Jak Osiągnąć Głośny Master? Część 1 z 6

Znając sens i podstawowe cele masteringu, możemy powoli zacząć zajmować się bardziej kreatywnymi aspektami pracy.

Przede wszystkim, będziemy starać się sprawić, by nasz utwór zabrzmiał lepiej i trzymał się w ryzach komercyjnie zrealizowanych produkcji, a jednym ze sposobów na osiągnięcie podobnego do profesjonalnych produkcji poziomu jest dopasowanie głośności, balansu częstotliwości i szeroko pojętej dynamiki.

I choć nie jest to pierwsza rzecz, za którą powinniśmy się zabierać podczas prac masteringowych, to dziś, z dwóch powodów, zajmiemy się “głośnością”  – ale tylko jej teoretycznym aspektem.

Pierwszy powód jest taki, że dzisiejszy post jest setnym wpisem w Zakamarkach – więc świętujemy. Drugi powód jest taki – że to bardzo gorący temat, o którym trzeba dużo rozmawiać i z uwagi na powód pierwszy – mój prezent dla Was.

W dalszej części cyklu, gdy przyjdzie na to czas – oczywiście podzielę się z Wami kilkoma metodami na uzyskanie głośnych masterów.

Dopasowanie poziomu audio

To, jak postrzegamy poziom głośności, a jak ma się on w porównaniu do innych produkcji, to dwie różne bestie. Co jednak je łączy, to fakt, że postrzegamy coś, jako głośne tylko wtedy, gdy zestawimy je z czymś cichszym. Podobnie rzecz się ma z miksem – jeśli chcemy, aby jakiś ślad był odebrany jako głośniejszy, musi występować na tle cichszych. Gdybyśmy dążyli do osiągnięcia maksymalnej głośności każdego śladu w sesji, to wszystko byłoby płaskie, przez co żadnego ze śladów nie postrzegalibyśmy jako wyjątkowo głośnego.

Wracając do masteringu – robiąc kompilacje albumu z kilku numerów – jeżeli chcemy, aby któryś z utworów wypadł w ocenie słuchacza głośniej, musi on być zestawiony z utworem lekko cichszym (z reguły poprzedzającym ten głośniejszy). Spotkałem się kiedyś ze zmasteringowaną w domu płytą znajomego artysty, na której niby intymny utwór akustyczny brzmiał o wiele głośniej niż wchodzący po nim szybszy i agresywniejszy utwór z rozchełstanymi i przesterowanymi gitarami – efekt co najmniej komiczny i powodujący mieszane uczucia. Dlatego taka mała dygresja – jeśli planujecie mastering albumu, to nie dążcie do uzyskania maksymalnej głośności w każdym kawałku, bo później wyjść mogą takie kwiatki. Ewentualnie, po skończonym procesie masteringu poszczególnych kawałków w sesji, sięgnijcie po automatykę i obniżcie poziom tych piosenek, które w naturalny sposób powinny być cichsze.

Granica głośnego utworu

Jeśli zbyt mocno napalimy się na mega-głośny master, możemy sprawić, że nasz utwór będzie bardzo nieprzyjemny do słuchania i mało kto zdecyduje się go odtworzyć więcej niż raz. Jako cel przyświecający naszej pracy, proponuję zawsze mieć na uwadze fakt, że staramy się osiągnąć możliwie głośny master, ale bez niszczenia go! Tu jeszcze jedna dygresja – czasy się zmieniają, to i zmieniają się trendy w podejściu do masteringu. Kiedyś, błędem było przesterowywanie jakiegokolwiek elementu podczas miksu, aczkolwiek często mocno wysterowywano preampy czy kompresory analogowe przed przesłaniem sygnału na konsolę. Teraz, gdy ogrom pracy odbywa się w domenie cyfrowej – jeszcze bardziej nacisk kładzie się na odpowiednie kontrolowanie poziomów w miksie, bo przester cyfrowy brzmi fatalnie, ale są dostępne narzędzia, które sprawiają, że wyjście poza “cyfrowe zero” (0 dBFS) nie jest już tak nieprzyjemne. Niektórzy wręcz twierdzą, że zastosowanie cyfrowego clippingu – czy to wewnątrz miksera DAW z użyciem odpowiednich plug-inów, czy wychodząc z sygnałem na outboard i przesterowując konwertery A/D w drodze powrotnejpotrafi poskutkować pozytywnym brzmieniem – ba, niektórzy realizatorzy nawet twierdzą, że to ociepla ścięte szczyty sygnałów – zaokrągla je i nie czujemy już tego drażniącego trzeszczenia – przynajmniej nie w takim stopniu. Coś w tym jest – wiem, że trochę osób tak pracuje z dobrym skutkiem, ale to już dyskusja na inny wpis, który pojawi się w późniejszej fazie naszego cyklu.

