w podstawówce), ALE nasza zwariowana rzeczywistość uczy pokory i niektóre utarte już ścieżki abstrakcyjnej nomenklatury są i muszą być nam znane, bo leciwy pan akustyk, starsi koledzy z zespołu, całe gremium osób, które zjadło zęby (czasami dosłownie) na wychwytywaniu tych a nie innych piachów czy mułów, opracowywaniu metod użytkowania urządzeń w sposób najbardziej muzyczny, i których praca i metodologia są niezaprzeczalnie na wagę złota, to ludzie, od których uczyć się możemy nieraz tylko po ichniemu i tylko głupiec dyskwalifikowałby albo doprowadzał takiego kogoś do zdenerwowania swoim przemądrzalstwem. Szacunek dla starszych ma i swoją zabawną, plastyczno-mulisto-ciemnofioletową stronę.
    Niech młodzież uczy się pilnie i szanuje starszych. O!

    • Tak, polecam ten układ bardzo często. Zwróć tylko uwagę na to, że tam jest to jeszcze w miarę rozsądnie zebrane do kupy i trzyma się jakiegoś schematu i ja z tej właśnie listy czerpię swoje pojęcie o tych mglistych rzeczach. Ale zauważ, że nie ma tam takich za przeproszeniem głupot, jak “plastyczność”, “aksamitność”, “muzyczność” czy tym bardziej “magia”. Nie jestem za kompletną dyskwalifikacją, tylko ze lepszą definicją – co podkreślam w akapicie Zakończenie. Z szacunkiem (czy jego brakiem), nie ma to nic wspólnego, bo wierz mi, tego akurat mi nie brakuje.

    • nie wątpię

  11. Dobry artykuł. Jest też taki słownik który można kupić w Audiologos z terminami używanymi podczas produkcji audio [zarówno po polsku jak i angielsku]

  12. Świetny wpis!
    przyznam się bez bicia, że sam czasem używam takiej dziwnej terminologii 😉
    aczkolwiek, to wszystko zależy z kim rozmawiam…
    myślę, że takie potoczne słownictwo zdecydowanie ułatwia komunikacje między osobami które pracują ze sobą jakiś czas i wiedzą o co im chodzi… 🙂
    pozdrawiam

  13. Pół żartem……

    postaram się wyjaśnić co oznacza słowo “siara” i niektóre terminy i kiedy mamy z nimi do czynienia:

    “Siarze” zawsze towarzyszy “szkło” lub (rzadziej) “karton”, choć “szkło” i “karton” może występować bez “siary”. “Siara” ma znaczący wpływ na “fazę” (sygnału), a swój punkt szczytowy osiąga tuz przed końcem “cyklu”. Na końcu “cyklu” może pojawić się “beton” jeżeli doszło do przesterowania “sygnału” (częsty bład poczatkujących inżynierów dźwięku) Doświadczeny inżynier natomiast jest w stanie zapanować na “siarą” i “przesterowanie” nie wystąpi nawet po kilku “cyklach” choć nadmierne używanie efektu “siary” w cały procesie produkcji może doprowadzić do wystąpienia “piachu” czego nie można już w żaden sposób odwrócić. I nie ma tu znaczenia czy mieliśmy do czynienia z “cienkim, grubym, wysokim lub niskim dźwiękiem”. Ratunkiem może okazać się “limiter” wpięty na wejściu (na wysyłkach nie robi już różnicy)
    Warto dodać, że w konsekwencji nadmiernego uwydatniania “siary” mogą pojawić się też inne nieporządane efekty, np:
    1. samoczynna automatyka “obrazu stereo” (wszystkie “ścieżki” są losowo odtwarzane są raz w lewym raz w prawym kanale wywołując wrażenie jakbyśmy bujali się miedzy głośnikami.
    2. “Kapeć” – w momencie pozbycia się siary, nasz mózg ma wrażenie ze czegoś brakuje w mixie i automatycznie chcemy wrócić do “siary”. Najlepiej wtedy odpocząć od “muzyki” i wrócić do mixu następnego dnia, jednak jak praktyka pokazuje większość wraca do “siary”.
    3. “Bagno” – W przypadku zbyt małej “przesterzeni dyskowej” i/lub ilości “pamięci operacyjnej”, nieprzetworzony sygnal “siary” nie będzie mógł być przechowany w “pamięci podręcznej” ani zapisany w folderze “temp”. W związku z tym może nastąpić samoczynne włączenie filtrów: jednego “górnoprzepustowego” oraz/lub “dolnoprzepustowych przednich i tylnich”. Charakteryzuje się bardzo “zniekształconym dźwiękiem” przeciekającym na wszystkich kanałach. Czasem nazywany jest również “sprzężeniem zwrotnym”
    4. W ekstremalnych przypadkach (zależy od hardware’u i rodzaju DAW jakiego używasz) może wystąpić przeciążenie, zawieszenie się systemu, Blue screen of death, wszystkie najczęściej wymagają resetu i powodują utratę danych z ostatnich godzin pracy.

