Jak Zostać Lepszym Realizatorem Dźwięku – Dzień 25 (Mastering DIY)

Mastering jest ostatnim procesem, któremu poddajemy nasze utwory. Sam w sobie, nie jest on może bardzo skomplikowanym, ale za to wymaga bardzo precyzyjnego podejścia, analitycznego myślenia, dbałości o najmniejsze szczegóły, świetnego środowiska odsłuchowego i przede wszystkim – bardzo dobrego słuchu. Nie będziemy tutaj się rozwodzić na temat definicji czy konkretnych zabiegów, jakim poddaje się materiał muzyczny podczas masteringu, bo o tym napisałem wcześniej cały cykl, ale przyjrzymy się zasadności przeprowadzania tego procesu na własną rękę.

Dzień 25 – Nie rób masteringu własnych miksów.

Po raz kolejny mówię Wam o czymś, czego nie należy robić. Uważam bowiem, że to jeden z podstawowych problemów, jakie obserwuję wśród młodych realizatorów. Każdy chce się nauczyć masteringu. Już wczoraj naświetliłem Wam kwestię uczenia się realizacji krok po kroku – od małych i prostych rzeczy do tych bardziej skomplikowanych i trudnych. I choć sam proces decydowania o konkretnych procesach, które zastosujemy w łańcuchu sygnału podczas masteringu, nie musi być skomplikowany, tak jak wspomniałem na wstępie, to kwestia odpowiedniego wsłuchania się i dostosowania materiału do pewnego kanonu brzmienia może spędzać niejednemu sen z powiek.

Jeśli chcecie się nauczyć masteringu, to niestety musicie bardzo dobrze poznać poprzedzające ten etap działania. Nie raz trzeba będzie coś podczas masteringu chirurgicznie wyciąć, zmienić, poprawić – znajomość technik i narzędzi do edycji będzie tu konieczna. Do wtyczek lub zewnętrznych procesorów, których będziemy używać podczas masteringu, trzeba będzie przyjąć trochę inne podejście, niż to, którym kierujemy się przy miksie. I tak dalej. Ale kluczem tu jest fakt, że aby móc sprawić, żeby nasz utwór po masteringu zabrzmiał tak, jak powinien – musimy mieć przede wszystkim świetnie wytrenowany słuch i kapitalne warunki odsłuchowe.

Inaczej ciężko nam będzie „dopasować” nasz kawałek do zawodowych produkcji, które słyszymy na co dzień, bo nie będziemy w stanie wychwycić wszystkich elementów, które decydują o poziomie ukończonej produkcji. Nam się może tylko wydawać, że wyciskamy z kawałka wszystko, co najlepsze, wyciągamy ostatnie decybele i wszystko brzmi świetnie. Ale jeśli posłuchamy rezultatów naszej pracy w innym środowisku, na innym sprzęcie i w zestawieniu z komercyjnymi utworami – to szybko może się okazać, że jeszcze długa droga przed nami…

Dlaczego radzę oddawać swoje miksy w ręcę inżyniera masteringu?

Przede wszystkim z powodów, które wymieniłem powyżej, ale jest jeszcze jedna kwestia, o której nie można zapomnieć. Przekazując nasz miks w ręce kolejnej osoby, możemy liczyć na większy obiektywizm i chłodną, bardziej rzetelną i szczegółową analizę, a co za tym idzie – lepsze rezultaty. Jeśli sami pracujemy nad utworem od początku do końca, znamy go na wylot – każdy moment, każde brzmienie, każdy ślad, etc., to siłą rzeczy jesteśmy z nim mocno związani i mamy swoją wizję tego, jak powinien on brzmieć. I nie ma w tym nic złego aż do ukończenia miksu.

Potem jednak nadchodzi moment, gdy cały nasz wkład włożony w zmiksowanie kawałka według planu, mogą diabli wziąć. Na ostatnim etapie obróbki należy bowiem podjąć się czynności, które mają za zadanie przygotować kawałek do emisji radiowej czy ukazania się na płycie (w takim bardzo optymistycznym wariancie). I tu nie będzie chodziło o to, czy pianino ma odpowiednią ilość pogłosu, czy bas nie zasłania stopy i tym podobne, tylko o to, czy utwór, jako całość (spojrzenie makro) trzyma się w przyjętych ramach – czy balans pasmowy jest w porządku, czy poziom głośności nie odbiega znacząco od innych produkcji, etc. To wymaga innego podejścia, troszeczkę innych narzędzi, świetnego osłuchania i lat doświadczenia.