Postrzegany poziom audio

Poziom sygnału audio i odczuwalnej głośności bez słyszalnych artefaktów i nadmiernego przesteru to coś, czym wręcz szczycą się inżynierowie masteringu. Zwróćcie szczególną uwagę na słowa “bez słyszalnych artefaktów i nadmiernego przesteru” – tu tkwi esencja kwestii głośności w dobrze wykonanym masterze – osiągnąć zadowalający poziom przy zachowaniu względnej naturalności brzmienia. Nie jest trudno zrobić naprawdę głośno, sztuką jest zrobić to tak, żeby dało się tego słuchać, a wybitną sztuką jest zrobić to tak, żeby mieć jeszcze z tego słuchania przyjemność. Dla kontrastu dodam tylko, że można podać sporo przykładów, gdzie nawet znani i cenieni inżynierowie zawodzą w tej kwestii i płyty przez nich zmasterowane są męczarnią dla słuchu. Za świetny przykład niech posłuży płyta Death Magnetic zespołu Metallica, która nie bez powodu jest jedną z najgorzej brzmiących produkcji ostatnich lat, moim skromnym zdaniem. Podobno zakres dynamiki tego albumu to 2 dB – podobno, bo nigdy tego sam nie sprawdzałem z dwóch powodów – za nic w świecie bym jej nie kupił i tracił czasu na jej analizowanie oraz – nigdy więcej nie włożę jej do odtwarzacza CD. Tego się nie da słuchać. Co ciekawe – wersja zmasteringowana dla Guitar Hero brzmi bardzo przyjemnie – absurd. Postaram się ograniczać ilość dygresji – wybaczcie.

Miejcie na uwadze fakt, że każdy gatunek muzyczny będzie rządził się też lekko innymi prawami. Podczas, gdy produkcje popowe, rockowe, metalowe, rapowe, elektroniczne i RnB generalnie nadają się do uzyskiwania wysokich poziomów postrzeganej głośności, tak na przykład fani jazzu czy muzyki klasycznej zdecydowanie preferują większy zakres dynamiki nie zważając na maksymalny poziom. Oni wolą podkręcić gałkę volume na swoim odtwarzaczu i cieszyć się z bardziej naturalnego brzmienia.

Wojny głośności?

Kto choć raz zetknął się z kwestią głośności materiału audio, z pewnością w którymś momencie natrafił na informacje lub dyskusje o tzw. wojnach głośności. Nie chcę w tym artykule się nad tym zbytnio rozwodzić, bo prawdopodobnie kwestia ta też będzie opisana później na łamach bloga. Dziś powiem tylko tyle, że uzyskiwanie wysokiego poziomu głośności zawsze przynosi jakieś skutki uboczne i Ci, którzy ścigają się w zdobyciu pierwszego miejsca w tym chorym wyścigu – przekroczyli już dawno granicę dobrego smaku. Na szczęście nie wszyscy biorą w nim udział – zupełnie jak rząd Polski, który zdecydował, że nie będzie brał udziału w globalnym kryzysie ekonomicznym…