    Nadmiar siary w miksie nie jest za to NIDGY odpowiedzialny za zjawisko powstawania “fali stojącej” w przypadku pracy z kobiecym wokalem, niezależnie od tego jak głośno śpiewałaby do mikrofonu i jak blisko niego by nie była

    Może coś pominąłem albo czegoś niedopowiedziałem, ale z grubsza, to by było tyle 😀
    (sory za literówki)

  14. Jako zwolennik książek i dziwnych teorii 😆 , gdy tak wszyscy rozwodzą się o siarze w gitarze itd., podam inną metodę rozpoznawania częstotliwości. Z osławionego już podręcznika Sztekmilera (“Podstawy nagłośnienia” s.73) dowiadujemy się (cytuję) 😈 :
    Aby uniknąć ryzyka przesterowań, stosujemy zasadę osłabiania częstotliwości, które dominują w dźwięku. Aby je łatwiej określić metodą słuchową , możemy przyrównać słyszane brzmienie do brzmienia odpowiednich samogłosek. Przewaga głośności dźwięków zawartych w paśmie: 160 – 250 Hz nadaje brzmienie [u], 300 – 650 Hz [o], 900 – 1100 Hz [a], 1500 – 3000 Hz [e], 4000 – 6000 Hz [i], powyżej 8 kHz [s]”. Od tej chwili możecie się już zwracać: mój werbel ma za dużo e i za mało o :mrgreen:

    • haha dobre to xD

    • Choc wydawac by sie to moglo na poczatku zabawne, w rzeczywistosci jest to o wiele bardziej precyzyjne niz wszelkiego typu buly i siary. Lubie to 🙂

    • Dla niewtajemniczonych – głos ludzki składa się z harmonicznych, czyli całkowitych n-krotności częstotliwości podstawowej. Różne głoski, to wzmocnienie w róznych pasmach harmonicznych. Jeśli typowy gadający męski głos ma ton podstawowy w zakresie 100-130Hz, to łatwo można sobie przeliczyć co oznaczają głoski w przeliczeniu na harmoniczne.

    • I otóż to! 😛

  15. A miałem nadzieję, że wreszcie dowiem się co to jest ten “mastering wokalu”. Ech. Na niektórych stronach widziałem taką usługę, lecz nie wiem na czym ona polega…Igor ? 😉

    P.S. Sorry, can’t resist…

    • To ja bym z takich uslug sie bal skorzystac… Juz naprawde nie mam sily z tymi bzdurami walczyc… 🙂
      Ale jak chcesz, to Ci moge mastering hi-hatu zrobic 😀

    • rufinmusic

      Z ciekawości wpisałem w google: “mastering wokalu” i faktycznie jest tego sporo, większość na forach hip hop, rap itp. 🙄

    • Radek EMZK

      O to to to !!! “Masterng wokali” na pełnym elo-rapie hahahaha

  16. O, poproszę. Jak mi zrobisz mastering hi-hatu, to może jeszcze się załapię na “masterink” cowbell’a ?

    • Krowiego dzwonka nie umiem masterowac, ale jak sie zgodzisz na ten hi-hat, to w promocji dorzuce jeszcze lakiering tylnego blotnika w Twoim Wartburghini 😉

  17. Dla mnie artykuł raczej nietrafiony. Natomiast dobrze jest, jeśli ktoś kto pracuje z dźwiękiem – używa języka jednorodnego (w stosunku do rzeczy które robi), zarówno w wydaniu technicznym jak i slangowym.