Jakie dodatkowe korzyści płyną z oddania swoich utworów w profesjonalne ręce?

Największa moim zdaniem korzyść, oprócz możliwości uzyskania dobrego brzmienia finalnego, jest taka, że otrzymując profesjonalnie zmasterowany kawałek, będziemy mieli świetny materiał referencyjny na przyszłość – coś w rodzaju punktu odniesienia dla naszych kolejnych produkcji. A kolejny plus (choć dla niektórych może okazać się brutalny i nie będą oni chcieli dopuścić takiej myśli) jest taki, że zburzony zostanie mit o magicznym wpływie masteringu na miks. Jeśli otrzymacie z powrotem kawałek, który nie jest jakoś magicznie lepszy, to może warto się zastanowić, czy materiał, który wysłaliśmy do masteringu nie był przypadkiem za słaby. Pokładanie nie wiadomo jak wielkich nadziei i wiara w cuda to nie jest podejście, które bym polecał.

Nie da się ze stolca wyrzeźbić pomnika Słowackiego. Najlepszy inżynier masteringu mógłby ewentualnie sprawić, że zniknąłby brzydki zapach, ale tego, z czego utwór jest zrobiony, po prostu nie da się zmienić. Przyjęcie tego do wiadomości, to podstawowy warunek, jaki musimy spełnić chcąc zrozumieć całą dziedzinę realizacji dźwięku. Świadomość tego zjawiska powinna nas popchnąć do tego, aby przykładać się do pisania lepszych utworów, aranżowania ich z głową, jak najlepszego wykonania i możliwie najbardziej powalającego miksu. Dopiero wtedy możemy liczyć na to, że inżynier masteringu doda te ostatnie kilka procent i całość zabrzmi jak profesjonalna produkcja. Warto mieć to na uwadze.

Podsumowując dzisiejszy wpis – warto oddać dobry miks w ręce doświadczonego inżyniera, bo zabrzmi on prawdopodobnie jeszcze lepiej. Słabego miksu radzę nie oddawać, bo magia masteringu nie istnieje i tylko nas ta naiwność będzie kosztowała.

Zostawić komentarz ?

19 Komentarze.

  1. Czyli Ty Igorze swoich miksów również nie poddajesz procesowi masteringu?
    Zatem w ogóle go robisz, np. dla innych osób?

    • Swoje miksy, a czyjeś to coś zupełnie innego. Poczekaj na to, co wysmaruję jutro w tym temacie 🙂

  2. Ten wpis to jak najbardziej trafna sugestia!
    Naprawdę cięzko jest wykrzesić dobre rezultaty w masteringu na własnym miksie. I choć moze sie nam wydawać, że brzmi dobrze to przesłuchując go po jakimś czasie w głębi serca myślimy: “O-Borze jak to brzmi..” 😀
    Faktycznie dostając inne utworu do masteringu jakosć naszej pracy od razu rzuca się w uszy 🙂

    • Otóż to 🙂

    • przesłuchując go po jakimś czasie w głębi serca myślimy: “O-Borze jak to brzmi..”

      Myślę, że w takim wypadku nie jest to wina masteringu, ale raczej złego miksu.
      Podstawowe pytania przed oddaniem, czy zrobieniem masteringu, na które należy sobie odpowiedzieć to takie, “co chcę osiągnąć?, co mi to da?, na ile jest mi to potrzebne? – zwracając oczywiście szczególną uwagę na miks”.
      Podstawa dobrego kawałka jest miks, a nie mastering i to od miksu zależy, czy ktoś za 10 lat powie “O-Borze jak to brzmi”. 😉

    • uczepiliście się tego biednego Dj’a O-Borze 😀

    • Bo stał się synonimem lenia i partacza 🙂

  3. I tak jak wspomnaiłeś we którymś z tych artykułów początkujacy producenci, inżynierowie etc. mają błedne pojecie na temat masteringu i to ich na samym starcie gubi. Bardzo często spotykam sie z określeniem, że mastering to zmiana barwy utworu, a co za tym idzie – młodzi nie przykladają się do samego miksu bo są pewni, że mastering będzie lekiem na całe zło.

    • “młodzi nie przykladają się do samego miksu bo są pewni, że mastering będzie lekiem na całe zło.”