Są i tacy, którzy twierdzą, że nic takiego, jak wojny głośności nie istnieje, a po prostu co niektórym podnoszenie poziomu RMS nie wychodzi – też coś w tym jest. Jednak wielkim minusem całego tego zamieszania jest to, że młodzi realizatorzy, dopiero wdrażający się w ten świat, za mocno myślą o tej całej sprawie, zamiast skupiać się na zrobieniu dobrych nagrań, świetnego miksu i przede wszystkim – dobrze brzmiącego utworu. Wszechobecna głośność, moim zdaniem – zasłania główny aspekt realizacji, jakim jest muzyka. Coś jest na rzeczy, skoro początkujący adepci home-recordingu pytają mnie o to, jak zrobić głośny master. Ja zawsze odpowiadam, że jest to ostatnia rzecz, o jaką powinni się martwić, ale mało kto chce tego słuchać – więc coś jest tu grane, nie uważacie?

Miejcie na uwadze, że wyciśnięcie ostatnich decybeli z utworu i zachowanie przy tym akceptowalnego brzmienia jest trudniejsze niż by się mogło wydawać i tym, miedzy innymi, zajmuje się wykwalifikowany inżynier masteringu, a my spróbujemy poznać część tajników jego pracy.

Na co zwracać szczególną uwagę próbując uzyskać wysoki poziom RMS?

HIPER-KOMPRESJA – wielkie NIE!

Wraz z rozwojem technologii, narzędzi i różnego typu nośników, na których przechowujemy i z których odtwarzamy muzykę – zwiększyły się możliwości podnoszenia średniego poziomu materiału audio. Jednym z takich urządzeń stały się limitery wyposażone w funkcję “look ahead”, która to opóźnia sygnał celem wcześniejszego zanalizowania nadchodzących szczytów, dzięki czemu mamy pewność, że żaden peak nie przedostanie się przez ustalony Threshold i nie przesterujemy utworu w żadnym miejscu. Problem tylko polega na tym, że nieumiejętne użycie tego procesora poskutkuje sporą stratą jakości, żeby powiedzieć bardzo ogólnie.

Zarówno zbyt duża kompresja sumy podczas miksu, jak i nieświadome i nieprawidłowe użycie limitera podczas masteringu skutkuje tzw. “hiper-kompresją”, której powinno się za wszelką cenę unikać. Oto dlaczego:

  • Jest nieodwracalna – zawsze możemy wypiąć wtyczkę z toru sygnału podczas masteringu, ale jeśli dopiero oddajecie miks z hiperkompresją wywołaną nieudaną kompresją sumy miksu, to inżynier masteringu niewiele będzie mógł tu pomóc, aby poprawić taki błąd.
  • Pozbawia utworu życia, potrzebnej energii, “kopa”, “punchu”, sprawia, że kawałek brzmi słabo i płasko.
  • Dusi “atak” dźwięku, przez co utwór jest jeszcze mniej atrakcyjny i mniej ekscytujący.
  • Powoduje szybkie męczenie się słuchu – potencjalny słuchacz ma problem przesłuchać album w całości lub nigdy więcej nie włączy Twojego utworu.
  • Wszelkie, “stratne” kodeki (np. mp3 czy wma) konwertujące taki materiał mocno go zniekształcają.
  • Jeśli naszym celem jest zaprezentowanie utworu na antenie radiowej, to efekt naszej pracy zabrzmi jeszcze gorzej i… ciszej niż inne produkcje – z uwagi na interakcje z innymi procesorami, przez które przechodzi w radiu emitowany dźwięk – zwykle jeszcze więcej kompresji lub ograniczania.

Przekompresowana ścieżka nie ma żadnej dynamiki i choć może być bardzo głośna, to jest nudna i męcząca. Wewnątrz DAW łatwo poznać taki utwór, m.in. po wykresie fali – cały region jest niemal wypełniony po brzegi, a krawędzie są równe – prawie jak by były rysowane przy linijce. Zgroza… Ten trend, tak jak wspomniałem – zmieniał się na przestrzeni lat i obecnie dość często obserwujemy taką “kiełbaskę” na wykresie fali, ale są też dobre wieści. Zdolni inżynierowie potrafią sprawić, żeby utwór był głośny i przyjemny, a wręcz ekscytujący i to bez wyraźnie odczuwalnych skutków ubocznych. To, jak “wygląda” utwór ma wtedy niewielkie znaczenie, bo na muzykę się nie patrzy, ale się jej słucha 🙂