    • Niestety nie istnieje przez wszystkich przyjety i zawsze spojny model tego nazewnictwa, stad zawsze beda tu rozbieznosci, co bedzie rodzic te wszystkie nieporozumienia. Jak ktos wprowadzi jakis jeden obowiazujacy standard, to nie ma problemu, ale w sytuacji, gdy kazdy musi sie domyslac, co poeta mial na mysli, taki sposob komunikacji jest po prostu malo wartosciowy.

    • Rzecz w tym, że slang jest językiem naturalnym, opartym o zbliżone do siebie (ale jednak różne) odbiory percepcyjne, a język techniczny jest fajny – pod warunkiem że wiadomo o co chodzi. Rzecz jednak tkwi w tym, że czasem slang oddaje znaczenie “estetyczne” lepiej niż język techniczny, a dany efekt można uzyskać na kilka sposobów. Poza tym, są sytuacje, w których efekt posiadający nazwę slangową – nie został jeszcze opisany technicznie. Natomiast jestem za jednorodnością slangu w stosunku do osoby która go używa, bo wtedy zawsze wiadomo o co jej chodzi (podobnie jest z używaniem języka technicznego).

      Artykuł uważam za nietrafiony, bo pomimo iż dotyka on w jakiś sposób istotnych kwestii – robi to w sposób nieadekwatny do sedna problemu.

    • Jaki sposob bys w takim razie sugerowal?

    • Dobre pytanie. Jeśli o mnie chodzi, to prawdopodobnie bym poszedł w kierunku stwierdzenia, że różnorodność istnieje i trzeba się z tym pogodzić. Pewnie bym coś napisał o podłożu percepcjyjnym slangów (o tym, jak dążą do konsensusu słowotwórczego) i o skutkach percepcyjnych mieszania równoznaczników technicznych (np. to co pisałeś o filtrach gp i dz, tyle że w kontekście). Pewnie bym się skupił na tym, w jaki sposób tworzyc pomost pomiędzy różnymi językami, czyli o tym jak pracować z ludźmi (jak wydobywać informacje i przekładać je na praktykę) zamiast besztać za język. Pewnie bym skupił się na rozpoznawaniu zjawisk nowych dla ucha i przekładaniu ich pomiędzy językami. Pewnie bym się skupił na hierarchii/logistyce opisu, w stronę upraszczania treści i klarowania przekazu (bo technicznie czy slangowo – można naprawdę się zaplątać). I to co pisałem o dążeniu do spójności i jednorodności własnego języka, niezależnie od tego jaki on jest (aby po jakimś czasie był nadal rozpoznawalny w taki sam sposób). Tak więc byłby to nieco inny artykuł.

      Ale pewnie na końcu też bym zapodał jakiś wesoły cytat z gwary (i z technikaliów może też), tym samym bez komentowania i naśmiewania się – dając do myślenia tym, którzy dopiero zaczynają.

    • Jeśli w takim razie jesteś chętny to napisać, to ja z przyjemnością zrobię Ci tutaj na to miejsce 🙂 Myślę, że byłoby to fajną alternatywą dla tego artykułu. Co Ty na to?

    • W tej chwili jestem jeszcze po uszy w programowaniu (jeszcze jakieś półtora appsa mi zostało na ten sezon twórczy) i w zupełnie innym temacie audio. …o którym też będę musiał sporo się rozpisać jak tu skończę… Doba jest po prostu za krótka. Tak ze 36 godzin by się zdało. 🙂 Ale dzięki za propozycję, doceniam to.