      Nic dodać…, nic ująć. 😉

  4. Z tym to jest różnie moim zdaniem. Ogólnie to faktycznie taka panuje teoria, lecz znam przypadki kiedy inżynier masteringu, po prostu spierdzielił klimat płyty.
    Nie chce tu wdawać się w spory kto ma racje, bo nie o to tu chodzi, ale co można powiedzieć o fakcie, że zachodni producenci (zwłaszcza muzyki klubowej) wykonują masteringi swoich materiałów we własnym zakresie i jak na moje ucho, brzmi to bardzo dobrze? Oczywiście tu odgrywa ogromną rolę zaplecze techniczne, wiedza i praktyka (wieloletnia praktyka), ale myślę że to nie dotyczy ludzi którzy wiedzą co chcą osiągnąć.

    Dzisiaj, oprogramowanie muzyczne daje tak szerokie możliwości, że jeśli ktoś wie co z czym sie jada, to ja nie widzę problemu pod tym względem. Sztuka w tym wypadku, jest odpowiednie podejście do tematu masteringu, czyli obiektywizm, a to niestety w wielu aspektach – życia codziennego też – jest ogromną wadą charakteru i moim zdaniem oddawanie materiału do innego studia, dotyczy raczej właśnie osób…, które sobie z tym nie radzą.

    • Dodam jeszcze, że w wielu wypadkach mastering jest nierozerwalną częścią miksu i ma bezpośredni wpływ na to co ma oddawać utwór/płyta pod względem klimatu – przekazu. To znowu, nie zawsze idzie w parze z podejściem i wizją jakiego się oczekuje od innego człowieka (inżyniera masteringu).

    • Może to kwestia doboru odpowiedniego Masterman’a? Tak samo w kapeli mogą być dwaj super muzycy ale jeden przypasuje a drugi nie. Pomijając masę osób robiących master za 30zł, cena fajna ale jakoś im nie ufam:P. Można zrobić surowy master i jakiś opis by masteringowiec wiedział co chcemy i chyba powinno być fajnie:).

      Odnosząc się do artykułu już jakiś czas temu(i to nawet w komentarzu:D)podjąłem decyzje, że rezygnuje z masterowania swoich rzeczy:D. Przez cały proces do końca miksu już jest tak wiele subiektywnych wyborów, że dość mam:D, a co dopiero czuć siły by zabierać się za tak delikatny master w moich warunkach.

      Tylko właśnie muszę znaleźć pasujący connect z Mastermane’m :D.

  5. Igorze, jeśli mogę dopełnić Twoje jedno zdanie, może innym będzie łatwiej zrozumieć… w stolcu to nawet Michał Anioł nic nie wyrzeźbi.
    a co do samego masteringu, to szczerze mówiąc nie przepadam za tym procesem, bo jest nie tyle skomplikowany, co odpowiedzialny i bez problemu można zniszczyć utwór. najbardziej mnie “irytuje” upodabnianie do siebie utworów na albumie, bo w każdym dniu inaczej słyszę i się gubę.

    • Ja podobnie nie przepadam za masterem. Przepadam za tym co daje za to:D ale nagrywanie i miks rządzi! 😀

  6. Andrzej S.

    Czyli zawsze oddajesz swoje miksy do masteringu komuś innemu Igorze? Przyznam się, że o masteringu mam blade pojęcie;), ale z tego co słyszałem czasem nawet w studiu, które cieszy się dobrą renomą (nie chce tutaj podawać nazwy, żeby nie robić nikomu antyreklamy, bo może to tylko jednorazowy przypadek;)) potrafią zrobić wszystko na odwal za spore pieniądze. Mój znajomy dał do zmasterowania kawałek do studia, nie był zadowolony z efektów, więc postanowił sam zrobić podstawowy mastering i okazało się, że rezultat był lepszy niż w studiu pomimo, że trwało to jakoś z 10 minut…

    Wiadomo, że jedno studio drugiemu nierówne;), i każdy może mieć gorszy dzień, jednak wydaje mi się, że jeżeli miks jest zrobiony doskonale to mastering to już tylko wisienka na torice;).

    Jeszcze jako ciekawostkę napiszę, że ostatnio gdzieś czytałem, że można przesyłać swoje kawałki do masteringu do Abbey Road. Cena za kawałek do 10 minut to 90 funtów.