Podsumowanie

Uzyskanie odpowiedniej, a przede wszystkim, konkurencyjnej głośności, to nie jedyny aspekt dopasowania poziomu, który powinniśmy ćwiczyć. Drugi, równie ważny krok – to uzyskanie względnej spójności postrzeganych poziomów pomiędzy utworami na albumie, mając ciągle na względzie kwestię estetyczną, zamysł autorski oraz naturalność brzmienia (utwór akustyczny vs. agresywny). Po raz kolejny – słowo “postrzeganych” jest tu kluczem, bo jest to coś, czego nie da się bezpośrednio zmierzyć, nawet mimo dostępnych narzędzi – to trzeba ocenić “na ucho”.

P.S.

Nie wiem, jak Wy, ale ja idę po wino, bo nie sądziłem, że dobiję z blogiem do setki postów 🙂
Wasza w tym zasługa – Go raibh míle maith agaibh!

Zostawić komentarz ?

38 Komentarze.

  1. No zaczynają się naprawdę ciekawe tematy związanie z masteringiem 😀 100 lat dla Zakamarków! :mrgreen:

  2. Super temat ! Czekam na part 2 😉

    • Part 2 nastapi za jakis czas. Chce jakas w miare sensowna kolejnosc zachowac.

  3. No właśnie, a gdzie jest ta granica dobrego smaku? zazwyczaj robię swoje miksy w granicach 10-14 RMS ale przy mocniejszych kawałkach aż kusi żeby dać 6-8, bo wszystko nadal brzmi dobrze.

    • Granicą nie jest konkretna liczba, zadecydowac musi oczywiscie nasz sluch. Ale jest mniej wiecej, tak jak piszesz. Okolice 6-8 RMS w glosniejszych momentach, to zazwyczaj ‘dotykanie’ tego gornego limitu. Czasem bedzie to za duzo, a czasem jeszcze na poziomie akceptowalnym. Poziom RMS to nie jedyny wyznacznik – o tym pisalem w poprzednim poscie. Zawsze, ale to zawsze ostateczna decyzja musi byc podjeta na podstawie tego, co slyszymy.

  4. Witam
    Mam jeszcze takie pytanie, na jakim poziomie powinna być dynamika w naszym utworze po zakończeniu miksu, oraz jaką głośność powinien mieć miks? Kiedyś słyszałem że do masteringu powinno oddawać się miksy które w najgłośniejszych momentach dochodzą do -6db ale nie wiem ile jest w tym prawdy.
    Z góry dzięki za pomoc 😉

    Może jakiś konkurs na miks? bo już dawno był

    • Witaj.
      Moglbym Ci napisac to samo, co powyzej odpowiedzialem Lukaszowi. Nie ma sztywno ustalonej liczby. Jesli szczyty sygnalu beda rejestrowaly sie na poziomie -6dBFS, to super, jesli na -4 czy – 10, to tez ekstra. Tak dlugo, jak dasz sobie zapas na etap masteringu – bedzie dobrze. Tym bardziej, ze pracujac w 24bit mamy ogromny zapas dynamiki, wiec nie trzeba walczyc o kazdy decybel na etapie miksu. Jedyne, czego nalezy unikac, to limiter na sumie miksu, ktory bedzie obcinal/przyciszal szczyty i zbyt duza kompresja calosci. Chodzi o to, zebys nie wiązal rąk temu, kto bedzie robil mastering, a jaka cyferka bedzie na mierniku jest drugorzedne. Tez kiedys slyszalem, ze miks ‘powinien’ miec peaki na -6 dBFS przed masteringiem, ale jest to raczej punkt orientacyjny niz sztywna wytyczna.

    • Konkurs na miks moze za jakis czas zrobimy, na razie mam troche rzeczy na glowie.

    • Jeżeli piszesz peak -6db to chyba chodzi o headroom(6db)roznica miedzy peak i 0db a nie dynamike. Dynamika to roznica miedzy peak a tym najnizsszym w dol sygnalem. Igor zweryfikuje to co ja mysle:D i czy dobrze mowie:D?