    • Syndrom za krotkiej doby znam az za dobrze… 🙂
      Jakbys jednak kiedys znalazl chwile, to byloby bardzo milo!

  18. Fany artykuł i co najważniejsze , w podsumowaniu wyraźnie jest napisane żeby dopytać rozmówce o sprecyzowanie jaknajbardziej o co mu chodzi:) wytłuściłbym to nawet:) Kiedyś realizator długo szukał “kartonowej stopy” z moim byłym perkusistą, nie dość że nie znaleźli bo było albo “za mało kartonu” albo za dużo to jeszcze moja wyobraźnia usłyszała podczas tego procesu wszelakie pudła i po telewizorach i po sokach, kartoniki i inne… ubaw po pachy ,dodziś nie jestem pewien cyz nie chodziło mu o pudełko po zapałkach:D wniosek: warto poznać czyjeś “mięso”, “szkło” itp:)

  19. Czyli włączenie przeciwfazy w mikserze = odwróceniu biegunowości? I przeciwfaza nie jest odwróceniem fazy, bo coś takiego(odwrócenie fazy) nie istnieje?

    • Zgodnie z tym, co stoi w artykule – fazy odwrocic sie nie da, a jedynie biegunowosc. Faza jest zwiazana z przebiegiem w czasie, a nie znakiem (+ lub -). Malo tego, faza jednego sygnalu przesunieta o 180 stopni wzgledem drugiego nie jest rownowazna z odwroceniem biegunowosci – co tez wiele osob myli…

  20. Radek EMZK

    Piękny artykuł ! Szacun !

    Ze swojego podwórka (pomijając hiphopowe arcydzieła jak “mastering wokali” ) to furorę robi teraz “kolorowość” dźwięku (np brązowy) 😛 oraz nazywanie po swojemu tego co dany “artysta” zobaczył na youtube 🙂
    “Bo oni te gitary kopiuja , daja na prawo lewo i gra” taaaaaaa jaaaaaasne , chyba graja 2 razy….

    Pozdrawiam

  21. Miro 5530

    Fazy nie da się odwrócić, da się ją przesunąć.
    Jak wobec tego wytłumaczyć opis przycisku Focusrite Liquid Saffire 56 w instrukcji:
    12. Channels 3, 5 and 7 Phase reverse buttons with LEDs.
    A z innej beczki bardzo dobra strona(zakamarki audio) artykuł też, wielki szacun.

    • Zgodnie z tym, co jest napisane w artykule – pojęcie “odwrócenia fazy” funkcjonuje w języku potocznym – mimo iż jest błędne. Tak samo, jak ludzie mówią “okres czasu” albo “w każdym bądź razie” – oba są błędne, a bardzo popularne…

    • rufinmusic

      Tia, i “półtorej roku” i “w przeciągu roku czasu” itp. 🙄

    • rufinmusic

      A i jeszcze mi się przypomniało: “iść na pieszo” 😯 😈

  22. Musimy zdać sobie sprawę z tego że nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że “zamulone brzmienie” to “za dużo niskiego środka”.

    Niektóre określenia jak np siara są dla ludzi którzy się z tym zjawiskiem zmagają są jednoznaczne. Wielu gitarzystów wie co to siara, ale niekoniecznie potrafi zlokalizować zakres częstotliwości z którego się ona bierze. W języku angielskim stosuje się określenie “fizz”.

    Jednak podobnie zapatruję się na różne poetyckie określenia brzmienia, z których to często nagminnie stosują audiofile dla opisania kolosalnej poprawy brzmienia uzyskanej po wymianie podstawek pod kable 😉

    • Bardzo trafne porównanie. To te podstawki nie poprawiają diametralnie brzmienia?? 🙂 Kurcze, prawie sobie je kupiłem… 😀

  23. Ode mnie najciekawsze dotąd co usłyszałem to było “dodaj lewitujący bas”, cokolwiek miało to znaczyć xD

Zostaw komentarz