    • Jeśli jest budżet, to zawsze nakłaniam zespół do oddania mojego miksu do masteringu komuś innemu. I z reguły polecam sprawdzone na własnym podwórku osoby, bo nie chciałbym oddawać swojej pracy do studia, które skasowałoby zespół fortunę za master i oddało jakąś kupę. Jeśli zespół nie ma budżetu lub robię sobie coś tylko dla siebie, to próbuję samemu. Wiesz, z własnymi kawałkami nie przejmuję się, że coś będzie nie tak, ale czyjeś to co innego. Nie zrobię im mastera na miarę największych tuzów tej dziedziny w świecie i z góry o tym mówię im otwarcie. Niektórzy nie mają z tym problemu – to jest po prostu kwestia świadomej decyzji i celów, jakie ma Twój klient.

    • Dobrze by tez było, zanim wyśle się do AR wave, zrobić master samemu z uwzględnieniem wszystkiego co i jak sie tylko da, by zrobić go na ile można najlepiej i dopiero wysłać do nich. Potem można porównać sobie siebie i inżynierów z AB.

  7. Ja wychodzę z założenia, że dobry miks sam się obroni. Jeżeli na prawdę przyłożymy się na etapie nagrania/aranżu/miksu to często proces masteringu można zupełnie pominąć i utwór powinien się spokojnie bronić. Wiadomo, jeżeli mamy sprawdzoną, zaufaną osobę, która może dopieścić nasz wychuchany miks, to warto skorzystać. Ale jeżeli nie mamy kogoś takiego, albo musielibyśmy położyć ciężki pieniądz profesjonaliście, to zdecydowanie powinniśmy skupić naszą uwagę na rewelacyjnym wykonaniu miksu. Jestem pewien, że mało kto by zauważył, że po takim miksie nie było kolejnego etapu obróbki materiału…

  8. …albo rób przerwy. Mnie się wypracował następujący model obróbki dźwięku jako całości:

    1. Efekt pierwszego wrażenia – próbkowanie, czyli słuchanie drobnymi (kilka sekund) fragmentami i smakowanie jak smakują różne miejsca (porównawczo i z przerwami). Po jakimś czasie “pierwsze wrażenie” zaczyna mówić w decybelach, częstotliwościach i innych wartościach użytkowych. Mózg to zdolna bestia 😉

    2. Efekt drugiego wrażenia. Jeśli zrobisz jakąś pracę i zaraz po tym jesteś w stanie bezkrytycznie słuchać utworu już jako całości, powiedzmy dłużej niż przez 5 minut – to jest szansa że coś z tego wyszło.

    2a. Efekt wrażenia 2 i 1/2. Jeśli wytrzymasz pół godziny i dłużej (ambient?) z obrobionym utworem, to szanse że coś z tego wyszło – są dużo większe. Przy dłuższych produkcjach, wszelkiego rodzaju natarczywości dźwięku – po prostu stają się męczące, gdy chcesz ich po prostu posłuchać.

    3. Efekt trzeciego wrażenia. Jeśli kilka dni później – słuchany utwór nie budzi zastrzeżeń, to możesz mieć pewność, że wyszło całkiem dobrze. Tu przydaje się sluchanie metodą próbkowania fragmentów (słuchanie techniczne) i słuchanie całości w tzw. normalnych warunkach (słuchanie-jak-odbiorca, bez zbytniego wsłuchiwania się).

    4. Efekt czwartego wrażenia. Jeśli zaczynasz wracać do obrobionego utworu jako odbiorca i lubisz go słuchać dla przyjemności, tak jak słuchasz innej muzyki, to dobry znak. Jako odbiorca jesteś takim samym słuchaczem jak większość ludzi; nie oceniasz pracy, lecz delektujesz się walorami płynącej melodii/brzmienia.

    5. Efekt piątego wrażenia. Po pół roku, roku lub dwóch – wracam do utworów, które zrobiłem dawno temu, nie mając jeszcze ani odpowiedniego sprzętu ani odpowiedniej wiedzy ani przygotowania – ot eksperymentatorstwo. A mimo to – muzyka której słucham, brzmi jak jeden z ulubionych albumów jednego z moich ulubionych artystów. I ze zdumieniem zadaję sobie pytanie – “i to ja to zrobiłem?” Taką produkcję możesz nazwać swoim osobistym sukcesem.

Zostaw komentarz