      Za to jezeli mam racje, to zawsze sie zastanawiam jaka role ma headroom i po co w ogole go zostawiac. Z tego co czytalem to teorytycznie nie zmienia duzo ale w praktyce zmienia:D. Pewnie tez bardziej obetnie kompresja do mp3 jak maly headroom… ale to juz info mi sie mieszaja:D.

      Zawsze kieruje się sluchem ale srednio mam dynamike 15-12 w trakcie utworu po mixie i wynika z tego, ze tyle mi sie podoba:D. Po masterze wierze, ze nie powinno schodzic sie ponizej 8db. Wynika to ze sluchu nie mojego a opini roznych masteringowcow:D. Oznacza to tyle, ze wiekszosc utworow powinna lepiej brzmiec na 8 a nie 5 czy 6.

    • Chociaz moze i o to chodzilo dorazu 😀 nie zuwazylem drugiej czesci pytania o glosnosc:D. Sorry!

    • Headroom w znaczeniu różnicy między cyfrowym zerem a peakiem jest potrzebny, bo jeśli dasz do masteringu materiał “szczytujący” na 0 dBFS, to pierwszą rzeczą, jaką będzie musiał zrobić inżynier, to obniżyć poziom całości, żeby móc na przykład operować korektorem. Inaczej, przy próbie podbicia jakiegoś pasma sygnał będzie chciał wyskoczyć poza 0dBFS skutkując clippingiem. To raczej słaby start 🙂

    • Prosciej byc nie moglo:D. thx.

    • Bo to wszystko jest bardzo proste, tylko cholernie trudne 🙂

  5. “Nie wiem, jak Wy, ale ja idę po wino” – Hehe, dziwnie to zabrzmiało… Takie winko za 5zł czy coś lepszego? 😛 🙂

    Żarty żartami, a artykuł na prawdę świetny. Niby nic nie pokazane, a i tak mam cały obraz w głowie 🙂

    • Czasy studenckie niestety juz dawno sie skonczyly, wiec raczej ‘cos lepszego’ 🙂 Gratuluje zobrazowania calosci w glowie!

  6. damianekk

    Wszystkiego Najlepszego dla Ciebie i dla wszystkich czytelników, oby kolejna stówa była równie dobra a nawet lepsza! 🙂

  7. jestem bardzo ciekawy tego, jak osiagac glosny master bez przesterowania. czekam na kolejny wpis. zycze kolejnych udanych astykulow!

    • Dzieki. O tym i kolejnych aspektach masteringu bedzie jeszcze sporo informacji. Oby wartych przeczytania. Pozdrawiam

  8. ja sie tak zastanawiam … jak zrobić utwór który poziom wyjsciowy ma taki sam jak inne utwory a mimo to wydaje nam sie ze jest glosniejszy 🙂 to mnie ciekawi

    • Dbac o wypelnienie pasma, odpowieni rozklad w panoramie, przepuscic sporo transjentow, nie zapychac calosci basem, umiejetnie podniesc RMS i… przede wszystkim – ZROBIC DOBRY MIKS.

    • aha:D czyli jak zawsze DOBRY MIX to podstawa:)

    • Niezmiennie.

  9. 🙂 bo ja juz mysalem ze to jakas magiczna masteringowa sztuczka jest 🙂

    • Sporo też zależy od samego aranżu…
      Na pewno da się trochę dopalić każdy utwór podczas masteringu, ale jak nie ma z czego, to się nie dopali. Nie każdy kawałek ma potencjał, żeby brzmieć mega-głośno.

  10. Na głośność bardzo wpływa też wyobraźnia. Jeśli potencjalny słuchacz słyszy, że np. gitara elektryczna była mocno szarpana, to wydaje mu się, że jest głośniejsza… To wszystko kwestja psychiki 🙂 Dobrze myślę? Bo sam to przed chwilą “rozkminiłem”.

    • Ojej jaki błąd zrobiłem… aż muszę się poprawić 🙂
      kwestJa = kwestia 🙂

    • I też dobrze, jak są w utworze cichsze momenty, wtedy te głośniejsze wydają się jeszcze głośniejsze – “bez cichego nie ma głośnego” – ot, taki relatywizm.

  11. Ech życie 😐 , próby i próby, a efekt przeważnie losowy. Raz głośno, raz ciszej. i przeważnie odczuwalna głośność w porównaniu z utworami profesjonalnymi o 1/4 mniejsza. Czy ktoś kto używa Reason’a ma podobne problemy z uzyskaniem przyzwoitej głośności co ja?

    • Ale przecież to nie jest kwestia programu, którego używasz 🙂

  12. Co do głośnego masteru. Mam takie zdanie: w muzyce elektronicznej mały zakres dynamiki zbytnio nie przeszkadza, w końcu w klubach muzyka musi grać głośno , musi być jak to wielu producentów mówi :” ..more In your face..”:D , ale gdy słyszę muzykę z gatunku rock, metal, lub innych gatunków które utrzymują ścisły związek z “żywymi” instrumentami utwór zaczyna wtedy okropnie drażnić ucho. Brzmi to wszystko strasznie, jedna wielka stereofoniczna papka. Dlatego pamietajcie : nie próbujcie za wszelką cenę osiągnąć wysokiego RMS, bo moze sie okazac ze utwor bedzie glosny ale mały zakres dynamiki po prostu zniszczy zamierzoną atmosferę utwóry wokół której utwór miał oscylować. Pozdrawiam 🙂 i idę czytać o korekcji w masteringu, bo nie do końca rozumiem ideę tej czynności.

    • Nie wiem, skąd wziąłeś te zdania, ale generalnie są bardzo trafione. Mało tego, nawet w muzyce elektronicznej można przesadzić z RMS-em mimo, iż jest mniej podatna na zniekształcenia wywołane “przeginaniem” 🙂
      Czytaj, czytaj. Pozdrawiam

  13. A teraz z innej beczki troszeczkę:
    http://www.youtube.com/watch?v=y7l07NKsjd4&feature=channel_video_title

    Kompletnie zmiażdzony materiał lewy kanał jest tak przesterowany, że nie da się tego słuchać,
    i 500 tys wyswietlen 😯
    Przykre jest to, że ludzie tego nie słyszą…

    • Zwykli sluchacze wielu rzeczy nie slysza…

    • Fakt, masakrycznie zniekształcony ten materiał, ALE…. no jak zwykle, ja muszę mieć jakieś ale ;)… to jest muzyka elektroniczna, zwróćcie uwagę, że w tym gatunku na porządku dziennym jest przepompowywanie kawałków. Kiedyś zastanawiałem się dlaczego tak dobrze mi się przy tym gatunku zasypia, no i nie wiedząc jeszcze co to jest to pompowanie kompresora (bo nie wiedziałem nawet że kompresory istnieją – to było jakoś jeszcze w szkole średniej kiedy nie interesowałem się w ogóle muzyką jako rzemiosłem) doszedłem do wniosku, że lula mnie właśnie ten puls. Wręcz zachwycało mnie jak cała muzyka pulsuje do rytmu. Teraz wiem jak się to robi i w tym konkretnym gatunku faktycznie podoba mi się to mimo, że na dłuższą metę jest dosyć męczące. Co nie zmienia faktu, że konkretnie ten w/w materiał po prostu zabija przyjemność słuchania.

    • Fakt, czasem takie pompowanie sprawdza się w niektórych gatunkach i stało się to niemal częśćią brzmienia. W innych przypadkach jest to po prostu nieznośne…

  14. …Już jestem tutaj i jak zawsze po każdym wpisie odczuwam wzmocnione fundamenty rzemiosła. Super ! Czy mógłbym użytkownika Farcast poprosić o edit linku do zmiażdżonego przykładu, który już niestety jest niedostępny? Pewnie autor clipu odczytał komentarz i poszedł po rozum do głowy 😀 Z góry dzięki i pozdrawiam Zakamarki ❗

Zostaw komentarz